Rene J. Barendse
Europa jest dosłownie tworem Trzeciego świata

Do momentu, gdy opuszczę Londyn, by kontynuować rozpoczęte badania i nie będę posiadał dostępu do poczty elektronicznej, pozwolę sobie dorzucić swój wkład do tematu "Europa jest dosłownie tworem..." - wątku z kilkoma argumentami.

Po pierwsze: jak zauważył Anup Mukherjee, żołnierze europejscy bardziej byli opłacani przez bycie Europejczykami, byli bowiem częścią elity.

Ogólnie jest to prawdą (dla XVIII w.). W zasadzie narodom europejskim został nadany osobny status prawny na podstawie "farmans" lub "olas", który oznaczał, że nie odnosiło się do nich prawo królestwa. "Status" w średniowiecznych Indiach bardziej niż w średniowiecznej Europie oparty był na statusie prawnym. W "Arabian Seas" kontynuację tę wywodzę z powszechnie obowiązujących islamskich instytucji, w ramach których obszary, osoby lub grupy mogły zostać wyłączone spod prawa - kodeks zasad, który od bardzo dawna był stosowany w ramach prawa międzynarodowego w (poł., zach., i poł.- wsch.) Azji w odniesieniu do kupców-obcokrajowców. Lecz w XVIII w. na skutek korupcji i forsowania siłą swoich racji zostały one coraz bardziej modyfikowane na korzyść Europejczyków. Europejczycy zaczęli cieszyć się coraz większymi przywilejami w prawie obowiązującym innych. Odnosiło się to np. do kary śmierci. Podobnie jak w przypadku Europejczyków, kupcy Bania (osoby majętne, wykształcone etc.) z Gudżaratu otrzymywały specjalne statusy, zarówno w Jemenie, jak w Persji - oznaczało to, że kodeks prawa cywilnego (na przykład określania relacji dłużnik-wierzyciel) mógł być egzekwowany tylko w obrębie ich "narodu" bez interwencji Safawidów czy Zajdytów. Jednak w przypadku bania, jeśli popełnił on jakąś zbrodnię, z którą jakiś związek miał też Arab czy Pers (jako ofiara czy współwinny), to był on postawiony pod sąd Safawidów lub Zajdytów, a karę wymierzała władza perska. Z drugiej strony, jeśli chodzi o wiek XVIII w., gdy jakieś przestępstwo zostało popełnione przez Europejczyka, lub nawet jego służącego, to kara wymierzana była przez Kompanię, bez udziału Zajdytów czy Persów. W Persji istniało wiele podobnych przypadków "wyłączania" poszczególnych narodów spod władzy prawa - na przykład kupcy Multani, kupcy tureccy, a przede wszystkim oczywiście Armeńczycy, lecz tylko trzy narodowości były całkowicie wyjęte spod procedur karnych: Holendrzy, Anglicy i (nie zapominajcie o nich mówiąc o historii Persji) Rosjanie.

Argument dotyczący płacy nie utrzyma się z prostego powodu. Zaciągając się do VOC, Kompanii Wschodnioindyjskiej czy Estado da India jako marynarz, żołnierz, etc. przyjmowało się warunki płacowe, które były uzgadniane w Europie i odnosiły się do całego obszaru "octroy" (jak był nazywany przez VOC) leżących w strefie wpływów VOC lub KWI. Skala pensji była taka sama w całej Azji, a różnice w cenach były rekompensowane poprze premie. Np. w niektórych drogich miejscach (jak Zatoka Perska) marynarze nie mogli utrzymać się z pensji VOC i dlatego Kompania płaciła dodatkowo żywnością; w miejscach tanich (jak Koczin) marynarze musieli kupować chleb u piekarzy Kompanii. Zatem pensje Kompanii odpowiadały pensjom europejskim od czasu zatwierdzenia ich w Europie.

