Immanuel Wallerstein
Jak silne jest supermocarstwo?

(komentarz nr 1, 1 października 1998)

Jest zwyczajem nazywać dziś Stany Zjednoczone jedynym supermocarstwem na świecie. Lecz cóż to tak naprawdę oznacza? Zwrot ten ma za zadanie oddać wrażenie przygniatającej siły na geopolitycznej arenie. Czy jest ono prawdziwe? Czy stany Zjednoczone są, jak to powiedział Mao Tse-tunga, "papierowym tygrysem"?

Pierwszą rzeczą, o której myślimy, kiedy rozważamy geopolityczną potęgę, jest potencja militarna. Wydaje się nie ulegać kwestii, że uzbrojenie wojskowe będące w dyspozycji rządu Stanów Zjednoczonych, w połączeniu z jego świetnie wyszkolonymi oddziałami, są lepsze aniżeli jakiegokolwiek innego współczesnego państwa i prawdopodobnie jakiegokolwiek innego państwa kiedykolwiek. Lecz pojawiają się tu dwa istotne pytania dotyczące militarnej przewagi. Pierwszym jest rozważenie, w obliczu realnej groźby wybuchu wojny, jakie zniszczenia może uczynić Stanom Zjednoczonym wroga armia, zanim przegra wojnę, a to mierzyłoby się w stratach, zarówno w sensie ofiar ludzkich, jak i potencjalnego materialnego zniszczenia, zadanych samym Stanom Zjednoczonym. Jeśli drugie państwo mogłoby  spowodować dostateczne zniszczenia, wojna, nawet gdyby Stany Zjednoczone ją wygrały, nie mogłaby być rozważana jako wykonalna opcja. Było to jasną sprawą podczas zimnej wojny pomiędzy USA a Związkiem Radzieckim. Czy dziś jest to wciąż prawdziwe?

Ale jest też i drugi aspekt tej sprawy. Zaangażowanie się w wojnę wymaga pewnego stopnia powszechnej zgody wewnątrz państwa. Normalnie osiągalne jest to poprzez patriotyczne zaangażowanie. Lecz zaangażowanie to ma swe ograniczenia. Ludność musi zostać przekonana, iż wojna jest po prostu nieunikniona, jak również, że zwycięstwo jest celem osiągalnym.

Żaden z tych warunków nie ma w pełni dziś miejsca. Zdolność obcego państwa do spowodowania poważnego militarnego zniszczenia Stanów Zjednoczonych jest pewnie jednym z głównych zmartwień USA. Wyjaśnia to stały i olbrzymi nacisk na ograniczenie wzrostu broni jądrowej, jak również rozwoju zdolności innych państw do prowadzenia wojny chemicznej i biologicznej. Podczas gdy USA niewątpliwie spowalnia proces i zachowała swą przewagę w tych dziedzinach, kontynuacja tej polityki w ciągu następnych 10-25 lat prawdopodobnie będzie już niemożliwa.

Jeszcze większym zmartwieniem rządu USA jest postawa ludności amerykańskiej, która cierpi na znany "syndrom wietnamski". Japoński atak na Pearl Harbor i wstrętna twarz nazizmu dostarczyły mocnej podstawy dla powszechnego wsparcia  podczas drugiej wojny światowej. Podczas zimnej wojny groźba komunizmu zmobilizowała patriotyczny sentyment w Stanach Zjednoczonych, choć nawet wtedy obywatele USA byli głęboko podzieleni ze względu na słuszność i opłacalność ich interwencji w Wietnamie. W czasie wojny w Zatoce Perskiej poparcie obywateli Stanów Zjednoczonych było uwarunkowane zapewnieniem, że nie pojawią się ofiary ze strony obywateli USA, ze względu na co prezydent Bush musiał zrezygnować z samej myśli o marszu na Bagdad. Nadzwyczajna niechęć USA do zaangażowania się w poważne akcje militarne w Bośni lub Kosowie jest jasno oparta w znacznej części na przekonaniu, że użycie wojsk lądowych oznaczałoby długie, kosztowne operacje z poważnymi stratami życia po stronie USA, a tego obywatele Stanów Zjednoczonych nie poparliby, nie widząc ani usprawiedliwienia działań, ani jasnej perspektywy wyraźnego militarnego zwycięstwa.

Oczywiście potęga militarna nie istnieje w próżni. Jest ona osadzona na potencjale państwa zarówno w sensie ekonomicznym, jak i politycznym. Tutaj jeszcze wyraźniej widać wątpliwości, czy Stany Zjednoczone mogą wciąż być nazywane supermocarstwem. Ekonomiczna potęga USA wymaga osobnego komentarza. Ale nie powinno się brać nazbyt poważnie nadętego wizerunku potęgi ekonomicznej Stanów Zjednoczonych ostatnich pięciu lat. Prawda jest taka, w określeniu względnej ekonomicznej potęgi gospodarki światowej, że USA były w szczytowym momencie w roku 1945 i od tego czasu ich sytuacja wciąż się pogarsza. To pogorszenie się nie było prawie w ogóle zauważalne aż do roku 1960, jednak potem świat rozpoczął mówić o triadzie silnych ekonomicznie miejsc - Stany Zjednoczone, zachodnia Europa (lub Niemcy) i Japonia - i było jasne, że ze wszech miar triada ta odnosiła się do trzech praktycznie równych sobie mocarstw. Jest niewielkie prawdopodobieństwo, iż w ciągu najbliższych 10-25 lat miało to ulec zmianie, a jeśli tak, to bardziej prawdopodobne jest, że pozycja ekonomiczna USA w stosunku do dwóch pozostałych krajów będzie się wciąż pogarszała.

