Noam Chomsky
Suwerenność a porządek światowy

 

Dzisiejszy temat, <1> "Suwerenność a porządek światowy", narodził się tak naprawdę ponad rok temu, lub jeszcze dawniej, ale jest on wciąż aktualny. W 1999 roku terminy "suwerenność" i "porządek światowy" były kluczowe. Ich ważność została zrealizowana w nadzwyczaj sugestywny sposób.

Troska o suwerenność przebiegała przez dwie fazy. Pierwsza dotyczyła tego, co miało miejsce w pierwszej połowie roku, podczas bombardowania Jugosławii przez USA i NATO. Druga faza związana jest z wydarzeniami z ostatnich tygodni - nową falą zbrodni w Timorze Wschodnim.

Podczas pierwszej fazy pojawiły się "nadzwyczaj bogate wizje" dotyczące tego, że oto wchodzimy w nową erę historii ludzkości, w której "państwa oświecone" będą używały siły, jeśli stwierdzą, że jest to sprawiedliwe, nie zwracając uwagi na staromodne idee suwerenności i prawa międzynarodowego. Koniec ze starymi, restrykcyjnymi regułami. "Państwa oświecone" będą działać według swoich tradycyjnych zasad "z misją obrony praw człowieka". Ogłosiła to Sekretarz Stanu, Albright, a w New York Times nabożnie zdał z tego relację.

Misja ta odnosi się, według ludzi typu Albright, tylko do niektórych części świata, dokładnie - do "państw-łobuzów". Dzisiejsza Kuba. Albo Nikaragua, zanim nastąpił jej powrót do wolnego świata. Albo Irak przed 1990 rokiem, kiedy Saddam Hussein przestał przestrzegać zasada, sprawiając, że jego państwo stało się "niegrzeczne". Ale nie miało to oczywiście miejsca przed 1990 rokiem, kiedy zajmował się on gazowaniem Kurdów, torturowaniem przeciwników politycznych i generalnie popełnianiem najgorszych zbrodni w całej swojej okrutnej karierze. Otrzymał za to zresztą nagrodę w postaci potężnych fal napływającej pomocy militarnej oraz innego rodzaju wsparcia. Tymi, którzy nagradzali były "państwa oświecone".

Tak, to się odnosi do pierwszej części roku. Byliśmy wtedy raczeni ekstatycznymi wypowiedziami czołowych moralistów i osobistości politycznych, naukowców itp.; wszystkie one dotyczyły tej doniosłej epoki, w którą właśnie wstępujemy pod wodzą oświeconych państw, już nie obciążonych przestarzałymi koncepcjami suwerenności i prawa międzynarodowego.

Druga faza to kilka ostatnich tygodni. Ton zmienił się radykalnie od momentu, gdy uwaga świata została zwrócona w stronę Timoru Wschodniego, gdzie miała miejsce eskalacja terroru, przemocy i masakr, których dokonuje się tam od 25 lat. Tak naprawdę mamy tu do czynienia z najgorszą rzezią, jeśli chodzi o ilość mieszkańców, od czasów Holocaustu.

Teraz okazuje się, że suwerenność Indonezji w tym wypadku zasługuje na delikatny i wyjątkowy szacunek. Nawet jeśli nie ma tam żadnej suwerenności. Oczywiście dlatego, że Indonezja nie ma prawa do suwerenności w Timorze Wschodnim, poza prawami, które zostały nabyte dzięki pomocy dostarczanej jej agresywnym apetytom przez wielkie mocarstwa, szczególnie przez państwa oświecone, a zwłaszcza przez ich lidera - Stany Zjednoczone.

A więc w tym wypadku musimy bardzo mocno zatroszczyć się o suwerenność. I okazuje się, że prawa człowieka nie mają znaczenia. Musimy zapomnieć o naszej doniosłej misji, zapoczątkowanej podczas fazy pierwszej. Najpierw trzeba poprosić agresorów o pozwolenie, zanim wykonamy jakikolwiek ruch, na przykład wstrzymanie pomocy militarnej, ponieważ mógłby on być odebrany jako interwencja w suwerennym państwie, czego zdecydowanie nie chcielibyśmy robić.

Zatem nagle obraz staje na głowie. Od totalnego zlekceważenia i pogardy dla suwerenności, jak to miało miejsce w przypadku Serbii, która przez przypadek jest jedynym zakątkiem Europy opierającym się planom Stanów Zjednoczonych na tym kontynencie, przechodzimy do państwa "klienckiego", jednego z głównych masowych morderców naszych czasów. W tym wypadku troska o suwerenność jest tak wzniosła, że musimy jej delikatnie przestrzegać, nawet jeśli nie ma w ogóle mowy o suwerenności.

Cóż to za interesujące przejście? Pojawia się tu pytanie: co się stało? Na czym polega różnica?

Jedna z różnic, która przychodzi tu na myśl to ta właśnie wspomniana. Z jednej strony państwo, którego suwerenność się nie liczy przypadkowo jest państwem wrogim. Z drugiej strony mamy do czynienia z państwem klienckim. Do głowy przychodzi pewna sugestia, ale zapomnijmy o niej na moment i zapytajmy się o coś innego.

Po pierwsze - wspomniałem, że pierwsza część roku była czasem niezwykłych doniesień o nadchodzącej nowej erze. Jaka była reakcja na ten stan ze strony państw nie będących "oświeconymi"? Tak na marginesie - jakie są te oświecone państwa i jakie są kryteria, według których ocenia się "oświeceniowość"? Jakie są kryteria członkostwa w klubie?

W sumie kryteria te okazały się proste i dostępne. Członkostwo dokonuje się siłą rzeczy, na mocy samej definicji. Jakieś państwo staje się oświecone nie ze względu na jego dokonania. W rzeczywistości te dokonania są, znowu, z definicji "nie przystające" i jeśli ktokolwiek miałby zwracać na nie uwagę, trudno byłoby dostarczyć właściwej oceny. Dzieje się tak z definicji. Stany Zjednoczone są państwem oświeconym z definicji. Ich pies obronny, Wielka Brytania, jest również takim państwem, o ile robi swoje - czyli wykonuje rozkazy. I wszystkie inne państwa, które wpisują się na listę uczestników krucjaty, są określane jako oświecone. To, co istnieje poza tą sferą należy zdefiniować jako państwa wrogie. Zatem bardzo łatwo jest wskazać, co jest czarne, a co białe.