Po drugie: empiryczne pytanie Mukharjeego: co działo się z załogami okrętów, które zostały przejęte przez Portugalczyków? Należałoby pamiętać, że Ocean Indyjski posiadał swe własne zwyczaje i Portugalczycy, mniej więcej po 1510 roku musieli ich przestrzegać, dokładnie dlatego, że nie uważali siebie za piratów, ale byli zawsze związani portugalskim prawem. Zatem najbardziej nikczemne czyny w Estado da India (za które można było zostać powieszonym bez procesu) były dokonywane "w amoku" - jak na przykład piractwo: było nim plądrowanie statków bez posiadania formalnego zezwolenia od korony portugalskiej. Nie jestem zorientowany, czy zostało to opublikowane, ale istnieją odpowiednie zapiski w manuskrypcie z Ewory. Zasady te były przestrzegane: portugalskim żaglowcom przekazywano formalne instrukcje i długie zestawy zasad, których musiały przestrzegać. Jedną z nich było to, że jeśli przejęto siłą statek, a załoga nie stawiała oporu, to mogła być ona albo bezpiecznie wysadzona na ląd, albo jeśli stawiała opór - można było ją uważać za jeńców wojennych i stąd - w bliższej czy dalsze perspektywie - uwolnić. Sumy, których tu żądano nie były najczęściej zbyt duże, ale w razie ich niezapłacenia uwięzieni stawali się jeńcami państwowymi i byli wysyłani do pracy np. (typowa kara na Goa) jako wioślarze w przybrzeżnej flotylli. Wyjątkową sytuacją była ta, gdy statek miał na pokładzie niewolników - a jak wiemy, niewolnictwo na statkach w XVI wieku było bardzo powszechne - w takim wypadku niewolnicy przechodzili jako "spadek" dla korony portugalskiej i mogli być sprzedani na lokalnym targu niewolników, na przykład w Dobhia w Zatoce Perskiej czy w Hugli w Zachodnich Indiach.

Trzecie pytanie empiryczne Anupa: w jaki sposób rozluźniane były przepisy dotyczące kartazów (certyfikatów, licencji, systemu specjalnych paszportów). Typowym przykładem rozluźnienia zasad związanych z kartazami były na przykład traktaty pertraktowane z Imperium Mogołów (zwykle w odniesieniu do kilku portów - traktaty takie istniały zarówno dla Sindu, Bengalu, Kathiawaru, jak i dla Gudżaratu) z Bidżapurem (również dla kilku portów), Ahmadnagarem, Kalikatem, Madurajem, Radżą Azi z Kannanuru, a nawet z Sułtanem Sokotry i Perumalem z Koczin. Traktaty te zastrzegały zazwyczaj, że statki z objętych umową portów miały posiadać kartazy,  ale Cesarz (mała uwaga: król Portugalii nie był cesarzem - jeśli mówi się o "tym cesarzu" w XVI w., to mamy tu na myśli cesarza Austrii, podobnie jak mówiąc o "tym królu" odnosimy się do króla Francji) był uprawniony do objęcia wybranych statków (od dwóch do pięciu) pod królewską banderę - w ten sposób otrzymywały one kartazy automatycznie. W "Arabian Seas" argumentuję, że właśnie system kartazów przyczynił się najbardziej do wzrostu  Suratu pod koniec XVI w. (Sanjay Subrahmanian nie zgadza się, lecz czy kiedykolwiek zgodził się on z kimkolwiek innym niż on sam?). Wówczas to cesarz Mogołów rozpoczął budowanie królewskich statków jako "bez-kortezowych", które mogły przewozić piętnaście razy więcej towaru, aniżeli inne statki, co znacznie zwiększyło udział handlu Suratu na niekorzyść portugalskiego Diu. Dlaczego Portugalczycy zgodzili się na to? Cóż, jeśliby tak nie zrobili, mogłoby to popchnąć Mogoła, Zamorina, etc., do odwetu przeciw portugalskim kupcom i osadom założonym na terytoriach tych państw indyjskich. Portugalczycy musieli wybudować olbrzymią fortyfikację w Mieście Świętego Krzyża (obecnie przedmieście Koczin) w Zatoce Koczin, lecz większość z nich nie mieszkała tam, tylko w Matanczeri, gdzie znajdowali się pod jurysdykcją Perumala. Co więcej, nawet Perumal (który sam był marionetkowym władcą w XVI-wiecznych Indiach) mógł zażądać odwetu, jeśli Portugalczycy odmówiliby na przykład wstępu do Atjeh.

