Immanuel Wallerstein
Polityka wielostronności

(komentarz nr 103, 15 grudnia 2002)

Jak wiemy, administracja Busha podzielona jest na tych, których nazywamy "jednostronnymi" (unilateraliści, którym przewodzą Rumsfeld i Cheney) oraz na tych nazywanych "wielostronnymi" (multilateraliści pod wodzą Colina Powella). Wiemy, że już 12 września 2001 roku Rumsfeld domagał się wojny z Irakiem, jako odpowiedzi na ataki Al-Kaidy. Oczywiście w roku 2000, przed objęciem nowych posad, Rumsfeld z Cheneyem razem podpisywali dokument domagający się obalenia Saddama Husajna. Pragnęli wówczas nie tylko pozbawienia Iraku arsenału broni masowego rażenia, ale i zmiany reżimu oraz, tak naprawdę, okupacji kraju. Co więcej, pragnęli dokonać tego w oparciu o zasadę "jednostronności", bez pytania innych państw o zgodę.

Wiemy też, że starania ich spotkały się z dość ostrymi politycznymi obiekcjami ze strony wielu ważnych źródeł - Sekretarza Stanu, tak zwanych "staro-buszowców" (bliskich współpracowników ojca aktualnego prezydenta), Tony'ego Blaira i kilku senatorów republikańskich. Wszyscy oni wzywali do osiągnięcia tego samego celu, ale przy użyciu środków multilateralnych, starając się uniknąć negatywnej w sensie politycznym burzy, którą bez wątpienia wywołałaby akcja unilateralna. Doprowadziło to do sformułowania rezolucji "wielostronnych" - jednej z Kongresie USA, drugiej w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Obydwie te rezolucje dawały administracji Busha zielone światło dla realizacji jej zamierzeń, odsuwając je jedynie nieznacznie w czasie przez postulat uprzedniego wysłania inspektorów. Ale to, co administracja Busha utraciła dokonując niewielkich modyfikacji swojego stanowiska, odbiła sobie z nawiązką, zyskując większe poparcie ze strony multilateralistów na całym świecie.

Multilateralizm to listek figowy umożliwiający światowym siłom "środka" wysuwanie twierdzeń, że akceptują cel - pozbawienie Iraku możliwości wykorzystania broni masowego zniszczenia - bez przyjmowania postawy USA, którą potępiają jako unilateralną. Ale czy zamiary multilateralistów faktycznie mogą doprowadzić do tego samego celu, ale w lepszy, bardziej akceptowalny sposób? Dzięki tej sztuczce przede wszystkim wyeliminowana została jakakolwiek realna potrzeba dyskusji nad koniecznością uzasadnienia samego celu. Dlaczego pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa - USA, Wielka Brytania, Francja, Rosja i Chiny - posiada polityczne i moralne prawo do gromadzenia (i użycia) broni masowej zagłady, podczas gdy inne, rzekomo suwerenne, kraje prawa tego są pozbawione?

Jeśli spróbuje się rozwiązać ten problem, natychmiast pojawia się konieczność zaangażowania sądów moralnych. Wielkiej piątce można "zaufać", że użyje tej broni jedynie w celach obronnych. Co do innych państw, zwłaszcza gdy rządy ich są dyktatorskie czy w przypadku prowadzenia przez nie polityki zagranicznej wrogiej Stanom Zjednoczonym, takiego "zaufania" nie można wysuwać. Osobiście nie ufam żadnemu rządowi - żadnemu - i nie mam wątpliwości, że w momencie gdy któryś z nich uzna, że taki jest interes narodowy, użyje tej broni (interesem takim mogłaby być kwestia przetrwania, ale też i po prostu utrzymanie ogólnego standardu życia).

Moralne rozróżnienie pomiędzy wiarygodnym i niewiarygodnym to jedna z cech całej historii nowoczesnego systemu-świata. Zawsze służyło ono jako uzasadnienie doktryny "interwencjonizmu", w ramach której "cywilizowani" powstrzymywali barbarzyńców. Gdy cofniemy się do siedemnastego wieku, będziemy mogli prześledzić debatę między biskupem Chiapas, Las Casasem, oraz Sepulvedą na temat praw moralnych Hiszpanów do określonego traktowania Indian. Jednym z kluczowych argumentów Sepulvedy było przyznanie Hiszpanom prawa do interwencji (militarnej i religijnej) w celu ochrony niewinnego życie, które jego zdaniem było zagrożone przez barbarzyńskie praktyki Indian. Las Casas odpowiedział na ten argument, utrzymując, że interwencje w celu obrony życia ludzkiego jest uzasadniona tylko wówczas gdy obrona ta nie powoduje jeszcze większej krzywdy. Debata ta trwa praktycznie do dzisiejszego dnia.