Jakie jest nastawienie poza oświeconymi państwami do tej niezwykłej nowej ery? Poza samo-definiującymi się oświeconymi państwami pogwałcenie suwerenności i prawa międzynarodowego wywołuje strach i zgrzytanie zębów.

Zatem jeśli pojedziemy, powiedzmy, do Indii, Tajlandii czy Ameryki Łacińskiej, spotkamy się z jednolitą reakcją: przerażeniem. Opinie większej części świata zostały dobrze oddane przez arcybiskupa San Paolo, który po Wojnie w Zatoce zapytał: "kogo zamierzają zaatakować w dalszej kolejności i pod jakim pretekstem?" Swojego czasu przez cały świat przetoczyła się fala dyskusji na temat konieczności rozbudowania "odstraszaczy". Broń nuklearna, czy inne narzędzie odstraszania, aby bronić się przed oświeconymi państwami, które teraz czują się całkowicie swobodnie w dokonywaniu kolejnych zniszczeń, nie posiadając oczywiście w ogóle tego typu "instrumentów".

Tak naprawdę, jeśli spojrzymy na cały świat pod odpowiednim kątem, myślę, że stosowałaby się tu następująca prawidłowość: im więcej dane państwo ma możliwości użycia siły, tym większe widać gwałcenie przez nie suwerenności, to jest - suwerenności innych. USA generalnie posiadają o wiele większy potencjał w tej materii niż jakikolwiek ich rywal, i, zgodnie z przedstawioną przed chwilą logiką, tu nadużycia były monstrualne. Maleją one, gdy wchodzimy w dół drabiny potęgi, aż dotrzemy do tradycyjnych ofiar. W rzeczywistości rozłam ten był bardzo zbliżony do tego, co dziś nazywa się podziałem na Północ i Południe. To jest rodzaj eufemizmu określającego różnice między starymi państwami imperialnymi i ich starymi koloniami. We wcześniejszych koloniach mieliśmy do czynienia z szokiem, strachem i osłupieniem. W państwach imperialistycznych, szczególnie w najpotężniejszych z nich - z niezwykłym lekceważeniem jakichkolwiek ograniczeń w stosowaniu przemocy, w imię takich zasad jak na przykład pojęcie prawa międzynarodowego i suwerenności.

To jest dość ogólny wniosek. Myślę, że jeśli spojrzy się na komentarze pojawiające się na całym świecie, będzie można dojść do bardziej konkretnego. I znowu, podsuwa to pewne hipotezy na temat tego, co się dzieje.

Jednak wymaga to kolejnych określeń, ponieważ stosunek do suwerenności w przypadku lidera oświeconych państw, Stanów Zjednoczonych, samozwańczego lidera, był o wiele bardziej subtelny niż to właśnie zasugerowałem. To fakt, że jeśli chodzi o innych, suwerenność może być unieważniona bez problemu. Innymi słowy - możemy dowolnie używać siły, o ile uznajemy to za słuszne, ponieważ określamy samych siebie jako oświeconych. Z drugiej strony nasza własna suwerenność - nasza i naszych państw-klientów - która musi być strzeżona jak drogocenny skarb. W naszym przypadku sprawa jest oczywista. I rzeczywiście, trudno się z tym nie zgodzić. Nie tak dawno temu, na przykład, USA odrzuciły wniosek o powołanie międzynarodowego trybunału kryminalnego, który ścigałby zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości. Powód był dość oczywisty - jeśli zaakceptujemy istnienie takiego sądu, zrezygnowalibyśmy tym samym z własnej suwerenności. Nie możemy, ma się rozumieć, tego zrobić, ponieważ nasza suwerenność jest święta.

Było to dość "śmiałe" i spotkało się z pewnego rodzaju uwagami, ale, co zauważa się mniej chętnie - nic w tym wyjątkowego. USA mają okropną przeszłość, jeśli chodzi o ratyfikowanie międzynarodowych konwencji praw człowieka - konwencji, które wcielałyby w życie postanowienia Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. I tak, na przykład, w przypadku Konwencji Praw Dziecka - została ona ratyfikowana prawie przez każde państwo w świecie, oprócz dwóch - USA i Somalii. Somalia nie ratyfikowała jej, ponieważ nie posiada rządu.

Jest to dość powszechne. Ale tak naprawdę jest jeszcze gorzej. Będąc dokładnym, trzeba powiedzieć, że USA nie podpisały żadnej konwencji. Przyczyna tego jest taka, że te, które są ratyfikowane, a nie jest ich wiele, posiadają zastrzeżenie brzmiące: "nie stosuje się do Stanów Zjednoczonych". A więc, konwencje, które zostały ratyfikowane, te nieliczne, następnie zostały "opracowane" jako "nie mające zastosowania tutaj".

Na początku tego roku mieliśmy do czynienia z bardzo interesującym przypadkiem związanym z powyższą prawidłowością, podczas euforii towarzyszącej nowemu oświeceniu. I znowu nikt tego specjalnie nie rozdmuchiwał w mediach, ale jeśli tylko ktoś był odpowiednio dociekliwy, mógł to zauważyć. Otóż przed Trybunałem Światowym pojawiła się sprawa przeciwko USA i innym potęgom NATO, w której są one oskarżane o zbrodnie wojenne. I Sąd Światowy oddalił tę sprawę z technicznych względów. Nie dlatego, że pozew był błędny, ale z technicznych względów. Techniczne względy polegały na tym, że USA zaprezentowało zwięzłą argumentację prawną, aby udowodnić, że oskarżenie nie może zostać wniesione. Sąd prawidłowo zaakceptował tę argumentację. Na czym ona polegała?

Sprawa pojawiła się w związku z Konwencją Przeciwko Ludobójstwu. Sąd Światowy wymaga, aby obydwie strony akceptowały prawodawstwo. Ponieważ nawet jeśli została podpisana Konwencja Przeciwko Ludobójstwu - z opóźnieniem, jak mi się wydaje, około 40 lat - podpisano ją z zastrzeżeniem mówiącym: "nie stosuje się do Stanów Zjednoczonych bez zgody USA", której oczywiście nie otrzymano.