Po trzecie, cieszę się, że Jacka Goldstone walczy pod tą samą banderą, co ja. Odnośnie umiejętności technicznych, prawdą jest, że nie było łatwo budować maszyn parowych w dużych ilościach (kluczowe w tym zdaniu jest "w dużych ilościach"). Oznacza to przeniesienie uwagi z poszukiwania odosobnionych geniuszy na konieczność budowy całego systemu edukacyjnego. Moim zdaniem problem z toczącą się na tej liście równoległą dyskusją na temat racjonalności, polega na tym, że skupia się ona na pojedynczych myślicielach, a następnie stara się określić ich wkład w tworzenie świata nowoczesności. Jednak myśl czy wynalazki poszczególnych geniuszy okazują się użyteczne tylko wówczas, gdy następuje tu "rozplenienie" wiedzy w ramach całego systemu edukacyjnego. I tak na przykład James Watt mógł podzielić się swoimi radami na temat szkolenia inżynierów, ale jeśli nikt nie postanowiłby zastosować odpowiednich środków, aby wcielić te rady w życie, pomysły te pozostałaby tylko papierowymi myślami.

Nie jest to tak "wirtualny" problem, jak może się na pierwszy rzut oka wydawać, ponieważ (Jack z pewnością zdaje sobie z tego sprawę) istnieje cała grupa brytyjskich historyków (przede wszystkim Corelli Barnett), którzy szczegółowo to argumentują w odniesieniu do ówczesnej Wielkiej Brytanii. W Anglii nie brakowało geniuszy, problemem było raczej to, że nie posiadała ona wykwalifikowanych robotników, którzy mogliby doprowadzić do przekształcenia znakomitych wynalazków w masową produkcję. To przecież Brytyjczycy wynaleźli telewizję, jednak zabrakło fabryki, która mogłaby rozpocząć ich produkcję na masową skalę. Podobnie już w 1840 r. opracowali oni technologię wytwarzania stali (Gilchrista-Churcha), jednak potem przez dłuższy czas uparcie trzymali się produkcji żeliwa. To właśnie w wadach systemu edukacyjnego (o którym Goldstone ma tak wysoką opinię) upatruje się przyczyn zaprzepaszczenia przez Brytyjczyków drugiej rewolucji przemysłowej. Winę za to ponoszą: niedostatek formalnej, technicznej edukacji na poziomie uniwersyteckim (w przypadku Niemców były to politechniki), nacisk brytyjskich uniwersytetów na bardziej na teoretyczną, aniżeli praktyczną wiedzę (czy potrafisz zarządzać fabryką, jeśli jesteś specjalistą od Horacego?), przede wszystkim (sam nie wiem, dlaczego Barnetta nazwano "thatcherowskim historykiem) brytyjska edukacja powszechna - o której sami Brytyjczycy powiedzieliby tylko tyle, że jedyne, czego się w jej ramach nauczyli to posłuszeństwo do właściciela fabryki lub dyrektora szkoły.

Mam nadzieję, że nie będę zbyt europocentryczny (ponieważ przywołuję tu tylko krytykę przeprowadzoną przez Rama Mohuna Raja z 1800 roku), gdy stwierdzę, że wydaje mi się, że hinduski system nauczania w 1800 roku nie był optymalnie dostosowany do nauczania teoretyczno-technicznych umiejętności. Nie powinniśmy lekceważyć osiągnięć przed-kolonialnego systemu edukacyjnego w Indiach (w szczególności ze względu na to, że zdają się one posiadać znacznie wyższy odsetek osób wykształconych, niż można by oczekiwać, i tak: w Goa, gdzie nauczanie prowadzone było głównie przez Jezuitów, przed 1740 rokiem więcej niż 70% ludności wiejskiej potrafiło napisać przynajmniej własne nazwisko). Nie sądzę jednak, żeby hinduskie tradycyjne nauczanie, a w szczególności nauczanie oparte na źródłowych tekstach religijnych, było optymalnie dostosowane do nauczania praktyczno-technicznych przedmiotów. Hindusi posiadali dobrą wiedzę techniczną, ale była ona zdobywana poprzez praktyczną naukę rzemiosła u mistrza, a nie na drodze formalnego nauczania w wiejskiej szkole. Możemy rozwodzić się na temat osiągnięć obserwatorium samarkandzkiego, ale jedynie w sferze spekulacji leży kwestia, czy o wynikach tych obserwacji nauczano kiedykolwiek w szkole koranicznej w wiejskim regionie Kerali. Wątpię w to. Pozwólcie, że przytoczę anegdotę: przyjaciel, który pracował przez lata z dziećmi z Mapilli w Kerali, wspominał, że mówiły one same o sobie: "jesteśmy analfabetami". Oczywiście w  języku malajalam. Uczęszczając do szkoły koranicznej potrafiły po arabsku napisać swoje imię i nazwisko i recytować całe sury z Koranu - bez ich rozumienia. Hinduska tradycja nauczania odniosła więcej sukcesów niż może się to wydawać, ale, jako rozwijana jedynie w sferze teoretycznej, nie przekazywała praktyczno-technicznych umiejętności.

