Immanuel Wallerstein
Bush: Strach, który ujarzmił nadzieję

(komentarz nr 101, 15 listopada 2002)

Pan Bush robi wszystko po swojemu - w trakcie wyborów, w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. W przypadku zwycięstwa Luli nadzieja zwyciężyła nad strachem. W przypadku zwycięstwa Busha - strach ujarzmił nadzieję. Administracja Busha ma wiele powodów do zadowolenia. Sądzą, że udało im się w pełni zrealizować swój plan. Liczą na to, że podążą nim również Kongres i Rada Bezpieczeństwa. Wydaje im się, że osaczyli Saddam Husajna.

Na czym polega ich plan? Najciekawsze, że jest on podzielony na dwie części - krótkoterminową i długoterminową. Nie ma pomysłów na perspektywę pośrednią. Krótkoterminowy plan to zadowolenie trzech grup wyborczych w Stanach Zjednoczonych: konserwatystów ekonomicznych, konserwatystów społecznych oraz macho-militarystów. Konserwatystów ekonomicznych interesują przede wszystkim dwie sprawy: niższe podatki oraz redukcja ograniczeń, które nakładane są przez działania agencji ochrony środowiska. Konserwatyści społeczni mają na uwadze zaostrzenie praw dotyczących orientacji seksualnych, bardziej zdecydowany wymiar sprawiedliwości oraz swobodę co do posiadania i możliwości użycia broni. Macho-militaryści pragną udoskonalić potęgę militarną USA i sposoby jej wykorzystania.

Krótkoterminowe cele mogą być osiągnięte dzięki ustaleniu ciągłych obniżek stawek podatków, rezygnację z podatków od nieruchomości, wybór prawicowych sędziów do sądów federalnych oraz inwazję Iraku. Skoro dana jest im taka władza, z pewnością to zrealizują. Jedną z cech administracji Busha jest to, że jej członkowie nie rzucają słów na wiatr. Idą na ustępstwa tylko wtedy, gdy jest to nieuniknione - w innych przypadkach taranują wszystkie przeszkody, aby tylko dojść do zamierzonego rezultatu. Oczywiście, i w tym przypadku napotkają na pewne niedogodności - niechęć ze strony Kongresu (jedno czy dwa weta w Senacie, kilku "umiarkowanych" Republikanów, którzy nie zdecydują się udzielić pełnego poparcia dla poszczególnych ustaw), próby ze strony niektórych krajów, żeby nie prognozować przyszłych posunięć Saddama Husajna w tak apokaliptycznych terminach, jakie serwuje nam Condoleeza Rice. Jednak ze strony administracji Busha należy spodziewać się gwałtownych reakcji, które unieszkodliwią wszelkie utrudnienia. Skoro taktyka ta sprawdza się w listopadzie, to po co ją modyfikować również w przypadku nadchodzących decyzji?

Dlaczego jednak ona zadziałała? Pierwsza oczywista odpowiedź to - obezwładniający strach. Strach żywiony przez obywateli amerykańskich, strach obecny i na całym świecie. 11 września wstrząsnął Ameryką. Ale stało się tak dlatego, że ludzie już wcześniej się tego obawiali, a 11 września dokonał krystalizacji nieostrych dotąd sentymentów w przejrzysty protest. Obywatele amerykańscy boją się terroryzmu, boją się muzułmanów, boją się obcych. Właśnie w tym sensie USA nie są już tak silne, jak kiedyś, nie są tak szanowane jak kiedyś, nie są tak podziwianie jak kiedyś. Chodzi tu o obawę, że amerykański standard życiowy może zostać zagrożony - strach przed inflacją i deflacją, strach przed utratą miejsca pracy. To strach, że żyjąc dłużej, już dłużej nie można żyć w takim samym komforcie - opieka zdrowotna dla starszej części populacji jest o wiele słabsza, niż się tego oczekuje i pragnie. Prezydent Bush reaguje na ten strach nie przez stwierdzenie jego bezpodstawności, ale przez proklamację, że faktycznie, istnieje problem, ale on ma na niego lekarstwo - ostrą, zdecydowaną akcję. Administracja Busha promienieje od wiary we własne przekonania, a to przyciąga napełnionych lękiem ludzi. To wystarczy, aby wyrazić poparcie dla tej wersji "silnej ręki".

Oczywiście, wszystko to nie wyjaśnia, dlaczego USA udało się zdobyć w Radzie Bezpieczeństwa poparcie dla swojej rezolucji w stosunku 15-0. To prawda, że rezolucja ta była odrobinę złagodzona, ale wciąż na jej mocy USA będą w stanie rozpocząć we właściwym momencie wojnę z Irakiem. Powodem, dla którego została ona poparta był również strach. Ale to nie Saddam Husejn go wzniecił. Żadne z państw mających swoje miejsce w Radzie Bezpieczeństwa nie podniosłoby tej kwestii, gdyby nie dokonały tego USA. Ani jedno z nich nie wierzy, że Saddam Husejn rzeczywiście stanowi bezpośrednie zagrożenie dla pokoju na świecie, czy też, że akcja przeciwko Irakowi to priorytet dla wspólnoty międzynarodowej.