Z tego zatem powodu USA nie mogą zostać postawione przed sądem w ramach tych zarzutów, zatem nie ma znaczenia, jaka jest ich treść. I jest to argument całkowicie fair, no i Sąd odrzuciła pozew. Jak twierdzę, jest to typowe. Suwerenność musi być bardzo dokładnie chroniona, jak wartościowy klejnot, o ile chodzi o naszą suwerenność. Nic nie znaczy jedynie suwerenność różnych naszych wrogów.

Ma to o wiele szersze zastosowanie. USA praktycznie niszczy ONZ, odmawiając płacenia jej legalnie zatwierdzonych składek. Składki są wymagane przez układ, ale USA ich nie płaci, ponieważ oznaczałoby to poświęcenie suwerenności. Dlaczego mielibyśmy pozwalać organizacjom, których działania nie kontrolujemy, za cenę naszej własnej wolności, działać? A zatem USA nie płaci składek.

W rzeczywistości do lat 90-tych gwałcenie przez Amerykę traktatów międzynarodowych przybrało tak ekstremalne rozmiary, że profesjonalne stowarzyszenie prawa międzynarodowego, Amerykańskie Towarzystwo Prawa Międzynarodowego, w aktualnej publikacji zamieściło artykuł zatytułowany "Biorąc traktaty poważnie", oskarżający rosnące "beztroskie odrzucanie stosowania się do warunków traktatów". Podstawa jest zawsze taka sama - są one w sprzeczności z suwerennością Ameryki, która musi być zabezpieczona. To samo dotyczy Światowej Organizacji Handlu - wyjątkowo interesujący przypadek, ponieważ jest ona tworem USA. Ale posiada ona reguły. A USA regularnie je łamie, jeśli uzna to za słuszne.

A więc, na przykład Unia Europejska niedawno oskarżyła przed ŚOH Amerykę za to, że łamie jej reguły, stosując mordercze embargo przeciwko Kubie, co właśnie narusza reguły, o których mówimy, ponieważ zakłada pośrednie poza-terytorialne restrykcje przeciwko innym państwom. I oczywiście przejawia się to masowo w nieprzestrzeganiu międzynarodowego prawa humanitarnego z jego gwarancjami dotyczącymi żywności i, nawet skutecznie, lekarstw. USA odpowiedziały deklaracją wyłączności związanej z bezpieczeństwem narodowym. Przetrwanie USA zależy od zagwarantowania, żeby kubańskie dzieci głodowały lub umierały w szpitalach z powodu braku lekarstw. Stąd nie możemy zaakceptować autorytetu ŚOH, naszego dzieła, w przypadku embarga nałożonego na Kubę.

Pomysł, że jest to kwestia bezpieczeństwa narodowego jest oczywiście zbyt idiotyczny, aby nad nim dyskutować, ale ilustruje on ekstremalne oddanie sprawie naszej własnej suwerenności - prawa do robienia czegokolwiek, co nam się podoba - dokładnie w pół drogi do przywitania nowej ery, w której suwerenność już nic nie znaczy, ponieważ oświecone państwa poprowadzą świat w ich misji poszanowania praw człowieka.

Przez wiele lat atak przeciwko Kubie był usprawiedliwiony pod pretekstem Zimnej Wojny. Kuba jest mackami imperium zła, które mogą nas zadusić. Był to zawsze całkowity nonsens. Formalna decyzja o obaleniu rządu na Kubie została podjęta w tajemnicy w marcu 1960 roku, gdy nie było już znaczących powiązań między Kubą i ZSRR. Gdy Zimna Wojna się skończyła, atak na Kubę zintensyfikował się. Same te fakty podważają całkowicie argumentację o Zimniej Wojnie, ale jest to o wiele bardziej interesujące, gdy spojrzy się na prawdziwe racje, które teraz się przywołuje.

Kiedy administracja Kennedy’ego zajęła urzędy, jednym z pierwszych działań było wzmożenie ataku przeciwko Kubie. Prezydent Kennedy posiadał misję w Ameryce Łacińskiej, która zabezpieczała sytuację na tej półkuli. Idea ta została przedłożona prezydentowi przez historyka Arthura Schlesingera i oczywiście dotyczyła Kuby, opisując zagrożenie, które Kuba stanowi dla USA. Zagrożenie polegało na, cytuję Schlesingera, "rozprzestrzenianiu się idei Castro, żeby wziąć sprawy w swoje ręce" - poważny problem w takim rejonie jak Ameryka Łacińska, gdzie bogactwo jest bardzo mocno skoncentrowane, znowu cytuję, "i biedni i nie uprzywilejowani, pobudzeni przykładem Rewolucji Kubańskiej, żądają możliwości zapewnienia sobie przyzwoitego życia". Cóż, to prawdziwe zagrożenie. Zatem trzeba się bronić przeciwko temu i dopuszczać się terroru, ustanawiając embargo, dokonać inwazji itp. przeciwko blokowi, który jest niebezpieczny.

Tak naprawdę istniał element zimnowojenny. Schlesinger dodaje: "Rosja kryje się w tle, oferując pożyczki na rozwój i prezentując siebie jako model dla industrializacji w czasie trwania jednego pokolenia". Zatem mamy tu do czynienia rzeczywiście ze sprawą zimnowojenną.

Ale, ku zaskoczeniu, jeśli się to przemyśli, można dojść do właściwego zrozumienia, o co chodziło w Zimnej Wojnie od 1917 roku. Wzorce te i starania o niepodległość nie mogą być tolerowane, ponieważ podważają one system światowy, który musi być oparty na innych podstawach. Musi być stworzony tak, żeby chronić interesy uprzywilejowanych, bogatych i potężnych, tych, których suwerenność musi być strzeżona i przestrzegana, podczas gdy suwerenność wszystkich innych może być poniewierana i ignorowana.

Powinienem dodać, że pogarda dla suwerenności nie była niczym nowym w pierwszej połowie tego roku. Po prostu osiągnęła ona niespotykane dotąd rozmiary, jako część uzasadnienia bombardowań europejskiego państwa. Ale pogarda dla suwerenności jest tak stara jak sama Ameryka.

Zatem suwerenność innych nie liczy się, jeśli ci inni stoją nam na drodze, jeśli podpadają pod kategorię "niegrzecznych" państw - czyli nie stosujących się do rozkazów. Ale nasza własna suwerenność, naszych państw klienckich i tych, które "idą z nami" - ta musi być przestrzegana. Wszystko to znane jest od dawna, ale również - wszystko to jest mało ważne. Określa się to, pamiętajmy, jako nieodpowiednie. To są tylko fakty.