Po czwarte, w sensie statystycznym Gunder Frank ma prawdopodobnie rację, gdy dowodzi, że krytyczną datą "wielkiego rozdziału" jest nie rok 1730, ale raczej 1830. Istnieje olbrzymia liczba prac szacujących indyjski PKB w XVIII wieku (np. długi rozdział na ten temat w "Cambridge Economic History of India") i wszystko wskazuje na to, iż "kluczowa" data znajduje się gdzieś między 1820 a 1850, gdy miało miejsce wielkie załamanie gospodarki indyjskiej.

Mimo to z wyborem tej daty wiążą się spore problemy i niezależnie od przypadku należy uwzględnić czynnik, który stanowiło rozpoczęcie brytyjskiego kolonializmu, a w szczególności dwa zjawiska, które mu towarzyszyły: de-industrializację i "drenowanie". Na temat obydwu tych kwestii od długiego czasu toczy się  debata, której końca trudno upatrywać, pomiędzy, ogólnie mówiąc, historykami hinduskimi z jednej strony, a historykami z Cambridge, z drugiej. Główny argument historyków z Cambridge mówi, że indyjska gospodarka była po prostu zbyt duża, aby Brytyjczycy mogli na nią wpłynąć, powodując bezpośrednio jej zmierzch, i że zamiast debatować na temat kolonializmu, trzeba się skupić na wewnętrznych, indyjskich przyczynach tego schyłku.

Wnioskowanie to odnosi się zarówno do "drenowania", jak i de-industrializacji. Problem z de-industrializacją, i przyczyna niemożliwości sensownego rozwiązana całej debaty, związany jest z tym, że argument za lub przeciw de-industrializacji oparty jest na całkowicie arbitralnej definicji w spisach ludności dotyczącej tego, co jest "głównym zajęciem" danej osoby. Jeśli dany mieszkaniec wsi w spisie ludności A odpowiedział "moim zawodem jest rękodzielnictwo", a w spisie ludności B, przeprowadzonym dwadzieścia lat później, udzielił odpowiedzi: "jestem rolnikiem", to czy znaczy to, że w czasie pomiędzy tymi dwoma spisami stał się on pełnoetatowym rolnikiem, czy też tylko tyle, że już w trakcie spisu A uprawiał on swoją ziemię przez jakąś część swego czasu? A może zmieniła się jedynie definicja jego "głównego zajęcia", której dotyczy ten spis? Tego po prostu nie wiemy.

W niektórych sprawach sympatyzuję z historykami z Cambridge. Mają oni, jak sądzę, niewątpliwie rację, podkreślając wagę wewnętrznego rynku Indii. Jak by na to nie patrzeć, dzisiaj (przy znacznie tańszym i szybszym transporcie) 90 procent hinduskiej produkcji wciąż jest skierowane na rynek wewnętrzny. Ta liczba nie była dużo niższa w XIX wieku - mimo rzekomej de-industrializacji w Awadh lub Bihar (argumentacja na ten temat oparta jest właśnie na badaniach dotyczących tych dwóch obszarów) jestem przekonany, że przeciętny wieśniak zamieszkujący te tereny, wciąż mógł zaopatrywać się w ubrania u miejscowego tkacza i może raz w życiu pozwolić sobie nawet na zakup kawałka tkaniny z Lancaster. Sądzę również, że historycy z Cambridge mają też rację, podkreślając wielkie znaczenie państwa w gospodarce. Pod koniec XIX wieku udział brytyjskiego sektora państwowego wynosił około 12% PKB, w Indiach natomiast był on znacznie niższy (ponieważ państwo to dostarczało dużo mniej usług swoim obywatelom niż Wielka Brytania).

