Susan George
Jak wygrać wojnę idei: czytając Gramsci'ego

DISSENT / SUMMER 1997/ VOLUME 44, NUMBER 3

 

 

Po grecku hegemon oznacza przywódcę. Od tego znaczenia jest już tylko jeden lingwistyczny sus, skok, przeskok, do pojęcia rządów, władzy, dominacji, wyrażonej za pomocą słowa hegemonia. Tradycyjnie termin ten został zarezerwowany dla państw. W latach 20tych i 30tych naszego wieku wielki myśliciel włoski, Antonio Gramsci rozwinął to pojęcie jeszcze bardziej i użył go do wyjaśnienia, jak jedna klasa może ustanowić swoje przywództwo nad innymi za pomocą dominacji ideologicznej. Podczas gdy ortodoksyjny marksizm wyjaśniał prawie wszystko w ramach sił ekonomicznych, Gramsci dodał do tego kluczowy wymiar kulturowy. Pokazał, że kiedy już ideologiczne rządy - czy też "hegemonia kulturowa" - zostaną wprowadzone, użycie przemocy, aby zaprowadzić zmiany okazuje się zbyteczne.

Dzisiaj chyba nikt nie zaprzeczyłby, że żyjemy w ramach praktycznie niekwestionowanych rządów zdominowanego przez rynek, ultra-rywalizacyjnego, zglobalizowanego społeczeństwa z jego repertuarem niegodziwości i doświadczanej codziennie przemocy. Czy mamy hegemonię, na jaką zasłużyliśmy? Myślę, że tak i jeśli mówię tu o "nas" mam na myśli ruch postępowy lub to, co znajduje się na lewo od niego. Oczywiście, jeśli chodzi o kształtowanie naszego życia i społeczeństwa, nie kwestionuję czynnika sił ekonomicznych czy wydarzeń politycznych, jak koniec zimnej wojny, ale tutaj chciałabym się skoncentrować na wojnie idei, które zostały dramatycznie odrzucone po "stronie aniołów". Mnóstwo publicznych i prywatnych instytucji, które głęboko wierzyły, że działają w imię stworzenia bardziej sprawiedliwego świata przyczyniło się do triumfu neoliberalizmu czy też w pasywny sposób umożliwiło ten triumf.

Mimo że powyższy sąd brzmi surowo, można wciąż liczyć na pozytywne konkluzje, które da się z niego wyprowadzić. Rządy prawicy są rezultatem skoncentrowanych, długofalowych ideologicznych starań ze strony niemożliwych do rozpoznania aktorów. Jeśli zdamy sobie sprawę, że zdominowany przez rynek, niesprawiedliwy świat nie jest ani czymś naturalnym, ani czymś koniecznym, powinno okazać się możliwe zbudowanie konkurencyjnego projektu dla świata o innej postaci.

Wyłączenie a ideologia

Koniec 20 wieku można określić jako Erę Wyłączenia. Dzisiaj jest już oczywiste, że "wolny rynek", który w coraz większym stopniu determinuje polityczne i społeczne, a także ekonomiczne priorytety, nie może objąć wszystkich. Zadanie rynku to dostarczać pracy, o wiele mniej - spójności społecznej. Nie ma w nim miejsca na rosnącą liczbę ludzi, którzy w niewielkim lub żadnym stopniu nie przyczyniają się do produkcji czy konsumpcji. Rynek działa z korzyścią dla mniejszości.

Era Wyłączenia rodzi wiele społecznych chorób, z którymi na próżno starają się uporać różne humanitarne i charytatywne organizacje, pochodzące z poprzedniej epoki. Nie udaje im się to, ponieważ nie mogą one pojąć, że ich projekty i programy istnieją w kontekście ideologicznym, który systematycznie udaremnia ich wysiłki.

Obecnie nam panująca doktryna ekonomiczna, w której szerokie wyłączenie jest koniecznym elementem, nie spadła z nieba. Była ona raczej starannie hodowana przez całe dekady w ramach rozmyślań, działań i propagandy; sprzedana i kupiona przez gęsto upakowane bractwo (w większości są to mężczyźni), które szykowało się na profity płynące z jej rządów.

Wcześniejsza wersja tej doktryny nazywała się leseferyzmem; dzisiaj Amerykanie mówią o neokonserwatyzmie, Europejczycy o neoliberalizmie, a Francuzi - o "la pensee unique" (dominujący lub wyłączny trend myślowy). Chciałabym używać tu pojęcia neoliberalizm, pamiętając jednocześnie o tym, że nowoczesna wersja tej doktryny jest stanowczo odległa od idei wielkich "liberalnych" ekonomistów politycznych, takich jak Adam Smith czy David Ricardo. Neoliberałowie udają, że kierują się zasadami swoich znamienitych poprzedników, ale tak naprawdę zdradzili ich ducha i zignorowali ich moralne i społeczne przesłanie.