Ta pogarda dla innych i dla prawa międzynarodowego, z jednoczesnym akcentowaniem szacunku dla suwerenności "klientów" i, oczywiście, naszej własnej, często jest wyrażana w bardzo szorstki i frywolny sposób publicznie - na co powinniśmy zwrócić uwagę, co jest ważne.

Zatem, na przykład, Dean Acheson, który był szczególnie szanowanym mężem stanu i jednym z twórców świata powojennego i starszym doradcą administracji Kennedy’ego, w 1962 roku, w czasie, kiedy wprowadzano całkowicie nielegalne embargo na Kubę, przeprowadził jego publiczną obronę przed Amerykańskim Towarzystwem Prawa Międzynarodowego. W jej trakcie zwrócił uwagę, że przyznanie prawa do reakcji USA na zagrożenie dla ich "władzy, pozycji i prestiżu nie jest kwestią prawną". A więc gdy prestiż, pozycja lub potęga Stanów Zjednoczonych są brane pod uwagę, nie pojawia się problem prawa międzynarodowego. Ponieważ jesteśmy ponad tym.

Powiedział, że prawo międzynarodowe posiada swoje "zastosowanie". To zastosowanie ma "wzmocnić naszą pozycję", za pomocą uprzejmych stwierdzeń, jeśli warunki nam na to pozwolą. Ale w przeciwnym wypadku, jeśli chodzi o nasz prestiż, potęgę czy wpływy, prawo międzynarodowe nie jest odpowiednie.

Oczywiście taka postawa to nie wymysł USA. Wszystkie państwa w świecie, łącznie z Andorą, mogłyby przyjąć taką postawę, jeśli mogłyby ją przeforsować, ale tak się składa, że to właśnie USA są w stanie ją przeforsować. Oto, co znaczy być największym bandytą w bloku. W ten sposób można sobie poradzić. Można też przeforsować schlebianie sobie, ze względu na swoją wielkość, że się jest oświeconym państwem, przeprowadzającym wszelkiego rodzaju wspaniałe misje.

A oto nawet jeszcze bardziej dramatyczny przykład, o którym powinno się uczyć w każdej szkole w społeczeństwie, które miłuje wolność. Chodzi o reakcję USA - publiczną reakcję - kiedy państwo to zostało postawione przed Sądem Światowym przez Nikaraguę w 1985 roku. USA odmówiły Sądowi kompetencji.

Jednak Sąd mimo to oskarżył USA za to, co określił jako "bezprawne użycie siły" - innymi słowy: zbrodnie wojenne przeciwko Nikaragui. Zarządził, żeby USA wstrzymały działania i wypłaciły wysokie odszkodowania. Oczywiście zostało to odrzucone ze zwyczajnym lekceważeniem. Wojna natychmiast przybrała na sile, a odszkodowaniami niech nam nie zawracają głowy.

Ale co bardziej, w związku z tym, interesujące, to powody. Radca prawny Departamentu Stanu podał oficjalną przyczynę, dlaczego USA nie zaakceptują postanowienia Sądu Światowego. Chodzi o to, że na członkach Organizacji Narodów Zjednoczonych nie można polegać jako na tych, którzy podzielają nasze poglądy i zwykle sprzeciwiają się Stanom Zjednoczonym w ważnych sprawach międzynarodowych. Zatem musimy zastrzec sobie prawo do decydowania, kiedy reguły Sądu mają zastosowanie i nie dostosowywać się do przymusowych orzeczeń Sądu dotyczących jakichkolwiek sporów odnoszących się do spraw istotnie związanych z wewnętrzną jurysdykcją USA, która jest określana przez same USA.

W tym przypadku sprawą w obrębie wewnętrznej jurysdykcji USA była wojna Waszyngtonu z Nikaraguą, co Sąd potępił jako bezprawne użycie siły. Jak powiedziałem, powinno się tego uczyć w szkołach. Wszyscy powinni znać to na pamięć. A w społeczeństwie, które tak ceni wolność byłoby to znane.

Znane by również były deklaracje byłego Sekretarza Stanu Geogre’a Schulza, którego uważano za "Mr. Cleana" administracji Reagana. Wyjaśnijmy to. Powiedział on coś takiego: "negocjacje to eufemizm określający kapitulację, jeśli cień potęgi nie przetoczy się po stole negocjacyjnym". I potępił tych, którzy bronili "utopijnych, legalistycznych środków, jak zewnętrzne mediacje Narodów Zjednoczonych czy Sądu Światowego, jednocześnie ignorując element siłowy w tym równaniu".

Uwagi te nie są bez precedensu w nowej historii. Można podać kilka przykładów. Zostały dostarczone w chwili bombardowania miast libijskich, Tripolisu i Bengazi, przez USA, gdzie zginęło wielu cywilów. Tak na marginesie, było to pierwsze w historii bombardowanie, które zostało zaplanowane i wykonane według najlepszego czasu w telewizji. Zostało dokładnie wymierzone, aby zaczęło się dokładnie o 7 wieczorem Czasu Wschodniego, kiedy to trzy kanały telewizyjne nadają swoje główne wydania wiadomości. Oczywiście czystym przypadkiem było to, że stało się tak, że wszystkie te stacje posiadały swoje ekipy w Libii - gdzie, oczywiście, przebywają cały czas - tak aby mogły sfilmować pasjonujące wydarzenia, tak jak to się stało, i następnie przekazać administracji pierwszą godzinę kontroli nad wiadomościami telewizyjnymi, dając jej właściwą oprawę. W sumie nie powinniście tego zauważyć. To po prostu jakoś tak się stało.

Cóż, wszystko to, jak już mówiłem, to rzeczy, które warto znać, nauczać. Mówią one nam dużo o stosunku Ameryki do suwerenności - jej własnej suwerenności. Suwerenność innych jest traktowana z pewną pogardą, co działo się od lat 70-tych.

Weźmy przykład, który jest właściwie trywialny w porównaniu z wszystkimi faktami. Upływa właśnie rok, odkąd Stany Zjednoczone - administracja Clintona - zdecydowały się zniszczyć połowę farmaceutycznych zapasów biednego państwa afrykańskiego, zabijając kto wie, ile tysięcy czy dziesiątki tysięcy ludzi. Mówi się, że był to rodzaj działania z niezamierzonym użyciem przemocy, ale nic w tym złego. No bo cóż znaczy suwerenność? To nasza suwerenność ma znaczenie. Wszystko to w czasie realizowania się fazy pierwszej oświecenia.

