Historia - hegemonia - kapitalizm
(World System Network, styczeń 2000)

 

Drodzy przyjaciele

Oto zbiór najlepszych wypowiedzi z toczącej się niedawno debaty na temat spójności między Teorią Systemu-Świata a historią, która miała miejsce na WSN (World System Network). Pomimo sporych rozmiarów, jest on pożyteczną lekturą - przystępną w formie, niesie z sobą masę wiadomości, zmusza do refleksji, i odnosi się do kilku bardzo ważnych problemów historii.

Peter Grimes

 

 

From r.barendse@worldonline.nl Thu Jan 27 16:54:44 2000
Date: Fri, 21 Jan 2000 17:38:55 +0100
From: Dr. R.J. Barendse <r.barendse@worldonline.nl>
To: WORLD SYSTEMS NETWORK <wsn@csf.colorado.edu>
Subject: Kolejne uwagi do Chris Chase Dunna

Dzięki Arno Tauschowi oraz (Crisowi) Chase Dunnowi nareszcie mamy do czynienia z poważną dyskusją na tej liście, która - proszę o wybaczenie ze strony jej subskrybentów - od jakiegoś czasu jest zaśmiecana dziwnymi listami, czy też, jak w przypadku "postu" od mieszkańca Bangladeszu, pisana jest w tak koszmarnym języku, że trudno się domyślić, co autor miał tak naprawdę na myśli. Wracając do artykułu Chase Dunna i jego mającej się ukazać wkrótce książki, stanowisko autora pociąga za sobą, moim skromny zdaniem, wiele problemów, jednak są to kwestie, które powinniśmy rozważyć poważnie, choć niektóre z nich były już przedmiotem dyskusji.

Podstawowy problem to ten, że gdy tylko zacznie się odpowiednio "naciskać" na fakty historyczne, można z nich wycisnąć praktycznie każde stanowisko i spekulacje na temat przyszłości. Historycznym problemem może być na przykład silnie ugruntowane przekonanie, oparte na wszystkich danych historycznych od 1066 roku, członków elit brytyjskich (takich jak książę Wellington) od 1815 roku aż do Wojny Krymskiej, czy też nawet później, o możliwej konfrontacji z Francją. To jeden z powodów, dlaczego pomysł budowy tunelu pod kanałem, dyskutowany we Francji od 1789 roku, nigdy nie pojawił się w debatach toczonych w Anglii. Mógłby on stać się łatwym środkiem do przeprowadzenia inwazji. Dalej nowoczesne łodzie torpedowe zostały wynalezione przez -marynarkę wojenną Francji w latach 80-tych 19 wieku w celu walki z okrętami brytyjskimi podczas nadchodzącej wojny.

Jednak aby w ogóle rozpocząć podobne rozważania, trzeba najpierw poprawnie ustalić fakty. Właśnie w tym celu podejmuję dyskusję z wypowiedzią Chase Dunna.

Po pierwsze (mogę się tu wypowiadać fachowo, ponieważ dane mi było zapoznać się z tysiącami stron holenderskiej korespondencji dyplomatycznej oraz innymi wypowiedziami na niniejszej liście) nigdy nie potrafiłem zrozumieć idei hegemonii holenderskiej w systemach-światach, czy to w oryginalnej postaci zaproponowanej przez Braudela, czy w późniejszych wersjach przedstawionych przez Wallersteina i Chase Dunna oraz Tauscha. Pojęcie imperialnego "rozrostu" Holandii przemawia do mnie jeszcze mniej - według mnie jest ono jedynie technicznym rozwojem zdefiniowanym w zupełnie innym kontekście przez Paula Kennedy'ego. Tak jak ja to pojmuj -, i nie jest to tylko opinia, ale fakt - potęga holenderska w siedemnastym wieku była bardzo nierówna. Nie można jej w żadnym razie porównywać z pozycją globalną Wielkiej Brytanii w okolicach lat 30-tych 19 wieku, nie mówiąc już o statusie USA w roku 1945, który w sensie historycznym był swoistym ewenementem. Oczywiście elity amerykańskie postrzegały to w zupełnie odmienny sposób.

Flota holenderska była bardzo silna na Bałtyku, jednak Szwecja dominowała w tym regionie na lądzie. Na Morzu Północnym floty holenderska i brytyjska znajdowały się w stanie względnej równowagi. We Flandrii Holendrzy pozostawali daleko w tyle za francuskimi wojskami lądowymi. Co do Morza Śródziemnego, w jego zachodniej części Holendrzy byli o wiele słabsi niż Francuzi, podczas gdy w jego części wschodniej pełnili rolę pokornego naśladowcy w stosunku do potęgi osmańskiej, a w handlu byli deklasowani przez Marsylię.

Poza Europą potężny handel z Brazylii i Ameryki hiszpańskiej pozostawał pod całkowitym zarządem mocarstw iberyjskich, a Holendrzy byli jedynie natrętami, podobną rolę pełnili też na Wyspach Karaibskich. Wzrost prawdziwych Karaibów Holenderskich był fenomenem związanym z pogardzanym "okresem perukowym" (jak nazywają go Holendrzy) osiemnastego wieku. W Afryce Zachodniej Holendrzy opanowali Złote Wybrzeże, jednak o wiele bardziej znaczący handel niewolnikami z Angoli, który nastąpił później, był dziełem portugalskim; Portugalczycy zresztą nadzorowali też znaczną część handlu złotem w Afryce Zachodniej (od Cacheu). Co do Azji, potęga Kompanii Wschodnioindyjskiej (VOC) w siedemnastym wieku była ograniczona do kilku wysp w tym rejonie (Insulinde), a kompania pełniła rolę poddanych na dworach Mogołów, Tokugawa, Safawidów oraz Manchu. VOC była z pewnością silna na morzu, ale jeśli uwzględnimy portugalski prywatny przemysł okrętowy potęgi VOC i Portugalii w Azji około roku 1650 były wyrównane.

VOC rzeczywiście urósł do rangi głównej terytorialnej i militarnej potęgi zarówno w Indiach, jak i Indonezji, jednak i to było efektem rozwoju wydarzeń we wspomnianym przeklinanym "okresem perukowym".

Podsumowując, to, co jest dla mnie najbardziej interesujące, co powoduje moją zadumę, jest kwestia, w jaki sposób Holendrom udało się skonsolidować w okresie rzekomego upadku ich państwa w osiemnastym wieku. Do 1780 roku Republika Holenderska posiadała kwitnące kolonie na Karaibach, niekwestionowane posiadłości terytorialne nad nieskończonymi bogactwami Jawy, panowała też na Złotym Wybrzeżu, dominowała również nad handlem na Bałtyku, a nawet była w stanie prowadzić intensywny handel we wschodniej części Morza Śródziemnego. Otóż, powodem, dla którego Holendrzy byli w stanie skonsolidować się, było właśnie to, że plutokracji skupiającej "regenten" udało się nie wpaść w pułapkę imperialnego rozrostu z modelu Kennedy'ego. Jeśli kolonia lub gałąź handlu okazywała się nie przynosić dochodów, rozsądnie się z niej wycofywali. Na małą skalę - na ten temat udało mi się przeprowadzić szczegółowe studia - można to powiedzieć o wycofaniu się Holendrów z kolonii na Maurice, a w większej skali dokonało się to w przypadku strategicznego opuszczenia Brazylii i Ameryki Północnej.

Tak, moi drodzy koledzy z USA, Nowy Jork (Nowy Amsterdam) podczas zawirowań roku 1672 był bardzo słabo broniony i mógł być bez trudu zdobyty szturmem przez flotę holenderską. Tak, moim drodzy, w takim wypadku Holendrzy byliby wystarczająco silni, żeby zainstalować się na dobre w tym mieście, skutkiem czego pewnie dzisiaj Stany Zjednoczonej by nie istniały - pomyślcie o tym przez chwilę. Mimo to Stany Generalne postanowiły nie przedłużać ekspedycji to Nowego Jorku, żeby zapewnić sobie później długotrwały pokój z Anglią.

Tak więc hegemonia holenderska była w gruncie rzeczy raczej postrzępionym bytem i istniała tak naprawdę na mocy wcześniejszego wyczerpania się rzeczywiście globalnego Imperium. Chodzi oczywiście o Imperium Habsburgów - w Hiszpanii, Austrii oraz ich wielorakich koloniach, sprzymierzeńcach i posiadłościach. W 1600 roku, w przeciwieństwie do potęgi holenderskiej, potęga Hiszpanii (Austrii) była rzeczywiście globalna. Jeśli spojrzymy na zakres kwestii omawianych przez radę stanu w Madrycie, zobaczymy, że kanclerze rozmawiali o sprawach dotyczących obszarów od Hamburga do Buenos Aires, od Rio de Janeiro do Pragi, od Zatoki Perskiej do Florydy, od Guamu go Flandrii, od Wiednia do Złotego Wybrzeża. Jednak okazuje się też - i tu przechodzę do swojej drugiej obiekcji - że główną uwagę kanclerzy jeśli chodzi o politykę zagraniczną do 1618 roku zwracało, nie lokalna Flandria-czyli-kłopoty (jak ją nazywano), lecz inne imperium światowe szesnastego wieku, czyli Imperium Osmańskie. To logiczne, w przypadku posiadłości hiszpańskich na Sycylii, w Kalabrii czy na Balearach odległość od granic tego imperium wynosiła zaledwie kilka godzin lub kilka dni żeglugi. (Około 1600 roku korsarze osmańscy byli poważnym zagrożeniem dla osiedli ludzkich od Islandii po Sycylię). Oczywiście Wiedeń leżał od granic imperium na odległość jakichś dwóch dni marszu.

Stąd moja druga główna obiekcja, że Wallersteina, Chase Dunn, Boswell, Tausch i inni "wielcy teoretycy", zamiast być naprawdę "globalni", w swoich rozważaniach na temat "dominacji globalnej" skupiają się nad tak naprawdę malutkim (nawet w sensie europejskim) wycinku systemu-świata (czyli tylko Europie Północno-Zachodniej, nawet nie Morzu Śródziemnym czy Europie Wschodniej). Wydaje się, że Boris Porshev czy Korpetter w przypadku wieku szesnastego, Ingram w przypadku wieków osiemnastego i dziewiętnastego pisali w całkowitej próżni (oczywiście żaden z nich nie jest w ogóle cytowany).

Dwaj pierwsi autorzy do naszego pojęcia o końcu szesnastego/początku siedemnastego wieku wnieśli ideę, że "flandryjskie kłopoty" oraz Wojna Trzydziestoletnia były tak naprawdę częścią intensywnego konfliktu pomiędzy przechodzącą ewolucję koalicją pod przywództwem Habsburgów (która obejmowała na zasadzie luźnego związku tak różne potęgi jak Imperium Etiopskie, Persję Safawidów, Austrię oraz Matamar - Jawę, a także Wenecję i Stolicę Papieską oraz Moskwę) a koalicją anty-habsburską/osmańską/francuską obejmującą tak zróżnicowane państwa jak Bohemia, Chanat Krymski, Chanat Uzbecki, etiopski Gallas, Mingrelia, Atjeh czy państwo-miasto). To, że te drugie nazwy przeważnie nie brzmią znajomo jest wynikiem faktu, że koalicja anty-habsburska w końcu przegrała tę walkę, jednak za cenę całkowitego wyczerpania się środków do 1600 roku zarówno Hiszpanii, jak i Portugalii, dzięki czemu Holendrzy i Anglicy byli w stanie opanować opuszczone terytoria w Azji, a także do pewnego stopnia - na Morzu Śródziemnym. Stało się tak również z tego powodu, że Hiszpania i Portugalia skupiły się na utrzymaniu swoich kluczowych pozycji w Ameryce. Podczas gdy Imperium Osmańskie zrezygnowało do 1600 roku ze swoich posiadłości śródziemnomorskich, i skupiło się na swoich kluczowych pozycjach w Arabii przeciwko atakom ze strony Persów. Wszystko to jest z pewnością zupełną nowością dla Chase Dunna, Boswella i innych - kto z nich słyszał o Mingrelii? - ale wszystko to dowodzi jedynie twierdzenia, że "fakty" nie są wcale takie "oczywiste", jakby mogło się wydawać, ponieważ, jak by powiedział Gunder (Frank), Dunn i spółka wolą pozostawać w kręgu europocentrycznym.

