Immanuel Wallerstein
Słuszna wojna

(komentarz nr 107, 15 lutego 2003)

George Bush już niedługo poprowadzi armię nieustraszonych żołnierzy ku sprawiedliwej wojnie przeciwko despotycznemu tyranowi. Już się nie wycofa. Bez względu na to, co tchórze i zdrajcy - europejscy politycy, przywódcy religijni na całym świecie, emerytowani generałowie oraz inni byli przyjaciele wolności i USA - myślą czy robią. Nigdy dotąd żadna wojna nie była tak kontestowana i miała tak marne poparcie światowej opinii publicznej. No i co z tego? Decyzja o wojnie, oparta na kalkulacjach potęgi amerykańskiej, została podjęta w Białym Domu już dawno temu.

Musimy zadać sobie pytanie - dlaczego. Na początek musimy odrzucić dwie główne teorie na temat rzekomych motywacji rządu USA, które zwykle się przytacza przy tej okazji. Pierwsza pochodzi od zwolenników wojny. Uważają oni, że Saddam Husajn jest odpychającym tyranem, który stanowi oczywiste zagrożenie dla pokoju światowego. Czym prędzej rozprawimy się z nim, tym większe mamy szanse, że powstrzymamy jego niecne plany. Druga teoria wysuwana jest przez przeciwników zbrojnej konfrontacji. Ich zdaniem USA starają się przejąć kontrolę nad światowymi zasobami ropy naftowej. Irak jest tu kluczowym elementem. Dzięki pokonaniu Husajna USA stałyby się panem sytuacji.

Tezy te są nie do utrzymania. Chyba wszyscy na świecie zgadzają się, że Saddam Husajn jest odpychającym tyranem, ale niewielu da się przekonać, że stanowi on bezpośrednie zagrożenie dla pokoju na świecie. Większość ludzi uznaje go za sprytnego gracza na arenie geopolitycznej. Bez wątpienia, tworzy on własny arsenał broni masowej zagłady. Wątpliwe jest jednak, że użyłby jej przeciwko komukolwiek - z pewnością bałby się konsekwencji. Prawdopodobieństwo użycia przez niego tej broni jest mniejsze, nie większe, niż w przypadku Korei Północnej. Saddam Husajn znajduje się obecnie w ślepym zaułku swojej polityki, z którego by się nie wydostał, jeśli pozostawilibyśmy go w spokoju. Co do jego powiązań z Al-Kaidą, to cały ten argument jest mocno problematyczny. Możliwe, że miał z tą organizacją jakieś taktyczne, i marginalne, kontakty, ale nawet w jednej dziesiątej nie były one tak intensywne, jak w przypadku rządu USA. Jednak jeśli Al-Kaida umocni się, Saddam Husajn będzie prawdopodobnie na szczycie jej listy przeciwników do likwidacji, ze względu na odstępstwa. Wszystkie oskarżenia USA tego rodzaju to propaganda, a nie wytłumaczenie. Prawdziwych motywów należy poszukiwać gdzie indziej.