Przejdźmy teraz do fazy drugiej. Tutaj widzimy, że już nie tylko Stany Zjednoczone mają uprzywilejowaną pozycję. gdzie suwerenność musi być traktowana z szacunkiem, ale też państwa klienckie. A więc na przykład Indonezja.

Indonezja posiada jedną z najbardziej brutalnych i morderczych przeszłości w naszych czasach, ale kiedy wznowiła okrucieństwa w Timorze Wschodnim w tym roku, ich suwerenność musi być bardzo wyraźnie poszanowana - nawet jeśli ona nie istnieje. Pamiętajmy, że ich suwerenność w Timorze Wschodnim można porównać z tą Saddama Husseina w Kuwejcie czy niemieckich nazistów w okupowanej Francji. Istnieje dokładnie ta ilość suwerenności - właściwie żadna - która musi być przestrzegana - właściwie ozłacana.

Oficjalne stanowisko USA mówi, że to jej odpowiedzialność - odpowiedzialność Indonezji - aby utrzymać porządek we Wschodnim Timorze, w państwie, które podbili i gdzie zmasakrowali może jedną trzecią ludności. "To ich odpowiedzialność i nie chcemy ich jej pozbawiać".

Wrócę jeszcze do tego wątku bardziej szczegółowo, ale to przypomniało mi stanowisko USA dokładnie w czasie ostatnich tygodni, kiedy niemożliwe już było ignorowanie wielkości okrucieństw i kiedy administracja Clintona tak naprawdę została zmuszona z powodu nacisków ze strony tamtejszego społeczeństwa, szczególnie australijskiego, nacisków międzynarodowych, aby wykonać jakieś drobne kroki. Clinton w końcu musiał wypowiedzieć kilka uwag do generałów indonezyjskich, że to nie było miłe, i to całkowicie wystarczyło, aby radykalnie zmienili swoje zamiary - co pokazuje ukrytą siłę, która była cały czas w zasięgu ręki. Tak na marginesie, to w tym momencie wciąż to jeszcze trwa. Kiedy tu rozmawiamy, setki tysięcy ludzi są zmuszone uciekać w góry we Wschodnim Timorze, gdzie umierają z głodu, o ile ktokolwiek o tym wie. Tak się składa, że istnieje państwo, które byłoby w stanie przeprowadzić dla nich zrzuty żywności z samolotów. Wiemy, o jakie państwo chodzi. Posiada ono logistyczne i techniczne możliwości, aby dostarczyć w ten sposób ludziom w górach pożywienie. Ludzie ci zostali tam wygnani przez siły uzbrojone i wytrenowane w USA i wspierane przez USA.

Ale nie widzimy, by tak się działo. Tak naprawdę nie widzieliśmy nikogo, kto by o tym wspomniał. Ponieważ jest to wykluczone. Trzeba pamiętać, że nasza misja to ochrona praw człowieka - ale nie wtedy, gdy prawa te są deptane w okropny sposób przez państwa klienckie, które wspieramy w jego okropnościach i masakrach od 25 lat; tu i także w innych miejscach.

A zatem nie mówi się o siłach powietrznych zrzucających żywność dla głodujących uchodźców. Siły lotnicze są zdolne do niszczenia celów cywilnych w państwie, którego suwerenność nic nie znaczy. Tam możemy stosować precyzyjne bombardowanie, niszczyć cele cywilne i tak dalej - to jest w porządku. Ale nie jesteśmy w stanie zrzucać żywności ludziom głodującym. To nie jest historia starożytna, jak w ostatnim tygodniu, chodzi o dzień dzisiejszy.

Suwerenność jest gwarantowana przez USA i odrzucana przez USA. To są przywileje władzy i pochlebcy przed sądem muszą wyjaśniać nam, dlaczego jest to wszystko szlachetne i wzniosłe.

Jakie jest nastawienie USA i innych samozwańczych państw oświeconych do praw człowieka? Ta sama odpowiedź: "prawo silnego". Przykłady można mnożyć, zostanę przy roku 1999. Weźmy Timor Wschodni. Szybko przedstawię zwięzłe sprawozdanie z tych "dźwięcznych kąsań i inwektyw", o których nie powinniśmy wiedzieć, według strażników doktrynalnej czystości.

W grudniu 1975 roku Indonezja, państwo wspierane przez USA, państwo klienckie, najechało terytorium Timoru Wschodniego, do którego nie ma mimo to roszczeń. Inwazja została przeprowadzona z użyciem broni amerykańskiej, która na mocy traktatu może być wykorzystana jedynie do samoobrony. USA po cichu wyraziły nadzieję, że ta inwazja zostanie przeprowadzona szybko i że fakt, że została tam nielegalnie wykorzystana ich broń będzie przemilczany.

USA ogłosiły embargo na broń, ponieważ było mnóstwo sprzeciwów, ale natychmiast je pogwałciły, wysyłając potajemnie nową broń, włączając w to niezwykle skuteczny "sprzęt" do zwalczania buntów. Rada Bezpieczeństwa ONZ zareagowała. Jednogłośnie potępiła agresję i rozkazała Indonezji natychmiast się wycofać. Ale nie przyniosło to efektu, a powód, dlaczego tak się stało został przedstawiony przez ambasadora USA - znowu za pomocą słów, które zapamiętałby każdy, kto ceni sobie wolność, którą się cieszymy, i kto interesuje się sprawami międzynarodowymi, prawem międzynarodowym i prawami człowieka. I nie chodzi tu o jakiegoś prawicowego reakcjonistę. Chodzi o Daniela Moynihana, liberalnego senatora z Nowego Jorku, który następnie został ambasadorem przy ONZ. Kilka lat później, w 1978 roku, napisał swoje wspomnienia. Wyjaśnia tam, dlaczego Rada Bezpieczeństwa nic nie wskórała. Mówi, że "Stany Zjednoczone chciały, żeby wszystko stało się tak, jak się stało i pracowały nad tym, aby to zrealizować. Departament Stanu zażądał, aby ONZ okazało się niezdolne działać w jakiejkolwiek sprawie, do której się przymierzą. Zadanie to zostało przekazane do realizacji mnie, a ja zadziałałem nie bez znaczącego sukcesu".