Znowu co do Ingrama, to okazuje się, że pisał on o Imperium Brytyjskim całkowicie na próżno, ponieważ nasi "wielcy teoretycy" wciąż nie dostrzegają faktu, że potęga i dyplomacja brytyjska spoczywała na dwóch nogach: Wielkiej Brytanii ORAZ Indiach. "Drugie Imperium Brytyjskie" było oparte przede wszystkim na Indiach, stąd jakiekolwiek spekulacje na temat wzrostu Imperium Brytyjskiego po około 1780 roku powinny przede wszystkim uwzględniać sytuację w Indiach, a także rozrost Bliskiego Wschodu i Azji Centralnej. Jednak "wielka teoria" w ogóle nie chce tego brać pod uwagę.

Mimo to dla Whitehalla w 1790 roku polityka wewnętrzna Mysorii, Afganistanu czy Hyderabadu była równie kluczowa, jak ta Hanoweru czy Francji. W 1806 roku kiedy Napoleona podchodził pod Bolonię większość armii brytyjskiej znajdowała się w Indiach, a  największe bitwy lądowe prowadzone przez Wielką Brytanię w okresie Rewolucji toczyły się - może za wyjątkiem Waterloo - w Indiach (a ogromna ilość bitew morskich - na Karaibach). Stąd, jak mówi Frank, "upadek Wschodu" wyprzedził "wzrost Zachodu" (brytyjskie, francuskie i holenderskie imperia w Azji), choć w Indiach i na Jawie nie był to upadek gospodarczy, ale kryzys państwa powstałego właśnie wskutek gwałtownego rozwoju ekonomicznego. (Popieram tu stanowisko Franka, choć nie wydaje mi się, bym był "dogmatycznym frankistą").

To właśnie z powodu tego wielostronnego znaczenia Indii dla istnienia całego Brytyjskiego Imperium, Wielka Brytania postrzegała Rosję, Francję, a nawet Królestwo Niderlandów jako potencjalne zagrożenie.

Ta ostatnia uwaga może się dzisiaj wydać dziwna, ale moi drodzy czytelnicy z Australii pamiętają na przykład, że pierwsze osady brytyjskie w północnej Australii były nastawione przede wszystkim na zapobiegnięcie możliwego osadnictwa holenderskiego w tym regionie podczas dyplomatycznych napięć pomiędzy obydwoma tymi krajami w latach 20-tych 19 wieku w sprawie Indonezji. A z powodu swojego zaangażowania w Indiach przez cały wiek dziewiętnasty Wielka Brytania była głęboko związana z polityką Afganistanu, Iraku i Iranu (a nawet Bukary!), aby zapobiec rosyjskiemu wpływowi w tym regionie. Polityka ta została przez Brytyjczyków określona - jak wiemy - mianem Wielkiej Gry. Rozgrywka ta wcale nie była czymś ekscentrycznym - jak może się to nam dzisiaj wydawać - ale czymś absolutnie kluczowym dla brytyjskiej strategii imperialnej. Jeśli Wielka Gra wydaje się czymś nie wartym zainteresowania dla "wielkich teoretyków" od Kennedy'ego po Chase Dunna, dzieje się tak z tego powodu, że wciąż studiują oni "politykę globalną" jedynie z europejskiego punktu widzenia. Jeśli byśmy uwzględnili kluczową pozycję Indii, nagle brytyjska polityka zagraniczna pojawia się w innym świetle, gdzie Bliski Wschód czy Afganistan stają się równie ważne, co Helgoland czy Schleswig Holstein. W tej perspektywie, nie rozwodząc się za bardzo, od uznania Musadeqów w Iranie oraz kryzysu Sueskiego z 1956 roku, pozycja Wielkiej Brytanii jako głównego gracza w Wielkiej Grze z Rosją (a od lat 60-tych również coraz bardziej z Chinami) została przejęta przez USA. Różnica polega jedynie na tym, że główne zainteresowanie zostało przesunięte z Indii do Zatoki Perskiej. Chodzi mi o to, że jeśli spojrzymy na politykę USA z pozycji Zatoki Perskiej, a nie Europy, uzyskujemy zupełnie nową perspektywę, dokładnie tak jak w przypadku "hegemonii" brytyjskiej i holenderskiej. Przede wszystkim polityka USA aż do lat 80-tych polegała na "budowaniu" - taj jak to robili przed nimi Francuzi - kompleksu państw buforowych pomiędzy Zatoką Perską a głównym sojusznikiem USA - Arabią Saudyjską, czyli Turcji, Iranu oraz Pakistanu, angażując Stany w rodzaj miniaturowej wersji Wielkiej Gry z Indiami. Bufor ten upadł w latach 80-tych z trzech powodów: rewolucji w Iranie, niepowodzenia, w momencie inwazji na Kuwejt, planu amerykańskiego mającego na celu wspieranie Iraku, oraz, przede wszystkim - upadku Związku Sowieckiego.

Często się mówi, że Zimna Wojna była jedynie mydleniem oczu. To prawda, ale tylko w odniesieniu do Europy, jednak Wielka Gra pomiędzy USA a Rosją z lat 70-tych i 80-tych była czymś koszmarnie rzeczywistym dla Bliskiego Wschodu i Azji Centralnej, gdzie około 2 milionów ludzi straciło życie w Afganistanie, jakieś 500.000 w "pierwszej wojnie" w Zatoce, oraz do 100.000 podczas "drugiej wojny". O ile Zimna Wojna była do jakiegoś stopnia "retoryczna" w Europie, poza nią była ona zdecydowanie gorąca - w czasie jej trwania zginęło więcej ludzi niż podczas I wojny światowej. Zimna Wojna właściwie w ogóle nie zakończyła się na Bliskim Wschodzie, Azji Środkowej (oraz Korei), a Wielka Gra na tym drugim obszarze oraz na Kaukazie przybiera bardzo gorącą postać.

Od upadku ZSRR "Wielka Gra" weszła w nową fazę, przypominającą trochę najbardziej romantyczne, początkowe stadium zdobywania statusu imperialnego przez Wielką Brytanię z przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku - aż do około 1840 roku - kiedy każdy dowódca w Peszawarze czy Teheranie był w stanie swobodnie decydować o swojej własnej polityce.

Odpowiedzialność znowu się przesunęła z państw i rządów do "ludzi na froncie", a fronty nie są dziś oczywiście do końca ustalone. Co do granic, to ta dzieląca ZSRR od Kaukazu była najściślej strzeżoną granicą w całym ZSRR (znajdowało się tam około 600.000 żołnierzy radzieckich), ponieważ Rosjanie, trafnie, bali się rebelii, która mogła tam nadejść zarówno z Turcji, jak i Iranu. Gdy granica ta przestała istnieć, każdy dowódca rosyjski ma całkowicie wolną rękę co do polityki, którą zechce realizować. Stąd obecność armii rosyjskiej w Osetii cztery lata temu czy też pułkowników garnizonowych w Tadżykistanie dwa lata temu - tak, w Azji Centralnej i na Kaukazie wciąż przebywają znaczne ilości rosyjskich sił zbrojnych, ponieważ na przykład Tadżykistan powierzył ochronę swoich granic właśnie żołnierzom rosyjskim. Myślę, że tak samo się dzieje w przypadku wysokich przedstawicieli CIA - wątpię, czy nawet główna kwatera CIA domyślała się, co robią jej "ludzie na froncie" oraz co kogo łączy w tym środkowo-azjatyckim tyglu.

Podobnie załamanie się granic dało niespotykaną dotąd szansę na rozwinięcie przemytu - zgodnie z długowieczną tradycją tego region, datowaną co najmniej od roku 2000 p.n.e. - z której skorzystali lokalni politycy oraz ugrupowania plemienne. Talibowie na przykład powstali przede wszystkim jako wyzyskiwacze i ochroniarze przemytu heroiny przez Rosję i Iran na Zachód. Powstańcy w Tadżykistanie to również w większości przemytnicy heroiny, podczas gdy napięcia w Czeczenii są moim skromnym zdaniem przede wszystkim wynikiem walki o to, kto będzie kontrolował rurociągi z ropą do Rosji, oraz kto ma kontrolować nowe linie biegnące z Baku do Turcji. Wydaje mi się, że czeczeńska inwazja na Dagestan miała być "znakiem ostrzegawczym", żeby ukazać Czeczenów jako potencjalnych stróżów rurociągu prowadzącego przez Dagestan.

Przeciwnie do wszelkich cnotliwych deklaracji prezydenta oraz Departamentu Stanu - choć naprawdę wydaje mi się, że Clinton i Gore nie są świadomi lub też wolą nie wiedzieć, co robią ich służby wywiadowcze - sądzę, że polityka USA w Azji Centralnej i na Bliskim Wschodzie - zupełnie inaczej niż to ma miejsce w Europie, gdzie w najlepszym interesie USA leży wspieranie Rosji - ma dwa składniki. (Tu pojawia się analogia do polityki brytyjskiej w dziewiętnastym wieku - Brytyjczycy mieli jedną politykę w stosunku do Europy, a jeszcze inną w stosunku do Bliskiego Wschodu oraz Bałkanów, oczywiście polityki te były prowadzone w znacznej części przez "ludzi na froncie", niż przez Simlę czy Whitehalla).