Pół wieku historii

Zwycięstwo neoliberalizmu jest rezultatem pięćdziesięciu lat intelektualnej pracy, która obecnie znajduje szerokie odbicie w mediach, polityce i programach organizacji międzynarodowych. Reaganizm, Thatcheryzm oraz upadek Muru Berlińskiego zwykle chwalone są (lub potępiane) za taki stan rzeczy, a wydarzenia te tak naprawdę uczyniły z neoliberałów jeszcze większych ignorantów, ale na tym się opowieść nie kończy.

Pięćdziesiąt lat temu, po drugiej wojnie światowej, neoliberalizm nie miał miejsca w oficjalnym nurcie debat politycznych. Tam, gdzie kazania między sobą, albo w zupełnej głuszy, prawiło kilku mistrzów, wszyscy inni byli keynesistami, socjal- (chrześcijańskimi-) demokratami czy innymi cieniami Marksa. Odwrócenie tego kontekstu wymagało intelektualnego uporu i planowania politycznego - ale to zawsze oznaczało też granie na pasywności zadowolonej z siebie większości. Jeśli powiemy o trzech rodzajach ludzi - tych, którzy sprawiają, że różne rzeczy mają miejsce, tych, którzy obserwują wydarzenia, oraz tych, którzy nigdy nie wiedzą, co w nich uderza - neoliberałowie należą do tej pierwszej kategorii, a większość postępowców do pozostałych dwóch. Lewica pozostała zadowolona z siebie aż do momentu, gdy, nagle, było już za późno. Amerykańscy ojcowie założyciele neoliberalizmu w taki sposób posiadali na początku tylko kilka kart, ale wierzyli w kluczową zasadę: Ideas Have Consequences (Idee mają swoje konsekwencje) - tytuł książki z 1948 napisanej przez Richarda Weavera, której pisana była długa i owocna kariera. Konserwatywne pisma zostały wydane przez University of Chicago Press, podobnie jak austriackiego uchodźcy, filozofa-ekonomisty Friedricha von Hayeka oraz błyskotliwego młodego ekonomistę Miltona Friedmana. Dzisiaj Szkoła z Chicago (Chicago School) jest słynna: jej ekonomiczne, społeczne i polityczne poglądy rozprzestrzeniły się na całym świecie. Ekonomiści wyszkoleni w Chicago po raz pierwszy mieli zastosować swoją el tratamiento de chock (terapię wstrząsową) w Chile Generała Pinocheta. Zasada ta była oparta na swobodzie biznesu oraz represjach wobec robotników. Jasne, że idee mają swoje następstwa - przecież Margaret Thatcher dumnie oznajmiła swoje przywiązanie do idei Hayeka, a większość studentów ekonomii, którzy mają zająć kluczowe pozycje w życiu politycznym było wyszkolonych według programu neoliberalnego. Jeden z konserwatywnych naukowców tak podsumowuje tę doktrynę: "Wolność jednostkowa to ostateczny ideał społeczny; siła rządu, mimo że konieczna, musi zostać ograniczona i zdecentralizowana. Interwencjonizm jest niebezpieczny i musi zostać zakazany. Wolność ekonomiczna, czyli kapitalizm, jest koniecznym warunkiem dla swobód politycznych".

Neoliberałowie nie zgadzają się z ideą, że wolność jednostki mogłaby zależeć od demokracji i rządów prawa, zagwarantowanych przez państwo. Dla nich takie "gwarancje" są niczym tylko kajdanami. Być wolnym oznacza być wolnym od państwa. Jednostka jest całkowicie odpowiedzialna za swój ekonomiczny i społeczny los; pociąga to za sobą fakt, że nierówności będą zawsze istniały. Ale nic w tym złego. Jak stwierdziła Thatcher: "naszym zadaniem jest wychwalać nierówność i obserwować, że talentom i zdolnościom dano upust i możliwość ekspresji, z której skorzystamy wszyscy".