Ta równość w tiadzie posiada dwie bezpośrednie konsekwencje. Po pierwsze oznacza, że Stany Zjednoczone posiadają mniej możliwych pieniędzy na wydatki wojskowe lub, że jeśli będą kontynuowały wydatki na obecnym poziomie, to współzawodnictwo to dla tego kraju będzie coraz bardziej dotkliwe. A drugą konsekwencją jest to, że triada stała się poważnym rywalem, który wywiera ogromny wpływ na polityczną potęgę Stanów Zjednoczonych.

Polityczna potęga USA jest tym, o co pytamy dyskutując o przywództwie. Stany Zjednoczone "doprowadziły" tak zwany Wolny Świat  do konfrontacji z blokiem sowieckim. Oznaczało to, że USA zdefiniowało podstawowe polityczne cele do osiągnięcia, zarówno strategii, jak i taktyki trwałej walki politycznej. Następnie przejęły rolę lidera we wdrażaniu konsekwencji decyzji politycznych i kładli nacisk na to, ażeby ich sprzymierzeńcy asystowali im w wykonywaniu tego planu.

Taka definicja przywództwa opisuje związek Stanów Zjednoczonych z ich partnerami z NATO i z Japonią w latach 50tych i 60tych. Lecz wraz z wzrostem ekonomicznej siły tych sprzymierzeńców, opis stawał się coraz mniej prawidłowy. W 1970 roku odbyły się rozmowy "trójstronne", które były liściem figowym, papierowym ustępstwem Stanów Zjednoczonych na rzecz  uczuć zachodnioeuropejskich i japońskich. Jak długo Związek Radziecki istniał, sojusznicy USA byli niechętni robić zbyt wiele, ażeby obniżyć rolę Stanów Zjednoczonych w sprawach światowych. Jednakże od roku 1989 było jasne, że powoli były one odsuwane od politycznych celów triady i, że prawdopodobnie odsunięcie to gwałtownie wzrośnie w nadchodzącej dekadzie.

Ocena potęgi USA jako państwa wymaga rozróżnienia pomiędzy siłą, jako zwykłym środkiem i dominacją, jako zamiarem działań bojowych. Dziś Stany Zjednoczone pozostają najsilniejszym państwem na świecie, nawet jeśli przepaść pomiędzy nimi a innymi zmniejsza się. Lecz nie jest to dominacja taka, jaka była w okresie 1945-1970. Być dominującym oznacza mieć rzeczywiście znaczące przewodnictwo ekonomiczne nad innymi. Zatem oznacza to cały czas stawianie na swoim, pozornie politycznie, ze względnie niewielką ilością znaczących kompromisów. NIE oznacza to obowiązku użycia siły militarnej, wyjąwszy małą przeszkodę, ponieważ zwykła groźba użycia jej, zwykle nawet sugerowana groźba wystarcza, aby adresat wycofał się, a zatem użycie siły staje się niepotrzebne. Taka sytuacja zdarzyła się raz w okresie od 1945 do około 1970. Więcej nie miała miejsca.

Dziś Stany Zjednoczone zdają sobie sprawę, że rozwój światowej gospodarki wykracza poza ich zdolność do kierowania innymi. Nie mają one żadnych jasnych politycznych celów na światowej arenie, które byłyby szeroko zalegalizowane przez innych. Ich sojusznicy rozpoczynają wdrażać swoje niezależne strategie i taktyki. Przede wszystkim, USA jest sparaliżowana siłą militarną, ponieważ nie może łatwo prowadzić jakiejkolwiek wojny, która będzie długotrwała i kosztowna. Ponadto nie ma niczego na horyzoncie, prawdopodobnie, by dowieść te oczekiwania USA w jakimkolwiek z tych względów. Całkiem przeciwnie. A naprawdę można by utrzymywać, że niezadowolenie i frustracja obywateli Stanów Zjednoczonych ze spadkiem potęgi USA, wyjaśnia wiele z dzisiejszej polityki wewnętrznej Stanów Zjednoczonych. USA nie jest jeszcze papierowym tygrysem, i wciąż może być jedynym światowym supermocarstwem, lecz ile władzy, może być powiedziane, że mieć będzie nad światem w następnych 10-25 latach? Powiedziałbym, że niewiele.

Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.

tłumaczył Maciej Kubat

 
 
Wrocław, 20.12.2001