Pierwszym składnikiem jest zdobycie kontroli nad zasobami ropy Morza Kaspijskiego (poważna stawka, ponieważ szacuje się, że są one największe na świecie). Składnik drugi - i to właśnie w tym momencie wszystko zaczyna się komplikować - to osłabienie Rosji. Oczywiście, leży to w absolutnym interesie narodowym USA. Jednak administracje Clintona oraz Busha bez przerwy odrzucają swoje rzeczywiste powody. A to dlatego, że, znowu, chodzi tu o interes USA w Europie, ale nie w Azji. Robią to nie, nie tylko umacniając państwa buforowe (i likwidując stary konflikt syryjsko-izraelski) - co do tego Departament Stanu całkowicie się tu zgadza - ale też (i tu Departament Stanu woli już się nie mieszać), ale też za pośrednictwem "ludzi na froncie" prowokują powstanie rebelianckich ruchów w ramach Rosji. Zdaję sobie sprawę, że nikt z administracji amerykańskiej nie chce być informowany o tym i zaprzecza tego typu faktom, jednak przecież Czeczeńcy dysponują najnowocześniejszą bronią i środkami komunikacji, z wyrzutniami Stinger włącznie - jakim cudem można zdobyć taką broń w otoczonej ze wszystkich stron lądem, przeraźliwie biednej, enklawie górskiej bez jakiejś pomocy z zewnątrz? Bardziej znany jest fakt, że aż do nie dawna Talibowie (czyli też i rebelianci z Tadżykistanu) byli regularnie dozbrajani i wspierani przez Pakistan, a Pakistan nie może zrobić zbyt wiele bez błogosławieństwa USA. Podobnie rebelianci z Kaszmiru, którzy są postrzegani jako poważne zagrożenie dla Indii. Rosja jest w pełni tego świadoma i sądzę, że działalność amerykańskich "ludzi na froncie" to istotny czynnik wpływający na ciągłe pogarszanie się relacji amerykańsko-rosyjskich. Czy Rosja ma wierzyć amerykańskim słowom, czy czynom? To tak jak w przypadku Westminsteru, który regularnie wdawał się w zatargi z Rosją z powodu "ludzi na froncie" działających w Indiach, Afganistanie i Persji, co doprowadziło do potyczki między Rosją a oddziałami hinduskimi w Afganistanie w 1886 roku. Westminster konsekwentnie temu zaprzeczał, podobnie jak to robi dzisiaj Waszyngton. Tak więc, staram się tu przede wszystkim powiedzieć, że Zimna Wojna skończyła się jedynie w Europie, choć po Kosowie jej widmo znowu nad nią zawitało. USA mogą podpierać się statystykami, aby zadowolić same siebie, a także, by udowodnić, że Rosja nie jest już wielkim mocarstwem. Jednak są to niestety kłamstwa - wielkie kłamstwa oraz statystyki. Czy USA rzeczywiście wierzą, że potężny przemysł Rosji, zasoby naturalne oraz siły zbrojne - dzięki którym Rosja była największą potęgą - w jakiś sposób nagle w tajemniczy sposób znikły z powierzchni ziemi, nawet jeśli nie pojawiają się w statystykach? Oczywiście nie - USA dzięki statystycznym sztuczkom jawią się jako bardziej potężne niż w rzeczywistości, a Rosja spadła z drugiego miejsca pod względem potęgi przemysłowej na dwudzieste piąte - jednak niezależnie od statystyk, rosyjskie zdolności produkcyjne, potencjał intelektualny i siły zbrojne po prostu w dalszym ciągu się tam znajdują.

Rosja ponadto jest w pewnym sensie potężniejsza obecnie niż w latach 70-tych. Po pierwsze, nawet nie biorąc pod uwagę "silnych" sojuszy, jak z Etiopią Mengisgtu, związki z jego satelitami europejskimi (może poza NRD) znacznie osłabiały ZSRR. Przecież w RWPG Rosja miała "wymieniać" po korzystnej stopie swoje wartościowe zasoby ropy na bublowate towary z Europy Wschodniej. Bilans ZSRR w jego związkach z satelitami wypadał bardzo niekorzystnie. To samo można powiedzieć o republikach ZSRR (poza Ukrainą, Kazachstanem i może państwami bałtyckimi), które musiały korzystać z ogromnych dotacji rosyjskich. Ponieważ większość republik nie miała nikogo prócz Rosji, w przyszłości zamiast "porzucenia" Związku Republik Socjalistycznych będziemy mieli prawdopodobnie do czynienia z bardziej korzystnym "neokolonialnym" układem, gdzie Rosja postanowi inwestować w dane republiki tylko wtedy, gdy uzna to za obiecujące dla swojej gospodarki, warunki takie spełni niewiele z nich - Turkmenistan, Kazachstan oraz Uzbekistan - kogo obchodzi Kirgistan czy Tadżykistan? Jak mówią Rosjanie: "Co Azja kiedykolwiek dla nas zrobiła?" Po drugie, w latach 60-tych ZSRR musiał się liczyć z 1 miliardem wrogich Chińczyków na swojej południowej granicy - ten fakt od tamtego czasu przestał już się liczyć. Rosja i Chiny (nie mówiąc o Kazachstanie czy Uzbekistanie) słusznie obawiają się USA oraz tak zwanych przewrotów terrorystów muzułmańskich (choć tak naprawdę to nie są żadni "islamscy terroryści", tylko chodzi tu o przemyt broni - właśnie dlatego równie "fundamentalistyczny" Iran zgromadził na granicy z Afganistanem 300.000 żołnierzy). Żeby zabezpieczyć swoje południowo-zachodnie granice, obydwa te państwa muszą współpracować. Wspólne zagrożenie prowadzi do ich zjednoczenia. Stąd - choć media nie uznały tego za "wiadomość" - zaraz po Kosowie (pamiętajmy o tym!) Rosja oraz Chiny przeprowadziły po raz pierwszy wspólne manewry wojskowe.

Biorąc nawet pod uwagę długookresowe trendy, nie jesteśmy w stanie przewidzieć odległej przyszłości, ponieważ mamy po prostu do czynienia ze zbyt dużą ilością nieznanych czynników, stąd - jak pisałem wcześniej - Niemcy mogą się znowu okazać głównym rywalem w stosunku do USA. Jednak co do przewidywalnej przyszłości, częściowo ze względu na wydarzenia w Kosowie, ale przede wszystkim z powodu sytuacji na Bliskim Wschodzie i w Azji Centralnej, która jest chyba słusznie postrzegana jako zagrożenia dla Rosji i Chin, Zimna Wojna pomiędzy USA a Rosją i Chinami może znowu wybuchnąć. Zimna Wojna, w której korzystne czynniki do pewnego stopnia zrekompensują niekorzystne zmiany, które zachodzą w Rosji od dziesięciu lat. Rosja jest bez wątpienia znacznie osłabiona, ale jednocześnie ma znacznie więcej celów do obrony i ochrony. Na przykład właśnie dzisiaj przeczytałem, że Polska wyrzuciła połowę pracowników ambasady rosyjskiej w Warszawie z powodu szpiegostwa, co nawet w radio holenderskim zostało skomentowane jako dość znany obrazek przypominający ducha Zimnej Wojny. Zawsze istnieje możliwość, że tego typu wydarzenia doprowadzą do wywołania wojny na dużą skalę, jednak o wiele bardziej prawdopodobne wydają się lokalne wybuchy, które mimo wszystko - z powodu potężnej siły niszczycielskiej nowoczesnej broni konwencjonalnej - pociągną za sobą miliony ofiar.

Tak na marginesie, mówiąc do obecnych subskrybentów niniejszej listy, wielu teoretyków systemu-świata dumnie określa siebie "postępowcami", ale nie marksistami, nie mówiąc już o leninizmie, stąd nie jestem w ogóle pewny, czy cały ten maoistyczno-marksistowsko-leninowsko-gramsciansko-althusseriansko-spivakowski (i tak dalej), czyli ogólnie "marksistowski folklor" sprawia, że w ogóle z niej korzystacie.

R.J. Barendse
Amsterdam/Holandia



 

From chriscd@jhu.edu Thu Jan 27 16:58:55 2000
Date: Sat, 22 Jan 2000 17:03:44 -0500
From: christopher chase-dunn <chriscd@jhu.edu>
To: WORLD SYSTEMS NETWORK <wsn@csf.colorado.edu>
Subject: dyskusja z prof. Barendse

Dziękuję prof. Barendse za wspaniałe komentarze do mojego artykułu z Baltimore Sun, który jest podsumowanie mojej książki The Spiral of Capitalism and Socialism napisanej wspólnie z Terry Boswellem.

Jestem obecnie w podróży i nie ma zbyt wiele czasu, by przygotować wyczerpującą odpowiedź, jednak chciałbym wyjaśnić kilka wyraźnych nieporozumień.

Pierwsze dotyczy wzmianki w artykule Suna na temat hegemonicznego rozrostu. Najwyraźniej Michale Hill, wybitny dziennikarz, który jest autorem artykułu znajdował się pod wpływem prac Paula Kennedy'ego. Z panem Hillem nie dyskutowałem na temat wyjaśnienia terminu upadku hegemonicznego. Został on obszernie i szczegółowo opracowany w rozdziale 9 mojej Global Formation. Po drugie, prof. Barendse kwestionuje koncepcję hegemonii w odniesieniu do siedemnastowiecznej Holandii. Profesor Barendse wie o wiele więcej niż ja na temat historii Zjednoczonych Prowincji Niderlandów. Jednak pewne elementy jego krytyki oparte są na nieporozumieniu co do tego, w jaki sposób Boswell i ja ujmujemy rolę Holandii w historii skoncentrowanego wokół Europy pod-sytemu, oraz w historii świata.

Nie twierdzimy, że państwo holenderskie miało status światowego hegemona w 17 wieku. Inne ważne regiony świata nie zostały przecież wówczas jeszcze włączone do rozszerzającego się systemu europocentrycznego. W tym punkcie zgadzamy się z Gunder Frankiem.

Pamiętajmy, że mówimy tu o regionalnym systemie, który się rozrasta. Europa przechodziła długi proces formowania się centrum, nawet jeśli wciąż pozostawała peryferiami lub para-peryferiami w większym, afro-azjatyckim systemie-świecie. (Por. C. Chase-Dunn and T. Hall, Rise and Demise 1997).

Znaczenie rewolucji holenderskiej i towarzyszące jej gospodarcze oraz polityczne i militarne przywództwo było środkiem rozwoju kapitalizmu. W tym miejscu nie możemy się zgodzić z Gunder Frankiem, który twierdzi, że nie istniało przejście do kapitalizmu.

Jak stwierdził Peter Taylor (The Way the Modern World Works, 1996), Zjednoczone Prowincje znajdowały się w pół drogi pomiędzy kapitalistycznym państwem miast a nowoczesnym kapitalistycznym państwem narodowym. Para-peryferyjne kapitalistyczne państwa miejskie istniały jako nisze w imperiach lennych co najmniej od Fenicjan. (Przykładem może być Dilmun - por. rozdział 6 "Rise and Demise"). Jednak pojawienie się w Europie feudalnej produkcji towarowej, wyraźnie zdecentralizowanej formy lennego sposobu akumulacji, stworzyło tam po pierwsze grupę dość silnych i powiązanych ze sobą kapitalistycznych państw miejskich, a w końcu sprawiło, że kapitaliści z Amsterdamu mogli przejąć skuteczną kontrolę nad państwem holenderskim.

Było to pierwsze kapitalistyczne państwo rdzenia na ziemi. Działało, posługując się władzą państwową w celu przyswajania sobie zakumulowanych zysków, a nie systemem opodatkowywania chłopów czy przejmowaniem lenn. W dodatku działa się to na skalę międzykontynentalną. To fakt, że nie było ono najpotężniejszą potęgą militarną Europy. Jednak posiadało jednocześnie znaczące siły morskie o międzykontynentalnym zasięgu. W tym sensie było faktycznym "etapem przejściowym" pomiędzy wcześniejszymi kapitalistycznymi państwami miejskimi a czymś, co później przybrało najdoskonalszą formę w postaci brytyjskiej hegemonii z 19 wieku. Tak więc hegemonia holenderska była ważną częścią rozwoju kapitalizmu oraz ekspansji potęgi europejskiej.

Ważne badanie wspierające niniejsze podejście zostały opublikowane przez Joya'ę Misra oraz Terry Boswella w 1997 roku jako artykuł: "Dutch hegemony: global leadership during the age of mercantilism", Acta Politica 32:174-209, a także przez George'a Modelskie'ego i Williama R. Thompsona w książce z 1996 Leading Sectors and World Powers.