We wczesnych latach renesansu neoliberalnego, idee takie mogły się wydawać utopijne, ponieważ stały one w opozycji do ducha Nowego Ładu i państwa dobrobytu. Neoliberałowie zrozumieli jednak, że aby zmienić ekonomiczny, polityczny i społeczny krajobraz najpierw będą musieli klimat intelektualny i psychologiczny. Aby idee stały się częścią codziennego życia ludzi i społeczeństw, muszą być one rozpropagowane za pośrednictwem książek, magazynów, pism, konferencji, profesjonalnych stowarzyszeń itd. Jeśli jakieś idee mają stać się bardziej modne niż inne, muszą zostać sfinansowane: zbudowanie intelektualnej infrastruktury i promowanie światopoglądu kosztuje. Kiedy instytucje te starannie się zaplanuje i ustanowi, poglądy, które wcześniej wydawały się mniejszościowe, elitystyczne, a nawet moralnie odpychające, powoli staną się dominujące, zwłaszcza wśród tych, którzy podejmują decyzje. Prasa, radio i telewizja pojawiają się dalej, po bardziej wyspecjalizowanych i erudycyjnych mediach. Niezauważalnie praktycznie wszyscy zaczną odczuwać, że pewne idee są normalne, naturalne, jak część powietrza, którym oddychamy.

Fabrykowanie ideologii

Tak więc neoliberałowie powołali do życia swoją strategię, dokonując rekrutacji i wynagradzania myślicieli i pisarzy, zbierając fundusze w celu finansowania i utrzymywania całej masy instytucji na czele z "konserwatywną rewolucją". Rewolucja ta zaczęła się w Stanach Zjednoczonych, ale, tak jak wszystkie inne elementy kultury amerykańskiej, rozprzestrzeniła się na cały świat. Doktryn Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego i Światowej Organizacji Handlu nie można oddzielać od tego neoliberalnego credo. Oto mikro-definicje niektórych najbardziej wpływowych intelektualnych instytucji czy zbiorników "energii myślowej":

  • American Enterprise Institute (AEI - Amerykański Instytut Przedsiębiorczości) został powołany dożycia w 1943 roku przez grupę biznesmenów sprzeciwiających się Nowemu Ładowi. Instytucja ta była pionierem intelektualnych dyskusji na temat spraw publicznych w latach 50tych i 60tych, współpracując bezpośrednio z Kongresem, urzędnikami federalnymi i mediami. W latach 80tych średni budżet AEI wynosił 14 milionów dolarów. Zatrudniał on 150 osób. Jedną z jej najbardziej udanych kampanii zbierania funduszy przeprowadził Sekretarz Obrony w stołówce Pentagonu. W latach 90tych roczny budżet spadł do około 8-10 mln, jednak AEI w dalszym ciągu wydaje z takim samym zapałem książki, broszurki i projekty ustaw, a jego mędrcy wciąż regularni pojawiają się w masmediach.
  • Heritage Foundation (Fundacja Dziedzictwa Narodowego) jest najlepiej znaną instytucją intelektualną ze względu na swoje bliskie związki z Ronaldem Reaganem. Tydzień po zwycięskich dla niego wyborach, dyrektor fundacji przekazał ekipie Reagana dokument liczący tysiąc stron, w którym zawarte są sugestie dotyczące programów politycznych. Nazywał się on Mandate for Leadership (Uznanie dla Przywództwa) i był owocem pracy 250 neoliberalnych ekspertów. Rekomendacje tam zawarte były grzecznie przekazywane poszczególnym szczeblom nowej administracji, większość z nich stała się prawem. Heritage, kolektywna myśl wspierająca Reagana i George'a Busha, został ustanowiony w roku 1973. Wydaje on 18 milionów dolarów rocznie na marketing i wydaje w ciągu około dwóch tysięcy dokumentów. Jego Roczny Informator (Annual Guide) wymienia 1.500 neoliberalnych ekspertów publicznych z siedmiu różnych dziedzin - udręczeni dziennikarze mogą uzyskać pozwolenie na cytowanie za pośrednictwem telefonu. Prezydent Reagan osobiści przeprowadził główną akcję zbierania funduszy, informując publiczność, że "idee posiadają swoje następstwa: retoryka to polityka, a słowa to działania". Sukces organizacji sprawił, że powstało 37 pod-fundacji Heritage w całych Stanach Zjednoczonych, tworzących wymianę, złudzenie pluralizmu i wrażenie, że cytowani eksperci rzeczywiście reprezentują szerokie spektrum poglądów.
  • Do mniejszych baz intelektualnych można zaliczyć Hoover Institution on War, Revolution and Peace (Instytut Hoovera do spraw wojny, rewolucji i pokoju), założony w 1919 roku na Uniwersytecie Kalifornijskim w Stanford w celu badań nad komunizmem. W 1960 roku do swojego zimnowojennego przesłania dodał program ekonomiczny. Cato Institute w Waszyngtonie to libertariańska organizacja opowiadająca się za państwem minimalnym i specjalizująca się w studiach nad prywatyzacją. Manhattan Institute for Policy Research (Instytut Manhattański do spraw studiów nad polityką), założony w 1978 roku przez Williama Caseya, który później został dyrektorem Centralnej Agencji Wywiadowczej, specjalizuje się w krytyce programów budżetowych rządu. Obrotowe drzwi łączące rząd i konserwatywne bazy myślowe umożliwił wcześniejszym członkom ekip Reagana-Busha odnalezienie się poza rządem w czasie prezydentur Cartera i Clintona (choć można się zastanawiać, dlaczego musieli się wyprowadzić: stanowisko Clintona dotyczące polityki dobrobytu jest niemożliwe do odróżnienia od tej związanej z ośrodkami konserwatywnymi, co oznacza dla nich kolejne zwycięstwo).
  • Poza Stanami Zjednoczonymi sieć neoliberalna jest mniej formalna, ale z pewnością nie mniej efektywna. Londyn jest siedzibą Centre for Policy Studies, Institute of Economic Affairs głoszącego poglądy przeciwko ingerencji rządu w sprawy gospodarcze oraz Adam Smith Institute, który prawdopodobnie zrobił więcej w celu promowania prywatyzacji niż jakakolwiek instytucja na całym świecie. Instytut Adama Smitha chwali się, że ponad dwieście wskazówek określonych w ramach jego Projektu Omega zostało wcielonych w życie przez Thatcher. Jego eksperci doradzają również ochoczo Bankowi Światowemu w sprawie programów prywatyzacji w państwach będących klientami banku.
  • Jedna z najważniejszych baz nie ma ustalonego adresu. The Mount Pelerin Society, założone w 1947 roku przez Friedricha von Hayeka, pierwszy sprawił, że amerykańscy i europejscy konserwatyści spotkali się, w wiosce niedaleko Luzanny. Od tamtej pory udało mu się utrzymać pozycję klubu myślicieli neoliberalnych. Grupa ta licząca czterystu członków spotkała się nie tak dawno temu, w 1996 roku, w Wiedniu. Milton Friedman twierdzi, że "Mount Pelerin udowodnił nam, że nie jesteśmy sami" i okazał się "punktem zbornym", dającym początek przyjaźni, sieciom i wspólnym projektom. Wejście do klubu odbywa się na podstawie zaproszenia, a nazwiska członków nie są ujawniane. Jednak wiadomo jest, że należą do niego czeski premier Vaclav Klaus, były francuski minister finansów Alain Madelin, doradcy Borysa Jelcyna czy Margaret Thatcher.