No to z jakiego powodu postanowili jednak zagłosować za rezolucją? Zrobiły to nawet Francja, Rosja, Chiny i Syria. Odpowiedź jest prosta - wszyscy się boją administracji Busha. Stwierdziła ona dość wyraźnie, że wyciągnie surowe konsekwencje w stosunku do każdego kraju, który wejdzie jej w drogę - nie tylko Mauritiusa czy Syrii, ale i Niemiec czy Kanady. Każde z tych państw musiało więc rozważyć skutki, które spowoduje ich nieposłuszeństwo. A byłyby one znaczne. Tak więc, choć wyrażały swoje niezadowolenie i niekiedy zgodziły się poprzeć rezolucję pod paroma warunkami, w efekcie końcowym ugięły się. Był czas, gdy przyjaciele i sojusznicy USA byli gotowi kroczyć pod dowództwem USA, aby uporać się z dowolnym kryzysem na świecie. Dzisiaj jest inaczej. Wciąż są gotowe kroczyć pod kierunkiem USA - ale nie tych ogólnych, abstrakcyjnych, ale konkretnych, pod tą, a nie inną administracją.

Jedną z przyczyn, dla których tak się stało było ogólnoświatowe załamanie reformatorskich programów politycznych centrów. Istnieje ścisły związek, niedostrzegany przez prasę, pomiędzy ostatnimi wyborami we Francji a ostatnimi wyborami w USA. Początkowo oczekiwano, że we Francji zwyciężą socjaliści. W przypadku USA oczekiwano natomiast sukcesu Demokratów. Obydwa ugrupowania przegrały ze względu na istnienie istotnych marginesów wyborczych - Le Pen wyprzedził Jospina na drugim miejscu drobną różnicą głosów. Przesunięcie 50.000 głosów w dwóch stanach na rzecz Demokratów dałoby im całkowitą przewagę w Senacie.

W obydwu przypadkach zadziałał ten sam czynnik - wyczerpanie historycznych programów obydwu "opozycyjnych" partii. Zarówno w USA, jak i we Francji znaczna część głosujących stwierdziła, że ugrupowania te nie reprezentują już nikogo, że starają się naśladować konserwatystów, tracąc jednocześnie swoje "bazy" wyborcze. Uwaga ta stanowi przyczynek do refleksji na temat trwającego już od dawna zmierzchu tradycyjnych ruchów o orientacji centrolewicowej, które kiedyś dominowały w polityce światowej. Po wyborach okazało się, że żadna z partii nie posiada prawdziwego przywódcy ani prawdziwego programu. Rozdzierają je wewnętrzne kłótnie na temat ewentualnego zbliżenia się jeszcze bardziej w kierunku centrum (i zdobycia części głosów wyborców konserwatywnych) czy przejścia zupełnie na lewo (i odzyskania głosów zawiedzionych). Taktycznie to bardzo trudny wybór, ponieważ w obydwu przypadkach z pewnością oprócz zyskania nowego elektoratu nastąpi utrata kolejnych głosów. A jeśli nie ma wyraźnego programu, to i tak żadna z rozważanych opcji się nie sprawdzi. Ale kto liczy, że taki program się pojawi?

Ostatecznie zatem, plan Busha wydaje się stuprocentowym sukcesem. Administracja Busha wie również, co chce osiągnąć i w dłuższej perspektywie: zyskanie większej kontroli nad bogactwem światowym (bez względu na związane z tym skutki dalszej lokalnej i globalnej polaryzacji społeczeństwa), powstrzymanie roszczeń liberalno-socjalnych zgłaszanych na arenie międzynarodowej, oraz ustanowienie faktycznych struktur autorytarnych, które definiują demokrację jako dokonywanie co kilka lat drobnych wyborów w obrębie istniejącej elity władzy.

Ale czy możliwe jest przejście od realizacji planu krótkoterminowego do długoterminowego? Administracja Busha utrzymuje, że tak. Nie będą marnowali czasu na wymyślanie strategii pośrednich. Ale właśnie to można uznać za ich piętę Achillesową. Czy rzeczywiście uporają się ze spustoszeniami, które ich akcje spowodują w polityce bliskowschodniej? Czy przeciętni Amerykanie są w stanie poświęcić życie swoich dzieci i własne pieniądze na rzecz programów Busha, zwłaszcza gdy nie przełoży się to na zwiększenie bezpieczeństwa i dobrobytu? Czy dolar zniesie kolejne wyzwanie co do jego wiarygodności? Czy USA uda się faktycznie powstrzymać rozprzestrzenianie broni atomowej? Czy będą w stanie utrzymać w ryzach niepokoje społeczne, które wybuchają w Ameryce Łacińskiej? Jak szybko Chiny, Japonia i Korea dogadają się ze sobą w sposób, który nie przypadnie do gustu USA?

Agresywne otwarcie partii szachowej przez administrację Busha jest imponujące. Ale czy ruchy te są rozsądne, nawet z jej punktu widzenia? Czy strach faktycznie może na dłużej przyćmić nadzieję?

Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.

 

Wrocław, 25.11.2002