Szczere to i otwarte. Był on także świadom istoty tego sukcesu. Dalej twierdzi, że w następnych kilku miesiącach odnotowano około 60.000 zabitych - mniej więcej ten sam procent populacji, jak ten odnoszący się do ludzi zamordowanych przez Hitlera w Europie Wschodniej podczas 2 wojny światowej. To jego komentarz, a nie mój. A wtedy, mówi, cała sprawa znikła z prasy, a więc wszystko okazało się sukcesem

I rzeczywiście, znikła ona z prasy i był to sukces, ale walki się nie zakończyły. Tylko informowanie o nich zostało przerwane. Co się stało potem? - przyszła administracja Cartera - administracja praw człowieka - i zadbała o nowy przypływ broni do Indonezji, która natychmiast została wykorzystana do eskalacji ataków i zbliżenia się prawie do poziomu ludobójstwa. Ludzie byli wypędzani w góry, armia indonezyjska używała nowej broni - samolotów odrzutowych, napalmu i tak dalej - dostarczonej przez administrację praw człowieka, aby "przeprowadzić atak zmasowany, aby sprowadzić ludność pod kontrolę indonezyjską" - albo, jak wyraził to Departament Stanu Cartera: "większa część populacji została przeniesiona do terytoriów, gdzie mogła być chroniona przez rząd Indonezji".

W tym właśnie momencie kościół i inne źródła ze Wschodniego Timoru chciały sprawić, aby świat zapoznał się z tym, co się działo. To właśnie wtedy liczba 200.000 zabitych, którą dzisiaj się szeroko przyjmuje, została przedstawiona przez kościół jako wiarygodne szacunki. Wtedy została ona odrzucona, dzisiaj się ją przyjmuje.

I tak to właśnie się rozwija. Aż do teraz. Na początku tego roku pojawiła się iskierka nadziei. W styczniu tymczasowy prezydent Indonezji zaoferował referendum, w którym ludność Timoru Wschodniego mogłaby wybrać pomiędzy niepodległością a autonomią. Armia indonezyjska natychmiast zareagowała, zwiększając terror. Wysłali nowe jednostki swoich elitarnych sił specjalnych - jednostki Kopassus, które zostały wytrenowane i wyposażone przez USA. Są one znane ze swoich okrucieństw w Timorze Wschodnim i nie tylko. Zostały tam wysłane; zorganizowały to, co nazwali "milicją" - siły paramilitarne złożone w dużej części z Indonezyjczyków, według indonezyjskiego laureata Pokojowej Nagrody Nobla, Jose Ramosa Horty - które natychmiast przystąpiły do zakrojonych na szeroką skalę zbrodni.

Nikt o tym nie mówił, ale to się działo - narastało i wszyscy wiedzieli, co się szykuje. USA grały na zwłokę, nie zrobiły nic, odmówiły działań. Tak naprawdę, powiedziałbym, że przez cały ten okres uzbrajanie i trening Indonezyjczyków trwał. I rzeczywiście, w latach 1997-98 komercyjna sprzedaż broni za zgodą rządu Indonezji wzrosła pięciokrotnie. Praktyki treningowe - Pentagon właśnie ogłosił tydzień temu, że trwały one aż do 25 sierpnia - około 5 dni przed referendum. Nazywane one były "treningiem humanitarnym" i odsieczą przeciwko katastrofom. Orwell nie nazwałby tego lepiej.

Co się stało potem? Dokładnie w środku fali przemocy przed referendum w kwietniu, kiedy zbrodnie osiągały szczyty, USA nie wysłały misji militarnej. Szef dowództwa pacyfistycznego, admirał Blair, został wysłany na rozmowy z generałem Wirranto, indonezyjskim szefem oddziałów, teoretycznie aby rozkazać mu zaprzestanie masakr. Okazało się, że tak naprawdę powiedział mu, że USA będzie dalej dostarczało pomocy i wsparcia. Zostało to niedawno ujawnione przez Alana Nairna, niezależnego dziennikarza, który wykonał tam fantastyczną pracę, a także gdzie indziej, i w rzeczywistości był więziony wówczas przez Indonezyjczyków, bez żadnych wiadomości na ten temat tutaj - ostatecznie wypuszczono go, przede wszystkim dzięki naciskom Kongresu.

Zatem admirał Blair pojechał, aby przekazać to posłanie krótko po jednej z najbardziej wstrząsających masakr - morderstwie około 60 osób w kościele, w którym przetrzymywano uchodźców. Brutalne morderstwo, jedno z wielu.

Co się stało? Ludność, dając niesamowite świadectwo heroizmowi, poszła głosować. I pomimo terroru na szeroką skalę, zastraszeniom, zabójstwom, dziesiątkom tysięcy ludzi, którzy uciekli w góry, aby się schronić, 90% populacji było tak dzielne, że zdecydowało się głosować, w większości opowiadając się za niepodległością.

Reakcją na to były kroki, aby całkowicie zdestabilizować kraj. Kilka tygodni potem - mamy początek września - nikt nic nie wie, ilu ludzi zostało zabitych - tysiące, dziesiątki tysięcy. A może połowa ludności lub jeszcze więcej została wyrzucona z własnych domów - naprawdę potężne okrucieństwo. W końcu, jak powiedziałem, USA miało zająć stanowisko, odnotować zastrzeżenia, w którym to punkcie Indonezyjczycy zrezygnowaliby - co oznacza, że mogliby to zrobić całkowicie sami. Trzeba to przyznać, New York Times zaprezentował wstępniak na ten temat. Jeśli tak trzeba, uznajmy to. 15 września historyk Indonezji, John Roosa, który był obserwatorem podczas wyborów, napisał dobry artykuł redakcyjny, gdzie pokazał prawdę. Powiedział: "przypuszczając, że można było przewidzieć ten pogrom, można też mu było zapobiec", ale Clinton "zatrząsł się" i "odrzucił dyskusję" na temat wysłania sił pokojowych. To prawda. Tak właśnie wszystko to wyglądało przez cały ten rok, gdy Australijczycy stawali się coraz bardziej wściekli na odmowę USA nawet rozważenia użycia sił pokojowych.

