Hanan Ashrawi
Edward Said

Jakiego pocieszenia można szukać po odejściu wielkiego człowieka? Nie pozostawia za sobą pustki - raczej ciężar na duszy, prawie niemożliwe do udźwignięcia brzemię, które bezlitośnie miażdży serce i boleśnie dławi każdy oddech.

Jednak Edward Said był nie tylko wielkim naukowcem, genialnym umysłem, twórczym artystą, oddanym patriotą, orędownikiem sprawiedliwości, swobodnym duchem, nieujarzmionym żywiołem w walce o prawość, bezkompromisowym wojownikiem w imię godności ludzkiej - i "adresatem" wielu innych komplementów, którymi można go określić.

Edward był niezwykłym człowiekiem, wrażliwym na wszystkie trudne do zniesienia osobiste cierpienia i zwątpienia, na które wystawieni są wszyscy śmiertelnicy, nigdy nie rezygnującym, zasłaniając się własnymi zajęciami, z udzielenia innym prawa do stania się częścią swojego życia.

Sprężyste kroki, elektryzujące wręcz gesty - tak właśnie zapamiętaliśmy go podczas jego wczesnych wykładów z krytyki literackiej na AUB (Uniwersytecie Amerykańskim w Bejrucie), pod koniec lat 60-tych, prowadzonych dla studentów niewiele starszych od niego samego.

Gdy ogłaszał uchwalenie Palestyńskiej Deklaracji Niepodległości z Algieru w 1988 roku, w jego głosie słychać było drżenie i poruszenie, oznaczające uznanie dla tego dokumentu, potwierdzającego prawną afirmację i autentyczność Palestyny.

Z głębokim smutkiem przyjmował wiadomości o odejściu swoich przyjaciół - Iqbala Ahmada, Ibrahima Abu Lughod - i nie wstydził się płakać.

Gdy w Londynie na przełomie 1991/92 roku oznajmił nam, że lekarze wykryli u niego białaczkę, również miał łzy w oczach.

Promienny uśmiech i iskry w oczach, gdy miał okazję świętować z przyjaciółmi, których nigdy nie zawiódł, ani oni jego - Abdelem Muhsen Qattanem, Shafeeqiem el-Houtem, Hasibem Sabbaghiem, Saidem Khoury, Rashidem Khalidi, Danielem Barenboimem i wieloma innymi.

Na Oslo odpowiedział z bezwzględnością i moralną wzburzeniem, potępiając niemoralność i zdradę władz.

Nieustępliwie gromił krótkowzroczność i rozmyślną ignorancję większości mediów na Zachodzie, które starały się sprowadzić rzeczywistość do płaskich dźwięków i tępego, generowanego komputerowo języka.

Czule utożsamiał się z prześladowanymi i reagował z wściekłością na wszelkie przejawy ucisku. Pilnie wysłuchiwał ofiar, bezwzględnie gardził oprawcami, ciepło odnosił się do Afryki Południowej po zniesieniu apartheidu - podobnie traktował wszystkie inne sprawy, w imieniu których występował. Dyskryminacja, rasizm, poniewieranie ludzkim życiem i prawami mogły liczyć tylko na jego potępienie.

Nie szczędził ciętej ironii na obnażanie absurdów płynących z ust najbardziej nadętych głupców, którzy byli na tyle niefrasobliwi, by myśleć, że są w stanie zwodzić wszystkich i trwać w próżnym poczuciu swojej pychy.

Z gorliwą dumą i miłością wspominał o Wadim i Najli, swoich dzieciach, które zawsze były blisko obecne w jego życiu, oraz o Mariam, czułej żonie, która oddała mu swoją miłość.

Bez wytchnienia poszukiwał uznania i potwierdzenia dla losów ludzkich, które mówiły o dotkliwym cierpieniu narodu palestyńskiego i włączał je, jako nieodłączną część, w doświadczenie ogólnoludzkie.

Jego uczciwość i współczucie pozwalały objąć tym uczuciem również bolesną historię narodu żydowskiego i cierpienia, które poniósł on w czasach holokaustu. Jednocześnie domagał się od Izraela przyznania się do winy za dolę, w jakiej znaleźli się Palestyńczycy.

Miał odwagę poszukiwać rozwiązań i alternatyw, licząc ciągle, że do głosu dojdą nowi, młodzi przywódcy. Dla tych, w których pokładał swoje nadzieje stawał się mistrzem.

Jego poczucie humoru pozwalało mu podchodzić do siebie z dystansem i z pokorą dźwigać ciężar sławy i publicznego uznania. Zapewnił sobie wiele honorów, zasiadając w radach wielu organizacji, między innymi MIFTAH (Palestyńska Inicjatywa Globalnego Dialogu i Demokracji) i PICCR (Niezależna Palestyńska Komisja Praw Obywatelskich).

Cechował go niepokój ducha, typowy jedynie dla tych spośród żyjących tu i teraz, których niełatwo "dostroić" do szablonowych granic miejsca i czasu.

Jego energia związana była ze świadomością kruchości człowieka, nieubłaganego losu, który wysysa życie sekunda po sekundzie, ale jednocześnie nie pozwalał, by lęk przed chorobą ogarnął całą jego aktywność czy stanowił perspektywę dla jego twórczości.

Perspektywa Edwarda była zawsze globalna-ogólnoludzka, palestyńska i osobista. Dla mnie był on mistrzem, bratem, najbliższym przyjacielem. Widzę go w jego uwagach na mojej rozprawie doktorskiej, telefonach na temat warunków w Palestynie, pośpiesznych spotkaniach podczas konferencji czy innych wydarzeń publicznych na całym świecie i tych rzadkich, wolnych od innych obowiązków, wizyt w Nowym Jorku czy Ramallah.

To ten Edward, który robił sobie wolne, by móc cieszyć się domowym obiadem, usiąść z rodziną przy stole na werandzie z widokiem na zachodnie wzgórza Ramallah, zajadając przysmaki i prowadząc luźną, powolną rozmowę, okazując w ten sposób swoją wielką wdzięczność za luksus bycia "w domu" z przyjaciółmi.

Edward może i znalazł się "poza", właśnie tak, jak w swoich własnych dziełach lakonicznie określał charakter palestyńskiego wysiedlenia. Jednak jednocześnie "pozostaje tutaj" dla tych z nas, którzy mogli zawsze liczyć na jego geniusz i przyjaźń.

Oprócz nieznośnego ciężaru jego śmierci musimy również zmierzyć się ze świadomością, że nigdy nie byliśmy w stanie z nią się pogodzić.

W przypadku osoby, która określona została jako "sumienie Palestyny", jej odejście na zawsze wymaga tym większej afirmacji dla wszystkiego, co reprezentowała - zarówno w świadomości tego narodu, jak i w sercach tych, którzy ją kochali.

 

* Hanan Ashrawi jest członkinią Palestyńskiej Rady Prawodawczej oraz Sekretarzem Generalnym Palestyńskiej Inicjatywy Globalnego Dialogu i Demokracji (MIFTAH).

 

 

Wrocław, 30.09.2003