Chris Chase-Dunn



From wwagar@binghamton.edu Thu Jan 27 16:59:29 2000
Date: Sat, 22 Jan 2000 20:13:04 -0500 (EST)
From: wwagar@binghamton.edu
To: WORLD SYSTEMS NETWORK <wsn@csf.colorado.edu>
Subject: Re: Dyskusja z prof. Barendse

Zarówno Chase-Dunn, jak i Barandese mają rację. Jak to możliwe? Ponieważ Barendse myśli o "hegemonii" przede wszystkim jako dominacji, podczas gdy dla Chase-Dunna oznacza ona "przywództwo", czy też, lepiej, "determinującą innowacyjność". Jak zauważył Gramsci i inni, pierwotne znaczenie "hegemonii" to "przywództwo". Te dwa znaczenia nie są wymienne. Na przykład, jak mi się wydaje, Francja była hegemonem, lub bardzo starała się, by taki status uzyskać, pomiędzy rządami Ludwika XIV a Napoleona I, jednak tylko w sensie posiadania przeważającej politycznej, militarnej, kulturalnej i gospodarczej potęgi. Jednak o żadnym momencie tego okresu nie można powiedzieć, że Francja przewodziła Europie czy cywilizacji zachodniej na jej drodze ku przyszłości, może poza domeną idei politycznych. To samo dotyczy Niemiec w okresie ich rozkwitu od 1871 do 1945 roku. Niemcy były najpotężniejszą siłą w Europie w przeważającej części tego okresu, jednak nie były zbyt "innowacyjne" poza niektórymi dziedzinami nauki i badań.

Z drugiej strony uważam za nieszczęśliwy fakt, że teoretycy systemu-świata zdecydowali się na termin "hegemonia", ponieważ jego pierwotne greckie znaczenie zostało dziś już praktycznie zapomniane i większość ludzi uważa, że odnosi się ono tylko do dominacji, która jest zresztą jedynym synonimem tego słowa podanym w słowniku Merriam-Ebster Collegiate Dictionary. Wyjaśnienie na przykład studentom, dlaczego Giovanni Arrighi może odnosić poprawnie termin "hegemonia" do renesansowej Genui to prawdziwy koszmar. Nie mogą też zrozumieć, dlaczego "światowo-systemowcy" wykazują tak niewielkie zainteresowanie Francją i Niemcami. Nie pomaga nawet fakt, że aktualny "hegemon", Stany Zjednoczone, są hegemoniczne w obydwu znaczeniach tego pojęcia - co nigdy nie miało miejsca w przypadku ich poprzednika, Wielkiej Brytanii.

Historyczna rola Wielkiej Brytanii, od Wilhelma III aż do Jerzego VI polegała na zapobieganiu, żeby jakiekolwiek państwo kontynentalne nie stało się potęgą hegemoniczną (w drugim znaczeniu), jednocześnie czuwając nad swoją własną "hegemonicznością" (również w drugim sensie). Dla pewności, Wielka Brytania bez wątpienia była hegemonem (w pierwszym znaczeniu), również w pewnym okresie i w drugim sensie, na morzu. Jednak jej potęga morska nie przeszkodziła Napoleonowi czy Niemcom hitlerowskim przed zagarnięciem prawie całej Europy.

Powodzenia,
Warren Wagar



From bc70219@binghamton.edu Thu Jan 27 17:00:16 2000
Date: Sun, 23 Jan 2000 01:20:56 -0500 (EST)
From: Boris Stremlin <bc70219@binghamton.edu>
Subject: Re: Komentarz na temat Chris Chase Dunna i Terry Boswella

Nie czytałem tej nowej książki, zatem poniższe uwagi nie są skierowane bezpośrednio do Chase Dunna, ile dotyczą tego, co wydaje się powszechnym konsensem wśród większości, a może i wszystkich, zwolenników teorii systemów-światów co do znaczenia konfliktów między-rdzeniowych w nadchodzących dekadach. Chciałbym na samym początku stwierdzić, że zasadniczo zgadzam się z tezą, że "świat, który znamy" kończy się (to właśnie jedno z tych twierdzeń, dzięki którym analizy systemu-świata zyskały taki rozgłos). I to właśnie z tego powodu, dla którego staram się zmierzyć, bez względu na skutek, z problemem określenia trajektorii mającego obecnie miejsce kryzysu, w sensie znalezienia historycznych podobieństw w nowoczesnym systemie-świecie.

Zauważono odstępstwa od poprzednich modeli tranzycyjnych: fakt, że podczas ostatniej fazy B kapitał odpływał do starych hegemonii; nieobecność znaczącej zmiany nastawienia geopolitycznego USA; brak początku nowej "Wojny Trzydziestoletniej", która według wszelkich reguł powinna była wybuchnąć pod koniec lat 80-tych 20 wieku, a nie za 20-30 lat od teraz. Pomimo oczywistych oznak, że tradycyjna logika systemowa jest wypierana przez coś nowego, w dalszym ciągu skupiamy się na gospodarczych wyzwaniach w stosunku do USA jako głównej siły napędowej zmian. Słyszymy, że kryzys azjatycki jest jedynie tymczasowym zastojem w trwałym wzroście Japonii/Chin/Azji Wschodniej jako całości. Twierdzimy, że sukces amerykański z ubiegłej dekady jest jedynie przejściowym trendem, z którego przywilejów w latach 70-tcy korzystała Europa, a w 80-tych Azja. Staramy się ograniczyć znaczenie każdego nieporozumienia między USA a ich sojusznikami (choć naprawdę trudno powiedzieć, czy nieporozumienia te są dziś głębsze niż przed 50 laty). Komentarze takie pojawiły się zwłaszcza obficie w momencie kryzysu w Kosowie, który po zakończeniu został określony jako klęska Ameryki.

Arno Tausch zwrócił uwagę na rolę różnic ideologicznych w przygotowaniach do konfliktu zbrojnego, i oczywiście ma rację. Jednak równie ważne są konkretne wspólne interesy mocarstw centrum. Z powodu wzrostu nierówności dochodów w całym systemie oraz czynników ekologicznych przemawiających przeciwko "doganianiu" przez Chiny czy Indie, Niemcy, Japonia oraz USA dysponują środkami umożliwiającymi utrzymanie hierarchii w wartości dodatkowej, która jednoczy te kraje, w obliczu czego różnice nie są tak znaczące. Obawa większych, biednych państw, które mają mało do stracenia (ciągle obecne wyzwanie dla Europy i Azji, ale nie dla Ameryki Północnej) powinna wystarczyć jako sposób na zapewnienie, że Europejczycy i Japończycy pozostaną klientem USA.

Dodatkowo możliwość owocnej rywalizacji z USA jest nie do pomyślenia z powodu ciągłego braku jedności po stronie "pretendentów". Pewien artykuł wysłany na tę listę latem ubiegłego roku (wyleciało mi z głowy nazwisko autora, ale wydaje mi się, że od tego czasu tekst ten został wydrukowany w New Left Review) utrzymywał, że wojna w Kosowie ostatecznie pogrzebała sen o europejskiej przeciwwadze w stosunku do USA, zarówno politycznej, jak i kulturowej. Brak jedności politycznej oznacza mniejsze rynki i większe problemy z obroną własnych interesów na arenie międzynarodowej (o czym świadczą sukcesy USA w Zatoce Perskiej oraz w basenie Morza Kaspijskiego w ciągu ostatnich 10 lat). Oczywiście, geopolitycznie i militarnie uprzywilejowana pozycja USA umożliwia im również destabilizację swoich sojuszników (przez doprowadzenie do konfliktu w Kosowie; przez powołanie do istnienia, a następnie sprawowanie kontroli nad Saddamem Hussjnem i Milosevicem) i trzymanie ich dzięki temu na krótkiej smyczy. Nie ma się co dziwić, że w tych warunkach inwestorzy międzynarodowi zwracają się ku rynkom amerykańskim jako oazom spokoju (Clinton ma rację, nie mają jej izolacjoniści - ekspansja USA w czasie ostatnich 10 lat miała miejsce dzięki globalizacji gospodarczej). Trzeba mieć bujną wyobraźnię, by przewidzieć, że Europejczycy czy Azjaci zaczną dyktować warunki, nawet jeśli ich wydatki na zbrojenia zaczynają doganiać poziom z USA (choć nie tak bardzo). Walka o hegemonię wydaje się być zastępowana przez o wiele bardziej niebezpieczną walkę o przetrwanie, której rodzaj będzie pewnie zbliżony do tego, o czym mówił pan Tausch.

Myślę, że nie jest zbyt wcześnie, by zacząć na poważnie rozważać możliwość, że, biorąc pod uwagę skupienie władzy w USA, znajdujemy się obecnie w fazie przejścia do jakiejś formy imperium-świata. Możliwość ta była zawsze brana pod uwagę jako jeden z trzech możliwych skutków obecnego kryzysu (obok nowej hegemonii i chaotycznej dezintegracji) przez teoretyków systemu-świata, jednak z jakiegoś powodu to hegemonia okazała się wariantem, który zdominował wszystkie debaty. Jeśli tak się naprawdę dzieje, to hegemonie brytyjska i holenderska muszą stracić swój status poprzednika, którego trzeba będzie poszukać gdzie indziej (jeśli w ogóle taki istniał). W ten sposób stanie przed nami cała masa dylematów do rozważenia, podporządkowanych (i wymagających nowego opisu) walce o hegemonię. Będziemy musieli nie tylko określić idee, które są ideologiami imperium-świata naszych czasów oraz zlokalizować możliwe źródło ich pochodzenia, ale też zmierzyć się z pytaniem dotyczącym o wiele bardziej fundamentalnego przesunięcia w naszym poznaniu świata, który właśnie się rodzi.

Boris Stremlin
bc70219@binghamton.edu




From dassbach@mtu.edu Thu Jan 27 17:00:26 2000
Date: Sun, 23 Jan 2000 09:53:34 -0500
From: Carl Dassbach <dassbach@mtu.edu>
To: WORLD SYSTEMS NETWORK <wsn@csf.colorado.edu>
Subject: Re: Dyskusja z prof. Barendse

Jeśli dobrze rozumiem Gramsciego (i Arrighi'ego), hegemonia to nie tylko przywództwo, ponieważ przywództwo można osiągnąć na wiele różnych sposobów, różne też mogą być tego skutki. Zamiast tego za hegemonię należy uznać kierowanie za pomocą kombinacji "przymusu i przyzwolenia", w taki sposób, że przywództwo oznacza lepszą służbę interesom grupowym czy też, jak kto woli, korzyściom grupowym, jednak jej efektem są największe korzyści dla hegemona.

Przychodzi mi do głowy kilka przykładów. Jednym z nich jest Bretton Woods (BW) oraz jego skutki. BW przyniósł korzyści światu, jednak najbardziej skorzystały z niego USA; korzyści te dla tego państwa wciąż są odczuwane dzisiaj, mimo załamania BW.

Tak na marginesie, idąc dalej, chciałbym stwierdzić, że trwałe przywództwo musi przybrać formę hegemonii. Przywództwo jedynie przez przymus w końcu się załamuje, ponieważ program każdej ze stron zakłada równość roszczeń, co prowadzi do podważenia warunków współpracy.

Chciałbym jeszcze zauważyć, że weberowskie koncepcje "herrschaft" oraz "legitymizacji" są odpowiednie (i dają się z powodzeniem odnieść) do pojęcia hegemonii. Widziana z perspektywy weberowskiej hegemonia jest "uzasadnioną (oraz uzgodnioną) dominacją (rozumianą jako przymus)". Możemy nawet powiedzieć, że trzy formy legitymizacji Webera - tradycja, charyzma oraz racjonalno-prawna - są również istotnymi składnikami hegemonii.