Ci, którzy cokolwiek pamiętają z historii, przyznaliby, że to powtórka, potworna, prawie dokładna, z tego, co się stało 20 lat temu. 20 lat temu, po potężnej masakrze, gdzie zginęły setki tysięcy ludzi, w końcu Indonezja zgodziła się na wizytację korpusu dyplomatycznego z Dżakarty we Wschodnim Timorze - czuli się wystarczająco bezpiecznie, aby pozwolić im tam przyjechać. Jednym z nich był ambasador Cartera - ambasador Masters. Był on tam świadkiem zniszczeń, które ci, którzy byli z nim porównali do Kambodży.

To, co stało się później zostało opisane w zeznaniu przed ONZ przez jednego z głównych historyków Indonezji, Benedicta Andersona, amerykańskiego historyka zajmującego się tym problemem. Zeznał, że ambasador Masters spóźnił się o "dziesięć długich miesięcy, odrzucając prośby pomocy humanitarnej nawet przed Departamentem Stanu, aż generałowie indonezyjscy nie dali mu "zielonego światła" - mówiąc, że byli oni wystarczająco bezpieczni, aby pozwolić Czerwonemu Krzyżowi wkroczyć i zezwolić na pomoc humanitarną. Innymi słowy - dokładnie to samo, co stało się w ostatnich kilku tygodniach, ta sama, powtarzająca się historia.

Wszystko to, niestety, okazało się typowym nastawieniem w stosunku do praw człowieka, podobnie jak powody. Jak powiedział jeden z doświadczonych zachodnich dyplomatów w Dżakarcie - "Indonezja się liczy, Wschodni Timor - nie".

Zostało to wyjaśnione bardziej szczegółowo w artykule z pierwszych stron New York Timesa przez dwóch specjalistów azjatyckich, którzy wykazali, że administracja Clintona musiała przeprowadzić kalkulację, w której porównali, z jednej strony, wagę dla USA państwa bogatego w zasoby naturalne z ludnością liczącą kilkuset milionów, z której uzyskujemy niezwykłe dochody, i, z drugiej - biednego państwa z 800.000 ludności. Cóż, rezultat tego każdy może sobie oszacować sam i wyobrazić sobie, jakiego rodzaju reakcji należało oczekiwać.

Zostało to wyrażone bardziej obrazowo przez wysokiego urzędnika amerykańskiego, który powiedział, że we Wschodnim Timorze "nie posiadamy żadnego psa w tym wyścigu". Innymi słowy - nieważne, co tam się dzieje. Później, kilka tygodni potem, nagle zmienili ton. Stwierdzili - prawda, mamy psa w tym wyścigu. Dużego psa, mianowicie Australię. Australia robi zamieszanie, a to trzeba brać pod uwagę. Zatem teraz już mamy psa w tym wyścigu i musimy się zmienić.

A co z ludnością państwa, która była torturowana i masakrowana z naszą pomocą przez 25 lat? Nie są oni nawet małym pieskiem. Tak właśnie naprawdę przedstawia się kwestia praw człowieka.

Wróćmy po prostu jeszcze do pierwszej fazy tego roku. W kwietniu, dokładnie w centrum euforii o wielkiej nowej erze i tak dalej, była rocznica - 50 rocznica NATO, w Waszyngtonie. Szeroko komentowana. Nie była to radosna rocznica, ponieważ spotkanie odbyło się pod zasłoną ciemnych chmur czystek etnicznych w Kosowie - i stąd, jak wiecie, cała masa przygnębienia i troski w stosunku do czystek etnicznych. Trzeba podziwiać komentatorów, dziennikarzy i innych - którzy byli w stanie przeoczyć fakt, że jedna z najgorszych czystek etnicznych lat 90-tych odbyła się w ramach NATO. Dokładnie - w południowo-wschodnim rejonie.

W Turcji - członku NATO, pod jurysdykcją Rady Europy i Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który regularnie potępia czystki etniczne i inne zbrodnie - 8 w ciągu ostatniego roku. I nie były to niewielkie sprawy. O wiele większe niż w Kosowie: 2 do 3 mln. uchodźców, około 3500 wiosek zniszczonych - Kosowo razy 7. Dziesiątki tysięcy zabitych - Kurdów. O wiele większe zbrodnie niż w Kosowie, nawet po bombardowaniach, a przed nimi - nie ma co mówić.

Jak to się stało?

Stało się to dzięki administracji Clintona. Rząd turecki używa w około 80% procentach amerykańskiej broni. Zbrodnie wzrosły przez lata 90-te, po tym, jak rząd turecki odrzucił w 1992 roku negocjacje pokojowe z buntownikami kurdyjskimi, a administracja Clintona wysyłała coraz potężniejsze fale pomocy militarnej. W rzeczywistości, Turcja stała się głównym importerem broni w świecie. Mamy tu do czynienia z najnowocześniejszym sprzętem - jak samoloty odrzutowe, napalm itd. Jeśli spojrzy się na dane, można sobie wyobrazić, jakie zbrodnie zostały popełnione.

Wszystko w ramach NATO, dokładnie w latach 90-tych, i w sumie dalej to trwa. Zostało to zignorowane podczas obchodów rocznicy NATO, a tak naprawdę - cały czas. Przeszukajmy bazy danych prasy. Jeśli się komuś nie chce, nie musi tego robić. Co znajdziemy? Właściwie nic - ponieważ to jest wielka zbrodnia, potężna czystka etniczna, terror, wszystko, co przyjdzie na myśl, ale przeprowadzone przez państwo oświecone. Tak naprawdę - przez lidera państw oświeconych, w ramach NATO, a więc dlatego jest to nieważne, nie zasługuje na komentarze. Dokładnie w momencie, gdy mamy być zajęci współczuciem ofiarom czystek etnicznych we wrogim państwie - czyli w Kosowie. Spójrzmy w końcu na ten przypadek.

Znowu jesteśmy przy kluczowym przykładzie, przy tym, na który musimy spojrzeć - zbrodnie w Kosowie. Istnieje tu pewnego rodzaju mantra powtarzana bez końca, która mówi, że w przypadku Kosowa wreszcie spełniliśmy coś słusznego. Oczywiście, zdarzało się nam popełniać błędy tu i tam, ale w tym przypadku zrobiliśmy coś dobrego. Działaliśmy według naszych idei i wartości. Działaliśmy całkowicie altruistycznie - całkowicie zrywając z przeszłością. USA działały całkowicie altruistycznie, aby bronić praw człowieka i dlatego właśnie mamy tę potężną euforię w związku z nową erą.