Mimo tego, co przed chwilą powiedziałem, nie sądzę, żeby historycy hinduscy (A. K. Bagchi, I. Habib, etc.) się mylili. Bez względu na punkt widzenia pewne elementarne fakty pozostają niezaprzeczalne. I tak, aż do 1800 roku Indie eksportowały dziesiątki tysięcy sztuk tkanin, a 30 lat później dziesiątki tysięcy - importowały. Nawet jeśli był to (a z pewnością właśnie to miało miejsce) jedynie niewielki wycinek rynku wewnętrznego, i tak z procesem tym związany być musiał istotny nacisk na zmniejszanie cen tkanin w "tradycyjnym sektorze wytwórstwa". Prawdopodobnie też wywoływał on i wzrost bezrobocia.

Hinduski rynek wewnętrzny tkanin można by było, jak sądzę - podążam tu za ostatnimi badaniami nad tradycyjnym rzemiosłem w Indiach - podzielić na trzy sektory. Pierwszy sektor - luksusowy, drugi - klasy średniej i trzeci - sektor podstawowego popytu. Napór brytyjskiego importu nie został odczuty w sektorze luksusowym, ponieważ produkty tego typu nie nadawały się do produkcji fabrycznej. Nawet dziś trudno by było wytwarzać szatynowe apaszki - na użytek panny młodej podczas wesela - np. przy użyciu maszyn. I analogicznie, import nie bardzo mógł zaszkodzić podstawowemu segmentowi dla najuboższych, ponieważ był on obciążony kosztami transportu dystrybucji. Ucierpiał tu natomiast segment średni: dobry garnitur ojca panny młodej lub ubranie noszone przez radę wsi. Napływ importu brytyjskiego był najbardziej odczuwalny właśnie wśród konsumentów tego typu "masowych" tekstyliów - dhoti noszonych przez Bengalczyków w osiemnastym wieku czy bafta dla mieszkańców Gudżaratu również z osiemnastego wieku.

Mamy tu jeszcze do czynienia z dwoma innymi czynnikami. Pierwszy to upadek rynku towarów średniej klasy, który stanowił siłę napędową hinduskiego wzrostu gospodarczego w XVIII w., i "ruralizacja" Indii, która wraz z importem z Lancaster stała się główną przyczyną krachu z lat 1820-1850. Drugi czynnik jest odrobinę mniej uchwytny, ale jego waga jest niepodważalna: nawyki konsumpcyjne Hindusów w XIX wieku powoli stawały się coraz bardziej, może nie małpowaniem, ale z pewnością coraz bardziej wyraźnym przejmowaniem brytyjskich wzorców z XIX w. Hinduska klasa średnia i wyższa w XIX w. niewątpliwie stawała się bardziej "europejska". Potrafiliby to z pewnością stwierdzić członkowie hinduskich klas średnich i wyższych, jeśli dokonaliby porównania obrazów swoich pra-pra dziadów z obrazami pra dziadów. Zjawisko to z pewnością przyczyniło się na wzrost popytu na ubrania z importu.

Odwołanie się w tym momencie do historii światowej nie byłoby aż tak bardzo nie na miejscu - nie tylko rynek indyjski został zalany importem z Lancaster, ale także francuski i niemiecki. I faktycznie, mamy obecnie do czynienia ze szkołą "rewizjonistów" (używając nieprecyzyjnego słowa, którego znaczenia nie jestem w stanie uchwycić) we francuskiej historii ekonomii, która utrzymuje, że francuski wzrost gospodarczy był - dokładnie z powodu konkurencji brytyjskiej - nie tyle "zapóźniony", ile skupiony na innych sektorach. Francuska produkcja tkanin nie była nastawiona wyłącznie na tanią odzież, lecz na drogie, stylowe ubrania. Możliwe, że, zgodnie z tym tokiem rozumowania, indyjska wytwórczość była również w stanie przetrwać dzięki nastawieniu na wyższy segment rynku, podobnie jak francuska. Ale istniała jedna przyczyna, dlaczego francuskie warsztaty (głównie w "krytycznym" okresie 1830-1871) były w stanie przetrwać angielską konkurencję - stały popyt ze strony państwa, które dostarczało taniego kredytu, nakładało cła, wspierało banki itd.