Carl Dassbach



From Arno.Tausch@bmags.gv.at Thu Jan 27 17:01:06 2000
Date: Mon, 24 Jan 2000 11:52:09 +0100
From: "Tausch, Arno" <Arno.Tausch@bmags.gv.at>
To: WORLD SYSTEMS NETWORK <wsn@csf.colorado.edu>
Subject: kolejne komentarze na temat Chase Dunna, Barendse'a, Stremlina i in.

Chciałbym podziękować wszystkim uczestnikom dyskusji za ich poważny wkład. Chciałbym tu polecić kilka bardzo przydatnych odnośników, gdzie znajdują się materiały na tematy, z którymi musimy się zmierzyć w przypadku hipotezy Chase-Dunna/Boswella

1). Jestem przekonany, że jakakolwiek poważna dyskusja musi uwzględnić toczące się obecnie konflikty zbrojne na świecie. Ich ignorowanie to coś niedopuszczalnego w sensie naukowym i moralnie złego. Wydaje mi się, że najlepszym źródłem informacji na temat wydarzeń na świecie jest serwis BBC, który można przeszukiwać pod adresem:

http://www.bbc.co.uk/search/

angielski system przeszukiwawczy Le Monde Diplomatique jest równie potężny.:

http://www.monde-diplomatique.fr/en/

Większość, choć nie wszystkie, artykułów jest dostępna za darmo. (O wiele przydatniejsza jest francuska przeszukiwarka:)

http://www.monde-diplomatique.fr/

Kilka prognoz na temat przyszłych konfliktów:

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1997/09/marcos

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1997/07/nato

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1997/10/caspian

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1997/10/caucasus

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1997/11/usmil

Strategia rozszerzania się przyjęta przez NATO przeciwko Rosji mogła zablokować, w perspektywie, jakiekolwiek poważne zmiany demokratyczne w tym kraju. 150 miliardów baryłek ropy to dobry powód do ekspansji zachodnich interesów na Kaukaz...

2). Rosja

Rosja wychodzi z turbo-kapitalistycznej post-transformacyjnej depresji. Znowu jestem przekonany, że ktokolwiek, kto przewiduje wojnę między Niemcami a USA w ciągu następnych 40 lat musi stanąć przed pytaniem - a co z, na przykład, statusem Rosji na Kaukazie? Co z rywalizacją między USA a Rosją nastawioną na kontrolowanie ropy Morza Kaspijskiego? Co ze stanowiskiem Rosji (słusznym lub nie) w stosunku do wojny w Kosowie?

http://www.rferl.org/

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/11/02lewin

Polecam również lekturę serii dogłębnych artykułów Michaela Shafira na temat polityki radykalnej w Europie Wschodniej

http://www.rferl.org/eepreport/index.html

a także inne materiały na temat szowinizmu w dzisiejszej Rosji

http://www.amber.ucsf.edu/homes/ross/public_html/russia_/nat.txt

http://www.adl.org/russia/russian_political_antisemitism_3.html

http://www.rferl.org/nca/features/1999/11/f.ru.991124143447.html

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/11/03frioux

3). Hindusko-Pakistański konflikt jest również regularnie lekceważony jako potencjalne źródło przyszłych poważnych konfrontacji. Poniższe zasoby internetowe mogą się okazać przydatne dla poważnej debaty na temat działań pokojowych:

http://uk.fc.yahoo.com/k/kashmir.html

http://www.cdi.org/adm/1214/

http://www.nci.org/ind-pak.htm

http://www.angelfire.com/sd/urdumedia/peace.html

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/10/04afghan

5). Fundamentalizm

Zajrzyjcie na tę bardzo przydatną stronę Le Monde Diplomatique w języku angielskim, aby zdobyć informacje na temat tego, często niewłaściwie pojmowanego problemu

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/06/05gresh2

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1999/09/16islam

gdzie znajdują się interesujące, nieraz dostępne za darmo odnośniki

4). Zachodnie służby wywiadowcze i przedstawiciele instytucji obronnych wyraźnie próbują ustanowić związki pomiędzy nowymi strukturami władzy w Rosji a starym aparatem. Zimną Wojnę łatwiej odnowić niż niemieckie lub japońskie, prawdziwe bądź zmyślone, zagrożenie

http://www.stratfor.com/CIS/countries/Russia/russia2000/putinmaintemp.htm

http://www.stratfor.com/CIS/countries/Russia/russia2000/putin3.htm

http://www.defenselink.mil/speeches/1999/s19990923-secdef.html

http://www.defenselink.mil/

http://newsweek.com/nw-srv/printed/int/dept/ps/a33715-1999oct8.htm

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/06/04gresh1

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/06/11russia

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1999/12/07sapir

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/03/10russia

Na temat poszukiwanie przez Pentagon widocznych wrogów spójrz na:

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1997/11/usmil

Na temat amerykańskiej produkcji broni:

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1997/09/boeing

Putin to człowiek, który dokładnie pasuje do ich wyobrażonych potrzeb.

5) Niemcy:

Najpierw oficjalna strona ministerstwa Joschki Fischera:

http://www.auswaertiges-amt.de/1_fremsp/Startsei/index.htm

poniższe artykuły również mogą się okazać interesujące:

http://www.monde-diplomatique.fr/cgi-in/htsearch?config=htdigdiplo&words=joschka+fischer&Envoi=recherche

Austria, Włochy oraz inne państwa europejskie:

Następujące dokumenty mogą się okazać interesujące w kontekście debaty na temat Chase Dunna/Boswella:

http://www.multimedia.calpoly.edu/libarts/mriedlsp/Publications/eeq.html

http://www.multimedia.calpoly.edu/libarts/mriedlsp/Publications/GSA99/GSA9.html

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/05/09raff

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/05/05fnsh

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/11/14yugo1

http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/04/01leader

(koniecznie z odnośnikami do innych ważnych artykułów)

Podsumowując: badania na temat systemu-świata oraz demokratycznej lewicy politycznej powinny oczywiście być prowadzone w odniesieniu do wszystkich zjawisk na całym świecie, jednak głównymi centrami konfliktów światowych będą te, które sam przewidziałem już w 1993 roku w swojej książce dla Macmillana "Socio-Liberal Theory of Development".

Pozdrowienia,
Arno Tausch

PS: Andre Gunder Frank, w swojej osobistej odpowiedzi, którą do mnie wysłał całkowicie błędnie odczytał moje argumenty na temat 19-wiecznych Niemiec. Tak naprawdę wszyscy niemieccy ideologowie nacjonalizmu, na przykład Richard Wagner czy Wilhelm Busch, przyczynili się do powstania modelu anty-semityzmu i szowinizmu. Jona Goldhagen ma rację nazywając go antysemityzmem eksterminacyjnym. Jednak przeczytajcie http://www.amber.ucsf.edu/homes/ross/public_html/russia_/nat.txt dla porównania z obecną sytuacją w Rosji!


From Arno.Tausch@bmags.gv.at Thu Jan 27 17:06:20 2000
Date: Tue, 25 Jan 2000 10:01:13 +0100
From: "Tausch, Arno" <Arno.Tausch@bmags.gv.at>
To: WORLD SYSTEMS NETWORK <wsn@csf.colorado.edu>
Subject: Russett na temat przyszłej struktury systemu międzynarodowego

Jakie są jeszcze przyczyny wojen?

Bruce Russett

Błyskotliwa, perspektywiczna diagnoza stanu systemu międzynarodowego zaproponowana przez Randall Forsberg jest według mnie całkiem poprawna. Jednak jej sugestie, nawet jeśli na miejscu, moim zdaniem nie wyczerpują problemu. W kilku miejscach jej eseju właściwie ocenia zmierzch wojen między wielkimi państwami w związku z trzyma doniosłymi przemianami: technologia wojenna, wzrost bogactwa, oraz demokratyzacja wartości i instytucji politycznych. Jednak ocena ta, aby wyraźniej opisać ten zmierzch, skupia się przede wszystkim na środkach kontroli uzbrojenia i rozbrajaniu, nie przywiązując zbyt wielkiej roli do innych kluczowych zmian, które wówczas miały miejsce.

Równie dobrze mogło być tak, że wielkie mocarstwa były w stanie i rzeczywiście redukowały swoje arsenały broni masowej zagłady tak aby wesprzeć wysiłki drugiej strony i służyć jako przykład dla mniejszych państw. Możliwe że osiągnęły nawet wspólne porozumienie, żeby ograniczyć sprzedaż broni do mniejszych krajów, które pragną rozbudować swój potencjał militarny, który, jak trafnie zauważa Forsberg, jest prawdziwym zagrożeniem, zarówno z krótszej, jak i z dalszej perspektywy, dla interesów wielkich mocarstw. Jednak efekty podobnych usiłowań nie są zbyt widoczne. Potrzebny by tu był niewątpliwie jakiś skuteczny pakt między wielkimi mocarstwami, który jednocześnie gwarantowałby jakiekolwiek możliwości podstępów. Jak by nie było, najczęściej spotykaną odpowiedzią na głosy o ograniczenie zbrojeń jest: "Jeśli my nie sprzedamy, to zrobią to Brytyjczycy (Francuzi, Niemcy, Rosjanie, i inni)". W uwadze tej jest sporo racji. To, czy zakup broni ze strony wielkich mocarstw od ich własnego przemysłu spada, ma ogromne znaczenie. Wówczas trudno powstrzymywać naciski na koncerny militarno-przemysłowe, aby trzymały swoje arsenały w otwarciu i zatrudniały ludzi.

Jeśli warunki międzynarodowe dla ograniczania zagrożeń bezpieczeństwa prawie na całym świecie wydają się pierwszorzędne dla takiej samokontroli, podobnie jak warunki gospodarcze w świecie uprzemysłowionym. W przypadku Europy (poza Rosją), a nawet Japonii dobre czasy dla ekonomii wciąż trwają. Nawet jeśli wzrost gospodarczy uległ spowolnieniu, w niektórych krajach nawet zamierając, warunki są i tak lepsze dla całego świata niż w okresie globalnej recesji czy depresji, które może jeszcze mieć miejsce. Ponieważ warunki te wydają się pierwszorzędne, skutki sytuacji w Stanach Zjednoczonych mogą wywoływać lęk. Gospodarka amerykańska wciąż się toczy do przodu. Budżet obronny spada, a mnóstwo nowych zamówień do amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego z całego świata wciąż nadciąga. Jednak równocześnie administracja podwyższa embargo na sprzedaż zaawansowanej broni dla Ameryki Łacińskiej. Jeśli tak się dzieje podczas prosperity, to jak będzie wyglądała sytuacja w czasie recesji, kiedy pozbawieni zajęcia producenci broni nie będą w stanie znaleźć sobie alternatywnego zatrudnienia? Albo gdy, na co wspólnie z Forsberg mam nadzieję, wojska USA zostaną znacznie zmniejszone.