Finansowanie ideologii

W ciągu minionych 50 lat wydano setki milionów dolarów na utrzymanie przy życiu tych i wielu innych neoliberalnych instytucji. Skąd pochodzą te pieniądze? We wczesnych latach William Volker Fund ratował upadające pisma, finansował książki wydawane w Chicago, płacił rachunki za wpływową Fundację Edukacji Ekonomicznej oraz sponsorował spotkania na uniwersytetach amerykańskich. Amerykanie na pierwszy mityng Mount Pelerin Society w Szwajcarii podróżowali za pieniądze Volkera.

Jednak fundusz ten nie był w stanie pokrywać wszystkich potrzeb rosnących ruchów, które szybko znalazły nowe źródła finansowania swojej działalności. Dyrektor Amerykańskiego Instytutu Przedsiębiorczości był rozpromieniony, gdy w 1972 roku udało mu się przekonać prestiżową Fundację Forda, aby dała jego organizacji 300.000 dolarów - w tamtych czasach spora suma. Grant ten otworzył drzwi dla innych fundacji instytucjonalnych.

Przynajmniej przez ćwierć wieku wiele amerykańskich sieci fundacji konserwatywnych wydawało pieniądze na wytwarzanie i rozprzestrzenianie ich idei. Mimo że mniejsze niż giganty filantropijne, jak Ford, fundusze te używały swoich pieniędzy bardzo ostrożnie i rozsądnie. Bradley Foundation wydaje prawie cały swój roczny dochód (28 milionów w 1994 roku) na promowanie neoliberalnej sprawy, na przykład znaczące dary dla Heritage, AEI oraz magazynów i pism konserwatywnych. Jak to wyraził dyrektor fundacji: "Jesteśmy tutaj na dłuższej przejażdżce". Według literatury Fundacji, bracia Bradley wierzyli, że "wraz z upływem czasu następstwa idei są bardziej rozstrzygające niż siły ruchów politycznych lub ekonomicznych".