Jednak w przypadku Indii istniał i inny kluczowy czynnik - to drugi punkt, w którym moim zdaniem historycy hinduscy mają rację, a "Cambridge" się po prostu myli: Raj był państwem kolonialnym. I znowu, bez względu na rodzaj argumentów, których się tu użyje, jednego nie da się zlekceważyć - Radża nie był odpowiedzialny przed żadnym elektoratem indyjskim, lecz wyłącznie przed parlamentem w Westminster. A skoro Raj był kolonialnym państwem, to po prostu nie jest prawdą - jak twierdzi "rewizjonista" D. Washbrook - że "Raj do połowy XIX w. był najdoskonalszym państwem leseferystycznym świata".

Można udowodnić, że gdy rząd Raj miał do rozdania kontrakty rządowe (bardzo istotny czynnik w przypadku każdego państwa, nawet tych najbardziej "leseferystycznych", jak Zjednoczone Królestwo czy Holandia z królem Wilhelmem I i Nederlandse Handelsmaatschappij), to były one systematycznie przydzielane brytyjskim firmom. Nie bez przyczyny jedyna zagraniczna (z USA) inwestycja w dziewiętnastowiecznych Indiach nie miała miejsca na terytorium zdominowanym przez Brytyjczyków, ale w portugalskim stanie Goa. Nie było po prostu możliwości, aby - pamiętając o "bawełnokracji" z Lancasteru w Parlamencie - Raj był w stanie nałożyć na import tekstylny z Wielkiej Brytanii jakiekolwiek cła ochronne. Krótko mówiąc - Raj po 1832 roku był faktycznie leseferystyczny, ale tylko dla firm brytyjskich.

Po drugie, jeśli "de-industrializacja" to trudne zagadnienie, to w porównaniu z emocjami towarzyszącymi "drenażowi" okazuje się ona igraszką. Hinduscy nacjonaliści uczynili z "drenażu" główny ekonomiczny argument na rzecz niepodległości Indii. Stąd "drenaż" - pozwolę sobie zauważyć - jest tematem konsekwentnie unikanym przez brytyjskich historyków - na przykład w "Cambridge Economic History of India", liczącej 1200 stron, w ogóle nie zwraca się uwagi na to zagadnienie. W związku z tym nic dziwnego, że mamy do czynienia z gniewnymi sądami takimi jak ten - który doczekał się słusznej sławy - pochodzący od Irfana Habiba: "Jak studiować ekonomię kolonialną bez dostrzegania kolonializmu".

"Drenaż" posiada dwa komponenty. Pierwszy jest widoczny w bilansie handlowym między Indiami (tu w szczególności między Bengalem) a Wlk. Brytanią. Istnieją różne oszacowania (w zależności od tego, jak produkty z Indii były wartościowe w Urzędzie Celnym w Wielkiej Brytanii), lecz ogólny trend jest wystarczająco jasny. Przed 1757 r. Bengal miał olbrzymią nadwyżkę w bilansie z Wielką Brytanią (1 milion funtów), w drugiej połowie XVIII w. jednak obserwujemy już jego coraz większy deficyt w wymianie z Anglią, sięgający pod koniec tego wieku sumy 2 milionów funtów, i rosnący dalej. Nadwyżka ta została zdobyta z trzech powodów: 1). poprzez bezpośredni eksport bogactwa z "kraju-zasobnika" (Bengalu) do Londynu, 2). poprzez inwestowanie nadwyżki z podatku w produkty na rynek europejski (tkaniny, saletra itd.) i 3). poprzez inwestowanie dochodu w srebro oraz opium, przeznaczonych na handel z Chinami. Tak więc na początku XVIII wieku Bengal był największym importerem srebra w Azji, a pod koniec XVIII wieku największym jego eksportem.