Ważne jest w związku z tym, żeby poszerzyć zakres umów ponad wymiar militarny. Podobnie jak badacze w medycynie, możemy spojrzeć na "epidemiologię" konfliktów militarnych w świecie, aby zrozumieć ich przyczyny. Na przykład, rzućmy okiem na wszystkie pary krajów w świecie w okresie po drugiej wojnie światowej. Zobaczmy, czy jakakolwiek z tych par znajdowała się w określonym okresie w stanie sporu zbrojnego (groźba lub użycie broni na mniejszą skalę, nie tylko w sensie rzeczywistej wojny). Spory na mniejszą skalę są równie ważne w tym przypadku, jak same wojny, ponieważ większość wojen - rzadkich przypadków, o których trudno rozważać na poziomie ogólnym - zaczyna się właśnie jako eskalacja sporów. Wszystkie te przypadki - zarówno pokoju, jak i wojny - dają nam w rezultacie około 200.000 faktów do rozważenia.

Analiza podobnych informacji, oparta na teorii, jak i pewnego rodzaju intuicji, pokazuje co następuje:

Kiedy weźmie się pod uwagę rolę powstrzymywania, jak i równowagi militarnej, ujrzymy dwie inne przyczyny wielkiego prawdopodobieństwa pojawienia się sytuacji, że dwa kraje rozpoczną straszyć siebie wzajemnie użyciem siły (lub gdy rzeczywiście tak się stanie) poza tymi, które wymienia Forsberg. Po pierwsze, wielkie znaczenie ma to, czy są to kraje demokratyczne. W przypadku państwa o rozwiniętej demokracji w konflikcie z krajem o silnym systemie autorytarnym mieliśmy dwu i półkrotnie częściej do czynienia z konfrontacją zbrojną, niż w przypadku dwóch krajów demokratycznych. Ponadto w okresie tym nie miały miejsca żadnej wojny między dwoma w pełni demokratycznymi krajami. (Większość wojen domowych, i wszystkie przypadki ludobójstwa, również miały miejsce w krajach o autorytarnym lub totalitarnym systemie).

Gospodarka również odgrywa ogromną rolę. Jeśli mielibyśmy do czynienia z dwoma zależnymi od siebie w znacznym stopniu państwami (ich wspólny handel stanowił znaczną część ich PNB), znowu zagrożenie sporem militarnym było dwu i półkrotnie mniejsze niż wtedy, gdy handel ten był słaby lub w ogóle nie istniał. Był to o wiele większy hamulec dla wojen niż po prostu bogactwo - powody takiego stanu rzeczy są oczywiste. Jeśli zbombardujemy miasta lub fabryki naszego bliskiego partnera handlowego - gdzie prawdopodobnie również posiadamy znaczne prywatne udziały inwestycyjne - niszczylibyśmy w ten sposób również nasze rynki, dostawców, czy wręcz posiadłości naszych rodaków.

Warto też wspomnieć o kolejnej przyczynie. Organizacje międzynarodowe ograniczają konflikty na wiele sposób. Nieliczne z nich może tak naprawdę zmusić do czegokolwiek tych, którzy łamią prawa; jednak wszystkie są w stanie pośredniczyć w konflikcie interesów, przekazywać informacje i towarzyszyć w rozwiązywaniu problemów, mogą też oswajać rządy i ludzi ze wspólnymi normami i podzielanymi tożsamościami. Państwa, które były członkami tych samych organizacji (w niewielkim stopniu ogólnoświatowych - w większości przypadków były to organizacje regionalne na rzecz handlu, bezpieczeństwa, rozwoju czy ochrony środowiska) również rzadziej walczyły ze sobą czy też groziły użyciem broni.

Łącznie, gdy wszystkie te trzy przyczyny (demokracja, współzależność oraz gęsta sieć międzynarodowych organizacji) były odpowiednio silne, pary krajów o 80 procent rzadziej wchodziły ze sobą w spory zbrojne niż w przypadku (średniej) innych par krajów na całym świecie. Wnioski te skłaniają do dalszych analiz, jednak okazuje się, że można je porównać efektywnie z wiedzą, którą już dysponujemy, na przykład na temat przyczyn powstawania raka czy chorób serca. Dalsze analizy również skłaniają mnie do przekonania, że relacje te są tak naprawdę przypadkowe. Na przykład kraje o wiele rzadziej wojują, ponieważ jednocześnie prowadzą wzajemny handel, a nie odwrotnie, ponadto kraje nie wstępują do organizacji międzynarodowych tylko wspólnie z państwami, które są ich bliskimi przyjaciółmi.

Forsberg ma prawdopodobnie rację twierdząc, że szanse na większą wojnę z użyciem sił konwencjonalnych podczas następnych kilkudziesięciu lat są niewielkie. Jednak w przypadku średniej lub dłuższej perspektywy musimy zastanowić się dokładnie nad doprowadzeniem do wyraźnych ograniczeń militaryzacji. Za jakieś dwie dekady tego wieku Chiny mogą osiągnąć wartość PNB (ogólnego, a nie per capita) równą USA. Jeśli będą dalej się rozwijały tak gwałtownie, obydwa te kraje mogą zacząć nagle ostrą rywalizację, która zdaniem Forsberg zdarza się regularnie co, mniej więcej, 50 lat. Szczególnie niebezpieczne byłoby, jak ostrzega Forsberg, kontynuowanie przez Chiny importu zaawansowanych technologii wojennych z Rosji, czy też nawet wejście z nią w jakiś bliski sojusz. Obserwacje "epidemiologiczne" uczą nas sposobów uporania się z podobnymi sytuacjami. Po pierwsze musimy postarać się jak tylko możemy, żeby wciągnąć Rosję w zachodni system bezpieczeństwa, gdy tylko jej demokracja i nastawienie wolnorynkowe będą wystarczająco silne. Jeśli NATO ma się rozszerzać, nie wolno zatrzymywać tej ekspansji blisko granic rosyjskich, która doświadcza spektakularnego rozwoju politycznego i gospodarczego - jeśli tak się stanie, będzie ona musiała poszukiwać ścisłych związków z Chinami. Po drugie, musimy równie silnie starać się o wprowadzenie Chin w światową sieć współzależności gospodarczych i organizacji międzynarodowych - zarówno w naszym, jak i samych Chin interesie.

Nie wygląda na to, żeby Chiny miały się w najbliższym czasie zdemokratyzować, w związku z czym tym istotniejsze jest umocnienie inicjatyw gospodarczych i instytucjonalnych, które zniechęcałyby do zdecydowania się na dalszy rozwój militarny. (Przywódcy chińscy znacznie bardziej są skłonni zaakceptować naciski międzynarodowe na gospodarczą niż polityczną liberalizację). Nie będzie to proste, nie zawsze też wygodne. Jednak jest to o wiele bardziej rozsądne niż poleganie przede wszystkim na "zapobiegawczym" wzmacnianiu się militarnym, tak żeby włączyć w to i Chiny. Skutkiem takiej strategii będzie samo-spełniająca się przepowiednia bądź konflikt.

Niektóre "nieposłuszne" państwa prawdopodobnie będą znajdowały się dalej poza systemem stosunków pokojowych, który można zbudować. Ale jeśli będzie ich niewiele, odpowiednie środki zapobiegawcze będą mogły być zastosowane z użyciem środków militarnych niskiego poziomu, za którymi opowiada się Forsberg - obywatele tych państw z pewnością będą o wiele bardziej w stanie zaakceptować i naciskać na obniżaniu tego poziomu.

1. Wyniki te zostały przedstawione w: John Oneal and Bruce Russett, "The Classical Liberals Were Right: Democracy, Interdependence, and Conflict, 1950-1985", International Studies Quarterly, June 1997. Inne znajdują się na drodze przygotowania do publikacji.


From r.barendse@worldonline.nl Thu Jan 27 17:08:10 2000
Date: Tue, 25 Jan 2000 17:17:20 +0100
From: Dr. R.J. Barendse <r.barendse@worldonline.nl>
To: WORLD SYSTEMS NETWORK <wsn@csf.colorado.edu>
Subject: Głos w sprawie mojej dyskusji o Chase Dunnie

Do pewnego stopnia zgadzam się z odpowiedziami Chase Dunna i Warrana Wagara, i serdecznie im dziękuję za to, że rozumieją "hegemonię" jako centralną pozycję w sieci rynków w ramach europejskiego pod-systemu globalnego handlu. Jeśli ponadto stwierdzi się, że chodzi tu o "determinującą innowacyjność instytucjonalną", wówczas Niderlandy w siedemnastym wieku z pewnością pasują do definicji hegemonii. Nie mam również zamiaru sprzeczać się z sugestią, że siedemnastowieczna Holandia odgrywała bardzo ważną rolę w powstaniu nowoczesnego kapitalistycznego systemu-świata. Co do tego nie ma wątpliwości.

Oczywiście, ekonomia holenderska - przynajmniej ta w prowincjach Holland, Zeeland i do pewnego stopnia Friesland - spełniała większość warunków gospodarki kapitalistycznej. Stąd na przykład w przypadku absolutnie kluczowego kryterium komercjalizacji rolnictwa chłopi z Holland i Friesland pracowali jedynie dla zysku i w celu sprzedaży swoich produktów na rynku - dodałbym jeszcze, że było to o wiele bardziej naturalne w przypadku rolników hodujących bydło niż uprawiających zboża. Jednak inaczej niż to miało miejsce w pozostałej części Europy do 17 wieku, holenderski sektor rolniczy został całkowicie skomercjalizowany i kontrolowany przez "przedsiębiorców" kapitalistycznych - w większości były to tak naprawdę osoby pochodzenia szlacheckiego. Van Winter oraz De Vries napisali niedawno 800-stronicową książkę, w której wymieniają pozostałe kryteria kapitalizmu - nie widzę powodu, aby się z nimi nie zgadzać w tym miejscu.

Nie jestem jednak pewny co do systemu politycznego, ponieważ, jak uważa Chase Dunn, jak może niektórzy z nas wiedzą, Republika Holenderska była przede wszystkim luźną Unią Siedmiu Prowincji, gdzie decyzje Stanów Generalnych mogły być wetowane przez każdy z siedmiu Stanów z prowincji. O ile w przypadku Holland, Zeeland oraz do pewnego stopnia i Utrechtu, Stany prowincji były nominowane przez miasta, a głos szlachty był tylko umowny, w innych prowincjach - zwłaszcza w Gelderland - decyzje zależały przede wszystkim od szlachty - miasta miały niewiele do powiedzenia. Stąd kapitalistyczni "regenten" z pewnością dominowali w aparacie władzy w Holland, jednak nie było tak w przypadku całego kraju.

A to dlatego, że rewolucja holenderska nie była prowadzona głównie w imię religii czy tożsamości "narodowej", ale przede wszystkim w celu obrony szczątków późnośredniowiecznych przywilejów lokalnych przeciwko centralizującym zapędom "nowożytnego" państwa hiszpańskiego. W tym sensie była to "rewolucja konserwatywna", co oznacza, że w prowincjach, w których miasta miały dotychczas silną pozycję, została ona jeszcze bardziej wzmocniona dzięki rewolucji, ale tam, gdzie silna była szlachta - na przykład w Gelderland - rewolucja raczej umocniła ich pozycję. Stąd o ile w Holland miasta rozkwitały, a szlachta - już w piętnastym wieku znacznie zadłużona - była w większym lub mniejszym stopniu "wykupywana" przez inwestorów zainteresowanych ziemią; w Gelderland miasta (oprócz miast Arnhem i Nijmegen z Rhine) tak naprawdę przeżyły schyłek, a obciążenia "feudalne" ponownie zostały ustanowione lub też stały się jeszcze bardziej dotkliwe. Znowu w Friesland - która w przeciwieństwie do Holland i Zeeland była prawie w stu procentach wiejska, ale która praktycznie nie posiadała szlachty feudalnej, a raczej system właścicieli ziemskich oraz farmerów działających na zasadach różnego rodzaju dzierżawy - farmerzy-właściciele musieli w ciągu siedemnastego wieku coraz częściej opuszczać swoje posiadłości, natomiast dzierżawcy coraz częściej stawali się pozbawieni ziemi.