Fundacje takie jak Coors (browary), Scaife czy Mellon (przemysł żelazny), a zwłaszcza Olin (chemiczny, zbrojeniowy) łożą na utrzymanie katedr na kilku najbardziej prestiżowych amerykańskich uniwersytetach. Pracownicy tychże są starannie dobierani, według słów Jona Wienera, "aby umocnić ekonomiczne, polityczne i kulturalne instytucje, na których... oparta jest prywatna przedsiębiorczość". Olin wydał na te starania 55 milionów dolarów, a lista tych, którzy skorzystali ze wsparcia wygląda jak przewodnik Who is Who akademickiej prawicy.

Anegdota przytoczona przez Wienera ilustruje, jak działa system ideologicznej auto-promocji. W 1988 roku Allan Bloom, dyrektor Olin Center for Inquiry into the Theory and Practice of Democracy (Centrum Olin do spraw badań nad teorią i praktyką demokracji - 3.6-milionowy grant ze strony Olin) zaprosił urzędnika Departamentu Stanu, aby wygłosił odczyt. Mówca ogłosił absolutne zwycięstwo Zachodu i wartości neoliberalnych w czasie Zimnej Wojny. Jego tekst został natychmiast opublikowany w National Interest (datek Olin w wysokości 1 miliona dolarów), wydawanym przez Irvinga Kristola (stypendium w wysokości 376.000 dolarów w ramach Olin Distinguished Professor w Graduate School of Business na Uniwersytecie Nowojorskim).

Kristol jednocześnie drukuje "odpowiedzi" na ten tekst: jedną ze swojej strony, jedną napisaną przez Blooma, oraz jedną autorstwa Samuela Huntingtona (1.4 miliona dolarów przekazanych na Olin Institute for Strategic Studies na Harvardzie). Ta całkowicie sztuczna, zaaranżowana debata zostaje następnie zauważona przez New York Times, Washington Post i magazyn Time. Dzisiaj wszyscy słyszeli o Francisie Fukuyamie i Końcu historii i ostatnim człowieku, bestsellerze przetłumaczonym na kilka języków.

Już na początku lat 70tych Willima Simon, późniejszy (i obecny) prezydent Olin Foundation namawiał swoich wspólników w interesie do wspierania "badaczy, naukowców społecznych, pisarzy i dziennikarzy" oraz do przekazywania "grantów, grantów i jeszcze raz grantów w zamian za książki, książki i jeszcze raz książki".

Simon wiedział, o czym mówił: właściwie zainwestowane pieniądze mogą nie tylko dać efekt w postaci "debat" wziętych z powietrza, ale też są w stanie określić, które dziedziny zasługują na badania, a które nie; mogą doprowadzać do oczerniania pewnych osób oraz ułatwiać dostęp do tych, którzy podejmują decyzje oraz do mediów dla poszczególnych neoliberalnych mówców. Wydawca Policy Review dotowanego przez Heritage Foundation ocenił to wręcz jako niestosowne:

Dziennikarstwo dzisiaj jest bardzo różne od tego, czym było 10-20 lat temu. Obecnie strony pozaredakcyjne są zdominowane przez konserwatystów. Posiadamy niezwykłą ilość poglądów konserwatywnych, ale to stwarza problem dla tych, którzy są zainteresowani karierą dziennikarską... Jeśli Bill Buckley miałby wyjechać dziś z Yale, nikt nie zwróciłby na niego uwagi. Nie byłby on taki niezwykły... ponieważ istnieją prawdopodobnie setki ludzi, którzy mają takie same pomysły i udało im się już otrzymać korporacyjne kolumny.

W latach 1990-1993 cztery neoliberalne pisma (National Review, Public Interest, New Criterion oraz American Spectator) dostały 2.7 milionów dolarów z różnych fundacji. W przeciwieństwie do tego cztery postępowe magazyny amerykańskie o ogólnokrajowym zasięgu (Nation, Progressive, In These Times oraz Mother Jones) otrzymały w tym samym czasie dziesięć razy mniej. Podczas wojny idei jakikolwiek ruch, który nie jest w stanie odnawiać swoich rezerw profesjonalnych badaczy, myślicieli i pisarzy szybko wpada w tarapaty. Neoliberałowie nie mają nic przeciwko finansowaniu białych mężczyzn, jeśli okazuje się, że przynoszą oni intelektualne owoce. Ale finansują oni też dość znaczną ilość afro-Amerykanów oraz myślicieli i pisarzy innych mniejszości, oraz dość znaczną ilość gazet w college'ach, tysiące studentów piszących swoje dysertacje i sporą gromadę magazynów. Dosłownie setki milionów dolarów są wydawane corocznie na postaranie się o właściwą, zarówno obecną, jak i przyszłą, siłę nabywczą prawicowej ideologii (present and future right-wing intellectual clout).