A co z konkurencyjnym poglądem, tym mówiącym o ropie naftowej? Oczywiście ropa jest strategicznym elementem funkcjonowania gospodarki-świata. Oczywiste zatem, że Stany Zjednoczone, podobnie jak i inne większe mocarstwa, pragnęłyby przejąć kontrolę nad dostępem do tego surowca. Oczywiste również, że po obaleniu Saddama Husajna scena rozgrywek o ropę ulegnie poważnej transformacji. Ale czy rozgrywki te oznaczają konieczność użycia aż tak radykalnych środków jak przygotowywana wojna? Jeśli chodzi o ropę, związane są z nią trzy "krytyczne" kwestie: udział w zyskach przemysłu naftowego, wpływ na jej światowe ceny (które mają znaczenie dla wszystkich innych gałęzi produkcji), oraz dostęp do jej zasobów (i możliwość jego blokowania dla innych). W każdej z tych kwestii USA radzą sobie znakomicie i bez wywoływania wojny. Firmy amerykańskie mają dzisiaj lwie udziały w zyskach na całym świecie. Ceny ropy są od 1945 roku ustalana przede wszystkim w oparciu o preferencje USA (dzięki staraniom rządu Arabii Saudyjskiej). Co do strategicznej kontroli zasobów surowca, USA również nie mają powodów do narzekań. We wszystkich tych dziedzinach Stany Zjednoczone mogłyby zapewne poprawić swój stan posiadania, ale czy usiłowania te musiałyby oznaczać zaangażowanie aż tak wysokich finansowych, gospodarczych i politycznych kosztów związanych z wojną? Bush i Cheney są zorientowani w "naftowym interesie" i na pewno zdają sobie sprawę z minimalnego jedynie poprawienia jego sytuacji w konsekwencji tych działań. Ropa to tylko poboczny zysk przedsięwzięcia przygotowywanego do realizacji z zupełnie innych pobudek.

O jakie pobudki zatem chodzi? Zacznijmy od rozumowania jastrzębi. Utrzymują oni, że pozycja Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej co najmniej od czasu wojny w Wietnamie regularnie maleje. Ich zdaniem główną przyczyną tej tendencji były zbyt nieśmiałe i niekonsekwentne działania poszczególnych rządów USA w polityce światowej. (Utrzymują, że odnosi się to również do administracji Reagana, choć niechętnie głoszą to wprost). Mają na to radę, proste lekarstwo. USA muszą wykazać się, zademonstrować zbrojnie swoją żelazną pięść i przeważającą potęgę militarną. Gdy tego dokonają, cały świat uzna i zaakceptuje prymat USA w każdej dziedzinie. Europejczycy spuszczą z tonu. Potencjalne mocarstwa nuklearne porzucą realizację swoich projektów. Dolar USA znowu wróci na szczyty na rynkach walutowych. Fundamentalizm islamski osłabnie bądź zostanie zmiażdżony. A my wszyscy wkroczymy w nową erę dobrobytu i wysokich zysków.

Musimy zdać sobie sprawę, że oni naprawdę wierzą w to wszystko, że przyjmują to jako pewnik i konieczność. Właśnie dlatego wszystkie publiczne protesty na całym świecie przeciwko wybuchowi wojny napotykały na głuchy odzew. Jastrzębie nie zwracały na nie uwagi dlatego, że są przekonani, że wszyscy inni się mylą i że ci, którzy się mylą już wkrótce zdadzą sobie z tego sprawę. Warto odnotować jeszcze jeden element tej ufności, którą jastrzębie pokładają w swoje argumenty. Są przekonani, że szybkie i stosunkowo łatwe zwycięstwo jest tak naprawdę przesądzone - czas trwania wojny to kwestia tygodni, a nie miesięcy ani tym bardziej - jeszcze dłuższego okresu. Fakt, że praktycznie wszyscy emerytowani generałowie z USA i Wielkiej Brytanii wyrazili publicznie swoje poważne wątpliwości co do tych prognoz, został kompletnie zignorowany. Jastrzębie (prawie wszyscy z nich to cywile) nawet nie mają zamiaru udzielać odpowiedzi na te obiekcje. Nie dowiemy się oczywiście, jak wielu jest w USA i UK generałów w służbie czynnej, którzy twierdzą, czy też myślą, podobnie, jak ich starsi koledzy.