Wraz z upadkiem kilku miast w Friesland po 1670 roku, Friesland coraz szybciej stawało się społeczeństwem podzielonym między świetnie sobie radzącą szlachtę wiejską a pozbawionych ziemi i uprawiających małe pola chłopów. W przypadku przedsiębiorców ziemskich uważających się za nową "szlachtę" przed rokiem 1750, czy też stających się "oligarcia", podobnie jak we Argentynie naszych czasów - to z pewnością zupełnie odmienna historia od tej związanej z miastami handlowymi i dzierżawcami folwarków w Holland. Mógłbym ciągnąć ten temat dalej, odnosząc się do sytuacji w Overijsel, Drente (obszar zamieszkany przez biednych, zrozpaczonych, prawie zupełnie zdanych na siebie, chłopów, którzy co do standardów życia w 1800 roku znajdowali się raczej na poziomie roku 800) czy też w jeszcze innych "zajętych regionach" Brabantu i Limburgu, jednak to powinno wystarczyć.

Chodzi mi o coś innego: choć zgadzam się z Chase Dunnem, że Republika Holenderska znajdowała się gdzieś pomiędzy "kapitalistycznym państwem-miastem" (cudzysłów jest tu bardzo gruby, ponieważ jak sądzę nieporozumieniem byłoby stwierdzenie, że Dilmun, Tyre czy Carthago były kapitalistyczne w jakimkolwiek sensie tego pojęcia, który kojarzymy z nim dzisiaj - zamiast tego lepiej byłoby je określać mianem "republik kupieckich" czy "handlowych państw-miast") a państwem narodowym, to jednak twierdzenie, że "kapitaliści z Amsterdamu przejęli państwo" jest po prostu fałszywe. Republika Holenderska funkcjonowała w zupełnie odmienny sposób. Była to wysoce złożona struktura, oparta na delikatnej równowadze między Księciem Oranii a Stanami Generalnymi, pomiędzy miastami a wsiami, szlachtą a mieszczanami oraz pomiędzy prowincjami. Tak naprawdę Amsterdam był ostatnim miastem w Holannd, które przyłączyło się do rewolucji holenderskiej, ponieważ: A). czcigodni mieszczanie z Amsterdamu obawiali się, że niezależność od Hiszpanii naruszy ich interesy handlowe, B). Amsterdam był centrum pielgrzymek katolickich, z czego czerpał potężne zyski!

Jednak posłużenie się przez Wagara terminem "przywództwo" zamiast "hegemonia" przysparza sporo problemów. Jest on według mnie zbyt nieostry, aby miał jakiekolwiek zastosowanie poznawcze. Chciałbym tu skupić się szczegółowo na przykładzie Genui, którym posługuje się Wagar. Zgodziłbym się całkowicie z Arrighim, gdyby stwierdził, że Genua odegrała wiodącą rolę w rozwoju instytucji nowożytnego kapitalizmu finansowego, jednak w momencie gdy przechodzi się do innych kryteriów, takich jak bankowość międzynarodowa, handel międzynarodowy, a przede wszystkim, oczywiście, literatury, architektury, malarstwa i nauki, wówczas "hegemonem" okazuje się Florencja (w przypadku sztuki dzieląc tę funkcję z Rzymem).

Podobnie, jeśli miałbym patrzeć na piętnastowieczną Europę jedynie z ówczesnego punktu widzenia (powiedzmy z roku 1410), i miałbym wybrać miejsce, które z perspektywy tamtego okresu wydawałoby się hegemoniczne, nie zdecydowałbym się na ŻADNE z włoskich państw-miast, które - oprócz Wenecji - w sensie militarnym były karłami i brakowało im jakiejkolwiek jedności, ale raczej na Księstwo Burgundii, które nie tylko było zdecydowanie najbogatszym państwem w Europie oraz zjednoczonym centrum handlu - podobnie jak Gandawa, Antwerpia czy Brugia, które były bardzo podobne do Florencji, choć może nie tak bardzo do Wenecji czy Genui, jeśli przyjrzymy się bliżej zwłaszcza Gandawie - w ramach jednej korony, ale miało też z pewnością najbardziej skuteczną i postępową administrację w Europie, a także najwydajniejsze rolnictwo oraz największą flotę handlową Europy Północnej. I przede wszystkim, wspaniałe życie dworskie oraz kulturę rycerską (kulturę z Van Eycka czy z obrazów Tres Riches Heures du duque de Berry), która służyła za przykład dla hiszpańskich ceremonii dworskich w szesnastym wieku i stąd dla Austriaków w siedemnastym wieku.

W pewnym sensie przepych corocznych koncertów noworocznych z Wiednia to mgliste, rozmyte wspomnienie szykownej kultury Burgundii z początków piętnastego wieku. Mógłbym iść dalej i stwierdzić, że jeśli rzeczywiście spojrzymy na system jako całość i postanowimy wybrać jakieś jedno hegemoniczne centrum militarnej, państwowej i handlowej potęgi w okolicach roku 1420, nie moglibyśmy w ogóle liczyć na Europę, a powinniśmy raczej udać się w tym celu do Azji Środkowej, szczególnie do Samarkandy pod rządami dynastii Timuridów, jednak myślę, że to powinno wystarczyć.

Tak więc, bronią Arrghiego, ponieważ zgadzam się z Wagarem, że ma rację co do Genui, jeśli mielibyśmy przedefiniować pojęcie "hegemonii", powinniśmy się chyba raczej zapytać "które miejsce było centralne w sensie lokowania transakcji towarowych i finansowych w ramach europejskiego pod-systemu przed uformowaniem się państwa narodowego", i wówczas bez wątpienia trzeba by wskazać bądź na Florencję, bądź na Genuę. Wśród innych kandydatów dla wcześniejszych okresów trzeba by z pewnością wymienić Wenecję, Siennę - która z niejasnych dla mnie powodów jest całkowicie zignorowana przez Abu Lughod, choć miasto to było prawdziwym centrum finansowym w połowie trzynastego wieku - Brugię oraz - od dziesiątego do dwunastego wieku - Amalfi, Palermo i - właśnie! - Kordobę.

Teraz chciałbym określić, dlaczego operacje towarowe i finansowe miały tendencję do skupiania się w jednym miejscu i w związku z tym dlaczego starożytna europejska "gospodarka-świat" "niezmiennie miała za swoje centrum miasto", jak twierdzi Braudel w stosunku do średniowiecza i wczesnej nowożytności. Tak naprawdę odnosiło się to do pewnego stopnia również do starożytności. Miasto, które następnie mogło stać się "hegemoniczne", tak by "przewodzić" handlowi międzynarodowemu. Aby to wyjaśnić, odniosę się do pojęcia "kosztów transakcji", które oznaczają koszty związane z zakupem i sprzedażą produktu - włącznie z kosztami transportu i kosztami ochrony. "Ekonomia skali" w kosztach transakcji wyjaśnia w prosty sposób, dlaczego bankowość, transport, ubezpieczenia itd., a nawet transakcje dóbr ciężkich skupiały się przeważnie w jednym miejscu - konsekwentnie: w miastach, choć targi takie jak ten w Szampanii pod koniec dwunastego wieku czy z Piacenzy w wieku szesnastym mogły spełniać niektóre z ich funkcji. Koszty transakcji były znaczną częścią kosztów związanych z handlem, w związku z czym najłatwiejszym sposobem obniżenia ogólnych kosztów produktu było obniżenie kosztów transakcji. Tak naprawdę, innowacje w epoce przed-industrialnej przede wszystkim i na pierwszym miejscu polegały na redukcji kosztów transakcji.

Nietrudno to zrozumieć. To jasne, że, jeśli chce się na przykład zarezerwować podróż statkiem, znacznie taniej jest, gdy z danego miejsca odpływa wiele statków niż gdyby kursował tylko jeden. Jeśli ktoś chce wymienić pieniądze w kantorze, wyjdzie to taniej, gdy w okolicy znajduje się ich kilka i gdy posiadają spore zapasy waluty zagranicznej. I tak dalej.

A to dlatego, że - i na tym polega różnica między społeczeństwami państw narodowych a społeczeństwami przed-narodowymi, która daje o sobie znać gdy cofamy się coraz głębiej do średniowiecza - koszty transakcji są w obecnych czasach w znacznym stopniu ponoszone przez państwo i płacone za pośrednictwem podatków, podczas gdy wcześniej były one "sprywatyzowane", w związku z czym ich ciężary musiały być ponoszone przez indywidualnych kupców i klientów. Banalny przykład (choć aż do szesnastego wieku był on jednym z największych kosztów, na który byli narażeni kupcy w Europie) - przez powstaniem regularnych usług pocztowych w Europie, trzeba było opłacić konkretne koszty za dostarczenie listu. Trzeba było bowiem wynająć kuriera, który przekazałby list z miejsca A do B. I to wcale nie był drobny wydatek, ponieważ każdy kupiec wysyłał dziennie kilka listów. Od powstania regularnych usług pocztowych w szesnastym wieku koszty z tym związane były stopniowo przenoszone na państwo, tak że klienci nie są już bezpośrednio obarczani ceną samego produktu (usługi). Było tak w przypadku poczty i setki innych usług, za które opłata nie jest bezpośrednio pobierana w samym produkcie, ale raczej za pośrednictwem podatków i w związku z tym - mniej więcej równomiernie, czy też raczej nierównomiernie - przenoszona na ogół populacji. Tak więc, jak z tego oraz wielu innych rzeczy wynika, powstanie nowożytnego kapitalizmu jest niewyobrażalne bez uwzględnienia decydującej roli państwa.

Jednak mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju dialektyką. Z jednej strony kapitalizm wciąż oczekuje, że państwo będzie uczestniczyło w kosztach transakcji i tak naprawdę pragnie, by regularnie obniżało ono koszty, które trzeba za to płacić - mówię tu o takich kwestiach, jak światłowody, systemy bezpieczeństwa na lotniskach, gwarancje jakości towarów itd. (Zauważmy, że reklama powinna być rozumiana jako coś bezpośrednio związanego z ceną samego produktu. Jeśli jakaś firma sprzedaje czterdzieści razy prawie ten sam detergent, choć w czterdziestu różnych opakowaniach i po czterdziestu różnych cenach, wówczas cena rzeczywiście zależy od reklamy, a nie od produktu). Z drugiej strony jednak kapitalizm pragnie stać się "globalny" i przestać uczestniczyć w kosztach transakcji - to podatnicy z danego państwa muszą płacić, ponieważ jest to rzekomo w ich interesie: na przykład jeśli państwo ma dokonać zlikwidować zanieczyszczenie środowiska naturalnego spowodowane przez jakąś fabrykę, koszty muszą pokryć w większości lokalni podatnicy, ponieważ im również nie podoba się życie w śmierdzących oparach.