Kto jest kim, i tak dalej

Z tego wszystkiego można wyciągnąć dość przewrotny wniosek: prawica to szkoła dla marksistów! Lub przynajmniej zwolenników Gramsci'ego. Wiedzą oni doskonale, że nie przychodzimy na świat ze swoimi poglądami, które musimy jakoś nabyć, że aby idee mogły przetrwać, muszą być wspierane przez materialne infrastruktury. Zdają sobie też sprawę z tego, że infrastruktury te w znacznym stopniu określają nadbudowę intelektualną: to właśnie miał na myśli Gramsci mówiąc o "projekcie hegemonicznym". Definiowanie, utrzymywanie i kontrolowanie kultury jest kluczowe: gdy dostaniesz się do głów ludzi, zdobędziesz też ich serca, ręce oraz przeznaczenie.

Niestety, postępowcy raczej nie wydają się odróżniać projektu hegemonicznego od jeża. Do czego przez te wszystkie lata zmierzali "stronnicy aniołów"? Czy wydali oni swój czas i pieniądze na propagowanie idei, w które wierzyli? Dość szlachetne. Okazało się, że instytucje postępowe są nie tylko zadowolone z intelektualnej wyższości swoich stronników, ale oprócz tego działają ze stoickim spokojem i bez pośpiechu, tak jakby nie było w ogóle potrzeby uzasadniani ich pozycji, i martwienia się wręcz hegemonicznym statusem intelektualnym prawicy.

"Aniołowie" w swoich projektach finansowania i sponsorowania są nastawieni na biednych i upośledzonych; skupiają się na korzeniach, zachęcając "wzmacnianie wspólnot". Wszystko to szczytne cele - ale co się dzieje, gdy rząd łoży, zamiast tego, na strukturalne dostosowanie, które dosłownie opustoszy życie biednych na Południu, lub doprowadza do wcielenia polityki skierowanej przeciwko zabezpieczeniom socjalnym i klasie robotniczej na Północy? Co się dzieje, gdy Światowa Organizacja Handlu ma więcej do powiedzenia na temat przetrwania wspólnoty, niż wspólnoty samej? Lub gdy fundusze publiczne na opiekę medyczną, edukację, budownictwo, transport, ochronę środowiska itd., kurczą się?

Bez pocisków intelektualnych, które będą w stanie bronić wartościowych projektów i tworzyć kontekst, w którym stanie się możliwy ich rozwój, programy te i projekty upadną. Nie mogą istnieć w próżni.

Następstwa praktyczne i skażenie projektu

Jak dotąd nie próbowałam określać swojego stanowiska. Zakładam, że czytelnicy wiedzą lub domyślają się, że zajmuję jakieś. Jestem w końcu profesjonalną badaczką, pisarką i, jeśli się to udaje, myślicielką. A zatem, tak: stanowczo za często słyszałam lub czytałam stwierdzenie "twoja propozycja jest bardzo interesująca, ale nie dajemy funduszy na badania i publikacje".

Nie chodzi o prywatne rozczarowanie, ale masową odmowę. Postępowi mecenasi zgłaszają regularnie sprzeciw w odpowiedzi na propozycje pracy intelektualnej. Nie mam powodu, aby wątpić, że celami tych darczyńców są równość społeczna, zlikwidowanie biedy, prawa człowieka, rozwiązywanie konfliktów i trwały postęp. Jestem więc wysoce zakłopotana ich zachowaniem. Dlaczego, jestem zmuszona zapytać, fundatorzy postępowi poświęcają tak wiele swojego czasu i pieniędzy na "projekty", a tak niewiele na infrastrukturę intelektualną i budowanie instytucji?

Dlaczego nie nauczyliśmy się niczego od jednomyślności prawicy? Dlaczego nie potrafimy, na przykład, zdać sobie sprawy, że zniszczenie zabezpieczenia socjalnego w Stanach Zjednoczonych czy zagrożenie dla osiągnięć związków zawodowych w Europie byłyby niemożliwe bez wytworzenia intelektualnego klimatu, który sprawił, że takie niebezpieczeństwa nie są postrzegane jako coś moralnie odrażającego, ale jako naturalne i nieuniknione?

Dlaczego nastawienie "projektowe" nie jest widziane jako samo-osłabienie? Podczas gdy neoliberalizm demontuje osiągnięcia ostatnich 50 lat i formuje, na jeszcze większa skalę, kolejne zastępy ofiar, które są porzucane i zostawiane samym sobą, nacisk na wspieranie jedynie "projektów" jest coraz silniejszy, zmuszając nas do wstąpienia w szeregi masywnej procesji kroczącej w nieunikniony sposób w stronę rozchwianego absolutnie społeczeństwa.

Tak na wszelki wypadek . . .