Moim zdaniem istnieją dwa problemy z argumentacją na rzecz prawdopodobnych negatywnych konsekwencji "widocznego drenażu". Po pierwsze deficyt z Anglią nie byłby taki straszny, gdyby Indie miały nadwyżkę w bilansie z innymi państwami europejskimi i azjatyckimi. Pod koniec XVIII wieku VOC wciąż nabywało olbrzymie ilości tkaniny w Bengalu i płaciło za nie srebrem, więc niektóre negatywne skutki drenażu były kompensowane poprzez nadwyżkę z innymi europejskimi kupcami. Następnie, po ok. 1780 r., Indie ponownie rozpoczęły przynoszącą ogromne zyski wymianę z Persją i Jemenem, dzięki czemu przynajmniej niektóre skutki drenażu były kompensowane przez nadwyżki z innymi obszarami. Prawdopodobnie więcej srebra wpływało do Indii przez Persję i Jemen, niż wypływało przez Chiny i Anglię. Należy zatem poddać w wątpliwość sąd, że drenaż przyczynił się do absolutnego zubożenia indyjskiej ekonomii. Drugim problemem jest to, że jak już powiedzieliśmy, większość dochodu inwestowana była w możliwe wpływy z handlu tkaninami, saletrą itd. z Anglią. To musiało przyczynić się do pojawienia się nowych miejsc pracy. Bez względu na to, jak źle ci nowi pracownicy byli opłacani. W oparciu o to wszystko nie mogę pojąć, jak drenaż mógł się przyczynić do zubożenia tkaczy, jak zauważa Habib. Gdyby nie miał on miejsca, w ogóle nie znaleźliby pracy. (Jakby na to nie patrzeć, niektóre produkty były dla Anglików dostępne "za darmo" - opłacano je w ramach systemu podatkowego Indii, podczas gdy jeszcze w pierwszej połowie 18 wieku musieli za nie słono płacić).

Mimo wszystkich tych "ale" i "jakkolwiek", nie wydaje mi się, żeby w ten sposób podważona została podstawa argumentacji A. K. Banerjeego: "gospodarka, która przez więcej niż sto lat musi przenosić znaczną część swojej nadwyżki ekonomicznej do innego państwa staje się przez to uboższa". Problem z rewizjonizmem polega na tym, że często staje się on tak bardzo obsesyjny na punkcie szczegółów, które nie pasują do wcześniej przyjętych poglądów, że przejawia skłonność do jednoczesnego przeoczenia elementarnych faktów. Nie jestem pewien, czy jest to bardziej efektywna strategia. (W ramach mojego "specjalistycznego zawężenia", weźmy na przykład przypadek J. Boyajiana, który jest tak bardzo przejęty zadaniem udowodnienia, że ilość towarów przewożonych przez Portugalczyków z Indii była znacznie większa niż się powszechnie przyjmuje, że doprowadza go to do sformułowania "rewizjonistycznej" tezy mówiącej, że ilość towarów w ramach handlu z Azją w siedemnastym wieku zmniejszyła się. Lekceważy jednocześnie podstawowy fakt, że w siedemnastym wieku z Azją handlowali też Holendrzy i Anglicy, ale w szesnastym wieku - jeszcze nie).

Oprócz widocznego drenażu istnieje także niewidoczny - rachunki wystawione przez poddanych Kompanii, opłacanych w Anglii. Zazwyczaj pracownicy Kompanii Wschodnioindyjskiej zachowywali część swych płac, biorąc weksle na nie, które następnie były realizowane na Threadneedle Street (w Bank of England). Posiadamy oficjalne dane w "Paperach parlamentarnych", na których widnieje oficjalna kwota, opiewająca pod koniec wieku XVIII na około 1 miliona funtów szterlingów. Ale sęk w tym, że urzędnicy KWI, gdy okazywało się, że inne kompanie oferowały bardziej korzystną cenę za ich weksle, inwestowali te weksle właśnie w nich. Były to kompanie holenderskie, duńskie i, w mniejszym zakresie, francuskie. Ciężko jest wykazać, brnąc przez nieprzebytą dżunglę rachunkowości VOC, które weksle, w sensie udziału procentowego, były angielskie, a które holenderskie. F. Gaastra pracuje obecnie nad wekslami VOC, lecz nie dokonał ich podziału pod względem przynależności narodowej. W chwili obecnej zatem nie dysponujemy wiedzą na temat wielkości "niewidocznego drenażu" - wiemy tylko, że były to olbrzymie sumy.