W dziewiętnastym wieku przedstawiciele wszelkich stanowisk teoretycznych w Europie bronili wprowadzenia rządów kolonialnych w Azji i Afryce tłumacząc, że mają one za zadanie powstrzymać praktyki barbarzyńskie (na przykład niewolnictwo, którego to jarzma Europejczycy dopiero co sami się pozbyli, rzekomy kanibalizm czy hinduskie suttee). W latach 30-tych tego wieku Stany Zjednoczone były podzielone na "izolacjonistów" i "interwencjonistów" - ci drudzy wyrażali konieczność aktywnego zaangażowania się w walkę z nazistami. W okresie po 1945 roku mieliśmy do czynienia z tymi, którzy pragnęli "wyzwolenia" państw spod rządów komunistycznych, tymi, którzy wzywali do wsparcia ruchów wyzwoleńczych przeciwko mocarstwom kolonialnym i rasistowskim, oraz, w mniej odległych czasach, z tymi, którzy żądali interwencji - na Bałkanach czy w Afryce, aby zapobiec "ludobójstwu".

Rozmyślnie przytoczyłem różnorodne przykłady interwencjonizmu, aby pokazać, że kwestie moralne nie należą do prostych. Wszyscy wierzymy w interwencjonizm w jednej postaci, równocześnie walcząc z jego innymi odmianami. Jednak nowoczesny system-świat bazuje na anomaliach. Z jednej strony strzeże tak zwanych praw do suwerenności wszystkich państw, które w sensie logicznym odrzucają możliwość jakiejkolwiek interwencji i uznają ją z góry za nieuzasadnioną, ale z drugiej wytacza argument z prawa naturalnego, mówiący o istnieniu nieusuwalnych zasad moralnych, na których opiera się cały znany nam świat (w dzisiejszych czasach zasady te przybrały postać praw człowieka) - jeśli ktokolwiek je narusza, nie ma prawa sprawować władzy.

Jak się uporać z tą anomalią? Możemy ją na przykład uznać za problem moralno-filozoficzny, który należy dopiero rozstrzygnąć. Możemy też zdecydować się na sformułowanie jasnych sądów, które postulowały będą przedsięwzięcie rzeczywistych kroków na arenie politycznej - przecież jedynie garstka ludzi gotowa byłaby poświęcić swój czas na debatowanie na tematy moralno-polityczne. Jednak ci, którzy gotowi są formułować jasne sądy i działać w oparciu o nie, z jakimkolwiek realnym skutkiem, muszą posiadać wystarczającą, umożliwiającą im to władzę. Tak więcej gdy sądy takie wydawane są przez administrację Busha, może ona jednocześnie przystąpić do ich realizowania. Natomiast w przypadku, gdy wypowiadają je ludzie dysponujący znacznie mniejszą władzą, pochodzący ze słabszych politycznie struktur, nie może to oznaczać żadnych działań poza, najwyżej, sabotowaniem akcji podejmowanych przez tych najbardziej możnych.

Jednak zasada Las Casasa - interwencja dla ochrony życia ludzkiego może być uzasadniona tylko w przypadku gdy nie spowoduje większej szkody niż, której ma zapobiec - to adekwatna wskazówka dla działań na arenie światowej. Ci, którzy popierają "akcje wielostronne", zapobiegające temu, co traktują jako zagrożenie życia ludzkiego - konsekwencja sprawowania władzy przez Saddam Husajna i rozwijanie przez niego arsenału masowej zagłady, powinni zadać sobie pytanie, czy środki, które proponują spełniają standard ustanowiony przez Las Casasa. Chodzi tu bowiem o moralną i polityczną decyzję, która musi bazować na rozważnym odczytaniu aktualnej sytuacji i możliwych konsekwencji inwazji na Irak.

Gdy Tony Blair stwierdził rok temu, że brak działania to nie rozwiązanie, można się zastanowić, i to bardzo poważnie - a dlaczego by nie?

Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.
 

Wrocław, 20.12.2002