W Hiszpanii mówi się no protestas sin propuestas, czy też, w wolnym tłumaczeniu, nie uskarżaj się, jeśli nie masz nic do zaoferowania. Cóż, zdecydowanie opowiadam się za tym, aby postępowe fundacje i jakiekolwiek inne źródła finansowe zaczęły przeznaczać spore ilości pieniędzy na odzyskanie naszej straconej intelektualnej inicjatywy. Powinni one dokładnie przyjrzeć się neoliberałom, którzy udowodnili swoją kompetencję w tej grze: uczmy się od mistrzów! Zakładając, że propozycja ta jest w jakimś sensie już uznana i stanowi ona podstawę pewnych działań, chciałabym tu zasugerować parę innych rzeczy. Pierwsza może być bez względu na formę dość trudna do przełknięcia, zatem równie dobrze mogę to powiedzieć bez ogródek: fundatorzy nie są największymi znawcami jeśli chodzi o pracę, którą powinni wykonywać intelektualiści.

Dlaczego tak jest? Ponieważ wydają się oni zauroczeni przez kwestie, które już weszły do głównego prądu myślowego. Ciągle jestem tego świadkiem, na przykład kiedy po raz pierwszy spróbowałam skusić kogoś, by sfinansował badania na temat długów Trzeciego Świata. Wtedy było na to za wcześnie, podczas gdy pięć czy dziesięć lat później liczne organizacje zaczęły potykać się o siebie podczas dążenia do realizacja tego właśnie celu. Zadaniem postępowego myśliciela jest bycie poza głównym nurtem, aby był on w stanie przewidzieć rozwój wypadków, które w przyszłości staną się wiodącymi kwestiami.

Dobry, postępowy pracownik intelektualny wytwarza wywrotową wiedzę. Wiedza ta, z definicji, jest niemile widziana przez establishment i główny nurt. Jednak ktoś musi zapłacić za wiele miesięcy lub lat prac, zanim ukaże się książka, zanim "gorące tematy" zostaną uznane publicznie, a "wywrotowa wiedza" stanie się częścią debaty. Fundatorzy powinni zaakceptować podział pracy i zaufać pracownikom intelektualnym, których zdecydowali się wspierać bez próby narzucania im tego, co mają robić. W przeciwnym wypadku zniechęcą oni skutecznie pracowników do swojej pracy.

Fundatorzy powinni zrezygnować z nastawienia "projektowego" faworyzującego budowanie instytucji. Sponsorzy, co można zrozumieć, pragną rozważyć zawartość i politykę projektu wspólnie z osobą, która będzie go wykonywała. Ale w przypadku tej osoby postępowanie takie może przynieść przeciwne do zamierzonych skutki, sprawiając, że zrezygnuje ona z kontynuowania badań. Szkicowanie kilkunastu propozycji projektów, osobna obrona ich wszystkich, w kilku krajach, przed różnymi komisjami, wyczekiwanie na korespondencję, dodatkowe informacje, raporty z postępów, wyliczanie kosztów - wszystko to strasznie pożera czas.

Kiedy zbierałam fundusze na Transnational Institute (lub, oczywiście, "projekty", ponieważ żadne inne podejście nie zostałoby zaakceptowane we wspólnocie donatorów), opublikowałam tylko krótkie teksty. Długotrwałe przedsięwzięcia, jak książki są (przynajmniej dla mnie) niemożliwe do realizacji, gdy czas zostaje rozpołowiony na "badawczą" i "komercyjną" działalność. Badacze, pisarze i "głosiciele", którzy muszą dopasować się do tej mentalności, aby wykonać jakąkolwiek pracę, nie są w stanie poświęcić swojej energii na badania, pisanie i głoszenie i odnawianie swojego arsenału idei. Finansowanie projektów, w przeciwieństwie do budowania instytucji, nie oferuje żadnych nadziei na zakończenie cyklu niskiej produktywności.

Darczyńcy powinni finansować nie tylko samą intelektualną pracę, ale również środki, które pozwolą się upewnić, że zostanie ona szeroko zastosowana. Heritage Foundation wydaje dokładnie jedną trzecią swojego obfitego budżetu na wyciągnięcie z tego korzyści, a jedynie kilka fundacji postępowych chce płacić za propagowanie słowa. W rezultacie, instytucji wytwarzających teorie, które jedynie mogą wydawać pieniądze na cele wymienione w budżecie (minimalnie na plusie), nie stać na tłumaczenie, nie potrafią one rozwinąć "Features Service" (usług informacyjnych) dla sieci gazet i magazynów w wielu krajach, nie mogą sprawić, żeby dane artykuły stały się audycjami radiowymi, a książki - filmami telewizyjnymi, i tak dalej.