Na pierwszy rzut oka, argument o traktowaniu wszystkich omówionych wcześniej zjawisk w ogóle jako "drenaż" może zostać zanegowany pod dwoma względami. Po pierwsze, ściśle mówiąc, nie był to transfer zasobów z Indii do Anglii - mimo wszystko, pieniądze te istniały tylko na papierze i nigdy tak naprawdę nie opuściły Anglii czy Indii. W tym sensie można by tu raczej mówić o drenażu brytyjskich, ale nie indyjskich, papierów wartościowych. Po drugie, można sprzeciwić się, iż nie był to "bezpłatny" trybut dla Anglii - mimo wszystko Anglicy w zamian oferowali swoje usługi. Sąd okręgowy przedkładał swoje weksle ponad inne rzeczy i rzadko był faktycznie "obecny", ale czasami robił także użyteczne, jak łapanie złodziei czy po prostu strzelanie do tygrysów itd.

Jednak w przypadku "widzialnego drenażu" badacz również może zostać "opętany" przez szczegóły, tracąc z oczu niektóre elementarne rzeczy: czyli, bez względu na punkt widzenia, z którego rozpatruję "niewidoczny drenaż", wciąż dochodzę do wniosku, że oznacza on opóźnioną konsumpcję. To znaczy - bez względu na korzyści, które dany "zarządca" okręgowy dawał "swoim poddanym", nie były one "darmowe". Był on opłacany przez hinduskich wieśniaków w ramach podatku gruntowego. Mimo to władza okręgowa nie spieszyła się z wydawaniem swych dochodów w Indiach - urzędnicy zachowywali je, aby "zrealizować" je później w Wielkiej Brytanii. Bez względu na punkt widzenia również - większa część podatku od gruntu z Indii ostatecznie wydawana była przez przechodzących na emeryturę byłych urzędników w Anglii, a więc bezpośrednio przynosiły one korzyść gospodarce brytyjskiej, a nie hinduskiej.

Podsumowując zatem, nie sądzę, aby użyteczne było czynienie porównań między państwami (w oparciu o czynnik potencjału, zasobów energetycznych itd.) w przypadku Anglii i Indii po ok. 1780 r., ignorując fakt, że jedno było kolonią drugiego.

Przecież w ciągu zaledwie 60 lat od omawianego przez nas okresu te same małe europejskie fabryki i enklawy rozwiną się w duże terytorialnie imperia z olbrzymim wpływem na całą Azję. Moment ten wydaje się największą ułomnością w argumentacji "Szkoły kalifornijskiej" historyków gospodarki azjatyckiej. Wyjaśniając "narodziny Europy" i "upadek  Azji" w XVIII w. przejawiają oni tendencję do ignorowania czy kwestionowania wpływu kolonializmu na ekonomię azjatycką. Zamiast tego skupiają się na czynnikach wewnętrznych w odniesieniu do Europy i Azji - np. na zasobach energetycznych Anglii i Chin, kulturowych przewagach Anglii nad Chinami, etc. Nie biorą pod uwagę całego systemu-świata, w którym oba te państwa istniały. I nawet jeśli nie było to przyczyną "narodzin Europy", to "zmierzch Azji" był w znacznym, może nawet decydującym, stopniu spowodowany "narodzinami Europy w Azji". Rozwój brytyjskiego, francuskiego, portugalskiego i holenderskiego kolonializmu (czy też integrowania Azji w ramy współczesnego systemu-świata) nagiął na długo zasady handlu w obrębie systemu-świata bardziej na korzyść Europy niż Azji.

P.S. Wstrętne słowo na K..., którego z wielu powodów nie wspominaliśmy to oczywiście kapitalizm - przepraszam, Jack wyraźnie o to prosił...

Pozdrowienia,

i do zobaczenia wkrótce

Głos w dyskusji z internetowego forum H-World, która trwała w okresie styczeń-maj 2002: przejdź do strony głównej H-World <powrót>

 

Wrocław, 04.11.2002