Cóż, logika mówi nam coś innego. Przecież chodzi tu o fakty: zatem fakty powinny być stosowane, a więc spójrzmy na nie. Istnieje standardowa ich wersja. Powtarzana w ostatnim tygodniu przez głównego specjalistę od spraw zagranicznych w New York Timesie, Thomasa Friedmana, który twierdzi, że interwencja NATO w Kosowie rzeczywiście coś znaczyła - przerwała czystki etniczne i dlatego była sprawiedliwa.

Istnieje tylko jeden problem z tym oświadczeniem, które jest cały czas powtarzane: fakty są dokładnie przeciwne, bezsprzecznie. Masywne czystki etniczne były rezultatem bombardowań, nie ich przyczyną. Nie ma co do tego wątpliwości. Po prostu spójrzmy na liczby odnotowanych uchodźców za granicami.

Rok temu Kosowo nie było przyjemnym miejscem, w żadnym razie, choć, niestety, podobnie jak wiele innych miejsc na świecie - ale fala czystek etnicznych zaczęła się po rozpoczęciu bombardowań. Bombardowania zaczęły się 24 marca. W tym czasie Wysoki Komisarz ds. Uchodźców przy ONZ, który zajmuje się uchodźcami, nie miał żadnych danych na temat uchodźców. Pierwsze pojawiły się około 3 dni później. 1 kwietnia, tydzień po rozpoczęciu bombardowań, zaczął wypuszczać pierwsze codzienne raporty na temat wypędzeń - a później doszło do liczb, które dziś znamy: sześćset, siedemset tysięcy.

Ponadto - można to było przewidzieć. Tak naprawdę - według dowódcy USA w NATO, generała Wesleya Clarka - było to "całkowicie do przewidzenia". To były jego słowa, gdy bombardowania się zaczęły. Powiedział, że to było "całkowicie do przewidzenia", że bombardowania przyczynią się do potężnej eskalacji zbrodni - z dość oczywistego powodu. Kiedy bombarduje się ludzi, oni nie rzucają w ciebie kwiatkami. Odpowiadają. I nie odpowiadają tam, gdzie wróg jest mocny - oni odpowiadają w taki sposób, gdzie sami są mocni. Zatem nie wysyłają samolotów odrzutowych na Nowy Jork. Ich odpowiedź ma miejsce na ziemi, gdzie są silni - wywołują większe zbrodnie.

Ponadto generał Clark stwierdził, że operacja NATO, cytuję, "nie została pomyślana jako środek powstrzymania czystek etnicznych prowadzonych przez Serbów". To prawda. Nie mogło tak być, ponieważ najgorsze czystki etniczne, do tej pory, zostały sprowokowane przez bombardowanie. Była to konsekwencja, a nie przyczyna.

I dalej, choć zbrodnie można było przewidzieć, i zostały one przewidziane, nikt nie był na nie przygotowany. Tak naprawdę było jeszcze gorzej - krótko przedtem USA zdecydowały się obciąć fundusze dla Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ, który jest odpowiedzialny za los uchodźców. W styczniu musieli mocno zredukować swoje ekipy, ponieważ USA odmówiło na nie pieniędzy.

Zatem Stany Zjednoczone i Wielka Brytania nie tylko odrzuciły przygotowania do przewidywanych zbrodni, postanowiły one pozbawić funduszy organizację, która zajęłaby się uchodźcami, którzy mieli się pojawić - jak przewidywano, zdaniem komandora - przez bombardowania, które zostały przeprowadzone. Jeśli poukładamy to razem, to wtedy zbrodnicza działalność Clintona i Blaira wzrośnie dość znacznie.

To tylko zarysowuje powierzchnię. Nie mamy czasu, żeby wdawać się w jeszcze głębsze szczegóły, ale naprawdę zachęcam wszystkich do przyjrzenia się temu dokładnie - bardzo łatwo odnajdziecie fakty. Nie są niedostępne. Odsłonią one, że nawet w tym pojedynczym przypadku nie można absolutnie wierzyć w żadne słowo z tej egzaltowanej retoryki, nie mówiąc już o wszystkich innych przypadkach, o których się nie wspomina, a o których ja powiedziałem coś tutaj.

Jeśli tak naprawdę spojrzy się dokładniej na historię, okaże się, że to wszystko jest znane. To dość tragiczna - czy gorzej - nieprzyzwoita powtórka z tego, co działo się 100 lat temu. Dokładnie sto lat temu pojawiła się taka sama kwestia na temat tego, jak oświecone państwa muszą nieść cywilizację do zacofanych części świata i muszą naruszać suwerenność i cokolwiek innego, ponieważ mają do spełnienia misję szerzenia cywilizacji, chrześcijaństwa i praw człowieka. Jak wtedy, gdy USA zbliżało się do Filipin, aby przytoczyć jeden przykład.

Wiemy dokładnie, jakie były tego konsekwencje. Nie musimy się wysilać, by to dostrzec. Mamy 100 lat historii, aby zobaczyć, jak oświecenie było przynoszone światu. Czy istnieje jakikolwiek racjonalny powód, żeby oczekiwać, że ta faza będzie inna? Większość świata tak nie myśli. Poza samozwańczymi państwami oświeconymi istnieje mnóstwo strachu i obaw co do odrodzenia najgorszych dni europejskiego imperializmu, arogancji i schlebiania sobie, które się z tym wiązały.

Dla ludzi takich jak my - czyli stosunkowo uprzywilejowanych, żyjących w dość wolnych społeczeństwach nic z tego nie jest nieuniknione. Okropne zbrodnie są popełniane, jeśli pozwolimy, żeby tak się działo. Nic prostszego. Nie mówimy o rzeczach, które dzieją się na Marsie lub zbrodniach popełnianych przez Huna Attilę, ale o zbrodniach, które są skutkiem działalności sił, które są głównie pod naszą kontrolą, jeśli tylko zechcemy je kontrolować.

Nie zmienimy praw natury. Są to sprawy woli i wyboru. Nie możemy cofnąć tego, co już się stało, ale przynajmniej możemy zmierzyć się z przyszłością. Możemy zdecydować się i spojrzeć na nią uczciwie, aby nauczyć się czegoś i aby wykorzystać tę wiedzę, by wpłynąć na przyszłość.

 

wykład wygłoszony 20 września 1999 roku na Kansas State University Manhattan, Kansas (transkrypcja James R. Benkard) <powrót>

 

 
 
Wrocław, 10.07.2000