Stąd dialektyka globalizacji: z jednej strony firmy oczekują, że państwa będą brały na siebie coraz większą część kosztów transakcji (weźmy na przykład tysiące tomów ustaw i tysiące inspektorów, którym państwa mają przedstawiać obecnie świadectwa jakości produktów, co jest obowiązkiem państw nawet w ramach UE. Jednak z drugiej strony nie są chętne płacić za to, ponieważ jakoby nic już ich nie łączy z państwami narodowymi. Znamy zapewne z historii rozwiązanie tego dylematu z USA, a także coraz częściej w Europie i Japonii - mianowicie rozwój zupełnie nowej dziedziny prywatnych zysków czerpanych z usług: opłaty za obrońców przed sądem. Jeśli kogoś nie da się opodatkować, należy go pozwać. Z pewnością firmy nierzadko płacą więcej swoim prawnikom, niż kiedykolwiek były w stanie zapłacić w podatkach.

Nie zamierzam w tym miejscu komentować raczej nietrafionej uwagi Chase Dunna, że "feudalizm jest rozwiniętą, zdecentralizowaną formą lennego sposobu akumulacji", z czym zupełnie się nie zgadzam: całe to pojęcie formy lennej powinno być jak najszybciej odrzucone - im szybciej, tym lepiej. Ale w czerwcu wybieram się do USA specjalnie po to, aby wypowiedzieć się na temat feudalizmu i rzekomego lennego sposobu produkcji, ponieważ temat ten jest zbyt obszerny, aby zajmować się nim w jednym liście.

Gorące pozdrowienia dla wszystkich. Mam nadzieję, że innym również podobała się ta dyskusja tak bardzo jak mi.

R.J. Barendse
Niderlandy


From rhutchin@U.Arizona.EDU Thu Jan 27 17:21:46 2000
Date: Thu, 27 Jan 2000 12:50:42 -0700 (MST)
From: Richard N Hutchinson <rhutchin@U.Arizona.EDU>
To: WORLD SYSTEMS NETWORK <wsn@csf.colorado.edu>
Cc: WORLD SYSTEMS NETWORK <wsn@csf.colorado.edu>
Subject: redukcjonizm ekonomiczny a piąta wojna światowa

Wiadomość przesłana na listę dotycząca redukcjonizmu ekonomicznego stawia interesujący problem, który można odnieść do rozważań nad możliwą "trzecią wojną światową" czy też "piąta wojną światową" w sensie systemu-świata. Ci, którzy utrzymują, że rosnący udział USA w handlu z Azją doprowadzi do pojawienia się bloku azjatycko-amerykańskiego, opartego na ścisłych relacjach gospodarczych. Podobnie można przewidywać powstanie bloku niemiecko/UE-rosyjskiego opartego również jedynie na podstawach ekonomicznych. W związku z tym może dojść do wojny rdzenia, nie między USA a Niemcami jako takimi, ale między blokiem Pacyfiku a blokiem atlantyckim, czy też w sensie geostrategicznym - pomiędzy euroazjatycką potęgą lądową a potęga morską z obszaru rowu pacyficznego, gdzie w sensie klasycznym rolę Wielkiej Brytanii będzie odgrywał blok Pacyfiku.

Jednak scenariusz podobny nie uwzględnia czynników kulturowych. W sensie kulturowym, as słusznie zauważył Arno Tausch, sieć związków na Atlantyku jest dość silna. To prawda, że jak na razie trudno jest wyobrazić sobie, że USA wyrusza na wojnę przeciwko swoim (podporządkowanym militarnie) europejskim sojusznikom. Równie trudno mówić o trwałym przymierzu USA z Chinami, który z konieczności musiałby oznaczać powstanie scenariusza w bloku azjatycko-amerykańskim, nie mówiąc już o sojuszu Japonii z Chinami! Tak więc nie powinniśmy odrzucać możliwości pojawienia się bloków USA-UE oraz azjatyckiego.

(Mówiąc to, nie twierdzę, że wojna rdzenia w 2025 roku jest nieunikniona - jest ona dość realną możliwością opartą na cyklach znanych z przeszłości).

Rozważania Tauscha na temat Rosji, Chin i innych mocarstw nie-rdzeniowych jako obecnych celach strategii militarnej USA to jedna rzecz, choć z krótkiej perspektywy dość przekonująca. W dalszej perspektywie konflikt między potęgami z centrum prawdopodobnie znowu wybuchnie. Stąd wyścig Starego (kapitału narodowego) z Nowym (trendy nastawione na stworzenie pewnego rodzaju państwa światowego, nieważne - kapitalistycznego czy socjalistycznego).

RH


From Arno.Tausch@bmags.gv.at Thu Jan 27 17:22:24 2000
Date: Thu, 27 Jan 2000 10:57:46 +0100
From: "Tausch, Arno" <Arno.Tausch@bmags.gv.at>
To: WORLD SYSTEMS NETWORK <wsn@csf.colorado.edu>
Subject: gdzie powstają rzeczywiste konflikty

Rosja: Turcja może przejąć rolę lidera w regionie Morza Kaspijskiego

Michael Lelyveld

Podczas gdy rosną obawy o destabilizację regionu Morza Kaspijskiego, Turcja coraz wyraźniej promuje swój obraz lidera. Jednak jej inicjatywy mogą doprowadzić do wybuchu konfliktu z Rosją, której z pewnością nie spodobają się jakiekolwiek próby naruszenia jej potęgi.

Boston, 24 stycznia 2000 (Radio Free Europe) - Tylko kwestią czasu jest to, kiedy Rosja zacznie traktować Turcję jako zagrożenie dla regionu Kaukazów i Azji Środkowej. Wydaje się, że takie właśnie przesłanie ma artykuł na pierwszej stronie, który został opublikowany w gazecie "Nezawisimaja gazeta" w piątek.

Dziennik, którego właścicielem jest Boris Berezowski, zareagowała gwałtownie na oświadczenie Turcji z ostatniego tygodnia, nawołujące do stworzenia grupy współpracy, w której miałyby się znaleźć państwa zamieszkiwane przez Turków. Abdulhaluk Cay, minister stanu do spraw stosunków połączonych etnicznie narodów w regionie, porównał proponowaną inicjatywę do Ligi Arabskiej.

Ale "Nezawisimaja gazeta" określiła ten plan jako tureckie zagrożenie dla Rosji, oskarżając Caya o to, że określił Moskwę jako "zbyt słabą", aby przeciwstawić się utworzeniu takiej grupy. Tak naprawdę wywiad Caya dla agencji prasowej Reuters z 19 stycznia nie zawiera żadnego odniesienia do słabości Rosji. Powiedział tylko, że podobne stowarzyszenie może powstać nawet przy sprzeciwie ze strony Rosji, ponieważ chodzi tu o historyczne więzi między krajami tureckimi. "Przyzwyczają się", powiedział Cay według Reutersa. "Muszą. Władaliśmy Imperium Osmańskim przez całe wieki. Jednak dzisiaj w naszych stosunkach z krajami powstałymi z rozpadu Imperium nie zachowujemy się jak wielki brat", stwierdził.

Może i Cay przesadził z zasięgiem Imperium Osmańskiego, które nawet podczas swojego okresu największej chwały w 16 wieku nie obejmowało całego Kaukazu, nie obejmowało też Azji Środkowej. Jednak akcent na odwołanie się przez Turcję do dzisiejszego wpływu etnicznego w regionie Morza Kaspijskiego miało najwyraźniej na względzie pokazanie kontrastu ze słabnącą potęgą Rosji. Ankara również widzi siebie w roli siły jednoczącej w momencie, kiedy wojna w Czeczenii grozi załamaniem porządku w regionie.

Po uwagach Caya usłyszeliśmy wezwania prezydenta Suleymana Demirela o stworzenie "Kaukaskiego paktu stabilizacji", który również był reakcją na chaos w Czeczenii. Choć Rosja jest teoretycznie zachęcana do włączenia się w obydwie inicjatywy, Turcja pragnie być w nich główną siłą napędową.

Nawet bez ostrej repliki ze strony "Nezawisimej gazety" trudno sobie wyobrazić, żeby Rosja potraktowała propozycje Turcji jako wyzwanie rzuconej swojej pozycji. Zamiast zdobyć kontrolę w regionie za pośrednictwem krótkiej i szeroko zakrojonej wojny przeciwko terroryzmowi, Moskwa doprowadziła do wzrostu obaw w kilku krajach. Propozycja turecka jest związana z niepokojem co do problemu uchodźców i oskarżeń Rosji za pomoc buntownikom z Czeczeni.

Ironią może się wydawać, że próba ze strony Rosji, by strzec jednostki składające się na jej federację okazała się raczej siłą dzielącą, nie tylko w regionie, ale też w jej stosunkach z Zachodem. Może w odpowiedzi Turcja poszukuje możliwości pokazania nowych kierunków, jeśli nie jest w stanie zostać siłą jednoczącą.

"Nezavisimaya gazeta" szybko obnażyła logikę propozycji tureckiej, twierdząc, że "Armenia może zostać pierwszą ofiarą" prób stworzenia "Tureckiej Wspólnoty". Jednak odniesienie się do historycznych niechęci i obaw może jedynie okazać się kolejnym elementem podziału, który już stał się zachęta dla pokazania przez Turcję swoich ambicji.

Niesamowite zmiany, które obserwujemy od niedawna w stosunkach Turcji z zagranicą mogą okazać się o wiele bardziej rozsądną drogą do regionu Morza Kaspijskiego niż tą, którą posiada Rosja. Poza etnicznością najbardziej oczywista więzią jest połączenie za pomocą ropociągów, które powoli zaczynają się tworzyć między krajami Morza Kaspijskiego a Turcją. Mogą one okazać się szlakami eksportowymi dla ropy i gazu z regionu, dzięki czemu twarda waluta zacznie napływać do państw, które zwykle muszą się godzić na transakcje barterowe z Rosją.

Pozycja Turcji jako wielkiego kraju-konsumenta ropy naftowej, czerpiącego zasoby z Rosji i Morza Kaspijskiego, zaczyna być obecnie uznawana za źródło wpływów i siły, a nie słabości. Samo to jest już godnym podziwu postępem, jeśli chodzi o stosunek Ankary względem Moskwy.

Jednak nawet poza energią i ropociągami, obserwowane od niedawna ciepłe gesty ze strony Turcji w stosunku do Grecji sugerują, że może ona odgrywać o wiele ważniejszą rolę w stosunkach między wschodem a zachodem. Seria porozumień z ostatniego tygodnia pomiędzy tymi dwoma krajami, oraz wizyta w Ankarze greckiego ministra spraw zagranicznych George Papandreou pozwala żywić nadzieję, że stosunki te będą w dalszym ciągu się polepszały.

Złagodzenie stosunku Turcji do swojego zachodniego rywala sprawiło, że również o wiele bardziej przejrzysta wydaje się perspektywa tego kraju do stania się członkiem Unii Europejskiej. To znowu może oznaczać nadzieję dla państw, które wiele łączy z Turcją, że zbliżą się nie tylko do NATO i jego członków, ale również do Europy jako potencjalnych partnerów handlowych.

Jeśli Turcja może przedstawiać siebie jako pomost do przetrwania, bezpieczeństwa i dobrobytu, dzieje się tak tylko dlatego, że ochrona, którą gwarantowała Rosja zakończyła się fiaskiem. Podczas wojny, którą toczy, Moskwa wydaje się nie przejmować szkodami, które uczyniła, zarówno na swoim własnym terytorium, jak i za granicą. Rozsiewając podziały, Rosja może w przyszłości zebrać plon w postaci utraty pozycji siły jednoczącej.

 
 
Wrocław, 09.05.2001