Granty dla budowania instytucji są również ważne, ponieważ umożliwiają one postępowym badaczom i pisarzom przygotowywać się na to, co stanie się w przyszłości i pracować cały czas na pełnych obrotach. Inteligentni, oddani, idealistycznie nastawienie młodzi ludzie zwykle pragną pracować dla organizacji postępowych i są gotowi wiele poświęcić, ale podstawowych fundacji, które byłyby w stanie ich zatrudnić po prostu nie ma.

Skupiając się prawie wyłącznie na projektach, fundacje postępowe ułatwiły prawicowcom zdominować dyskurs. Kiedyś śmialiśmy się z idei, że mechanizmy rynkowe są w stanie rozwiązać problemy społeczne. Obecnie rzeczy tego typu wypowiada się codziennie bez mrugnięcia okiem. Sprawy, które traktowaliśmy jako prawdy wieczne, włączając w to sam Trzeci Świat, prawie już wyparowały jako tematy możliwych debat.

Donatorzy mogą wykonać bez obaw przeskok z zaangażowania w projekty do budowania ruchów instytucjonalnych i intelektualnych. Są w stanie rozpoznać instytucje i poszczególne osoby, zarówno na Północy, jak i Południu, które tworzą oryginalne i wyróżniające się dzieła i których dokonania w przeszłości pokazują, że można im ufać - i następnie rzeczywiście zdać się na nich. W tych ramach należy mówić o instytutach badawczych i politycznych, pismach i niezależnych pracowników intelektualnych tak wewnątrz, jak i poza uniwersytetami.

Znaczna ilość instytucji i konkretnych ludzi zasługuje na długofalowe wsparcie, które umożliwi im wykonywanie swojej pracy najlepiej jak można. Darczyńcy powinni zarezerwować poważną część funduszy, które mają do dyspozycji, aby wspomagać zasługujące na to instytucje. Powinno się uzgodnić reguły umożliwiające dostarczenie gwarancji i komfortu zarówno tym, którzy dają pieniądze, jak i tym, którzy na nie liczą.

No i na koniec. . .

Co by się stało, gdybyśmy żyli w społeczeństwie, w którym system sprawiedliwości byłby oparty na postulacie, że tylko dwie trzecie jego członków to prawdziwi ludzie, a pozostała jego część nie zasługuje na otrzymanie tych samych praw, poza wypadkami, gdy jest im ono na mocy arbitralnej decyzji przekazane? Społeczeństwo takie byłoby natychmiast i bezwzględnie - przynajmniej na Zachodzie - nazwane niesprawiedliwym.

Wyłączenie jednej trzeciej lub więcej części społeczeństwa jest, jednak, dokładnie tym faktem, który zachodzi w społeczeństwach regulowanych prawie wyłącznie przez "prawa rynku". Istnieje niebezpieczny semantyczny uskok od "prawa" do "praw ryku", od zasady demokratycznie obranych rządów do właściwego funkcjonowania społeczeństwa oddanego w ułomne władanie sił ekonomicznych. Neoliberałowie pragną, aby "prawa rynku" stały się suwerennym sędzią w kwestii praw osób i społeczeństw jako całości.

Hegel uważał, że jedyną rzeczą, której uczy nas historia jest przekonanie, że historia jeszcze nigdy nikogo niczego nie nauczyła. Dzisiejsze dzieje, jeśli jesteśmy odpowiednio uważni, by to zaobserwować, może jednak nauczyć nas, że społeczeństwo jest w stanie przejść od prawa opartego na równości ludzi do praw rynku, od względnej sprawiedliwości społecznej do chronicznych nierówności w przeciągu zaledwie kilku krótkich lat. Zniszczenia powodowane przez neoliberałów mają swój ciąg dalszy, a ich intelektualna hegemonia jest praktycznie absolutna. Ci, którzy odmawiają działać w oparciu o świadomość, że idee mają swoje następstwa marnują je.

 

Susan George jest badaczką i zastępczynią dyrektora The Transnational Institute w Amsterdamie.


Copyright 1999 by the Foundation for the Study of Independent Social Ideas, Inc. Readers may redistribute this article to other individuals for noncommercial use, provided that the text, all HTML codes, and this notice remain intact and unaltered in any way. This article may not be resold, reprinted, or redistributed for compensation of any kind without prior written permission from the author. If you have any questions about permissions, please contact editors@dissentmagazine.org, or write to Dissent, 521 Fifth Avenue, Suite 1700, New York, NY 10017.

tłumaczenie za zgodą redakcji Dissent

 

 
 
Wrocław, 10.07.2000