Działania administracji Busha (zgodnie z dewizą "Do diabła z minami, cała naprzód!") już przyniosły cztery negatywne konsekwencje dla pozycji międzynarodowej Stanów Zjednoczonych. Każdy, kto ma choć elementarną wiedzę na temat geopolityki wie, że po roku 1945 jedyne przymierze, którego Stany Zjednoczone się obawiały to ewentualny sojusz między Francją, Niemcami i Rosją. Polityka USA nastawiona była na uniemożliwienie takiego aliansu. Za każdym razem, gdy pojawiły się nawet najmniejsze oznaki jego formowania się, USA ogłaszały pełną mobilizację, aby wyeliminować z gry przynajmniej jednego z trzech partnerów. Było tak w przypadku wczesnych gestów DeGaulle'a w kierunku Moskwy w latach 1945-46, a także w momencie ogłoszenia przez Willy Brandta jego Ostpolitik. Istniało mnóstwo powodów, dla których sojusz ten był trudny do zrealizowania. George Bush pokonał wszystkie przeszkody i uzyskał spełnienie się tego amerykańskiego koszmaru. Po raz pierwszy od roku 1945 trzy wspomniane mocarstwa, w imię wielkiej sprawy, publicznie połączyły się, aby wspólnie walczyć przeciwko USA. Reakcja USA na te publiczne demonstracje doprowadziła do jeszcze większego umocnienia tego sojuszu. Jeśli Donaldowi Rumsfeldowi wydaje się, że uzyskanie tak ochoczego poparcia ze strony Albanii i Macedonii, czy nawet Polski i Węgier, będzie stanowiło przeciwwagę dla wzmacniającej się "wielkiej trójki", to z pewnością jest bardzo naiwny.

Logiczną ripostą na stworzenie osi Paryż-Berlin-Moskwa powinno być utworzenie przez USA przymierza z Chinami, Koreą i Japonią. Jednak jastrzębie z USA robią wszystko, aby riposta ta nigdy nie doszła do skutku. Zdenerwowali Koreę Północną, tak że musiała ona w końcu pokazać swoje ostre, nuklearne, "zęby", obrazili Koreę Południową, nie biorąc na poważnie jej obaw, sprawili, że Chiny, jak jeszcze nigdy dotąd, zaczęły ostrożnie traktować swoje relacje ze Stanami Zjednoczonymi i w końcu doprowadziły do rozpoczęcia w Japonii dyskusji na temat budowy potencjału nuklearnego w tym kraju. Wyrazy uznania!

Dalej pojawia się kwestia ropy naftowej. Kontrola światowych cen tego surowca to najważniejsza z trzech wspominanych powyżej "naftowych kwestii". Jak dotąd kluczem do sukcesu była Arabia Saudyjska. Przez ostatnie 50 lat kraj te wykonywał "co do niego należało" z prostych powodów. Jego rządząca dynastia potrzebowała ochrony militarnej ze strony USA. Amerykański pęd do wojny, "rykoszet", który z pewnością będzie jego rezultatem w świecie muzułmańskim, otwarte słowa krytyki pod adresem Saudyjczyków ze strony jastrzębi, praktycznie bezgraniczne poparcie USA dla Sharona, sprawiły, że Saudyjczycy zaczęli się zastanawiać, na razie po cichu, czy amerykańska pomoc nie jest czasami bardziej obciążeniem dla dynastii, niż sposobem na jej utrzymanie. Po raz pierwszy w historii na dworze królewskim zaczynają przeważać tendencje, które opowiadają się za poluźnieniem więzi z USA. Stanom Zjednoczonym trudno będzie znaleźć jakiś kraj, który mógłby odgrywać w regionie taką samą rolę jak Arabia Saudyjska i zwrócić się raczej ku niemu. Musimy pamiętać, że w sensie interesu geopolitycznego Arabia Saudyjska zawsze była dla USA o wiele ważniejsza niż Izrael. USA wspiera Izrael ze względu na politykę wewnętrzną. Poparcie dla reżimu saudyjskiego z kolei jest rezultatem konieczności. USA bez Izraela przeżyją, ale czy dadzą sobie radę w momencie wybuchu niepokojów politycznych w świecie muzułmańskim bez pomocy Saudyjczyków?

I ostatni punkt. Administracje USA przez pięćdziesiąt ostatnich lat starały się dzielnie powstrzymywać proces rozprzestrzeniania broni atomowej. Administracji Busha udało się sprawić, w ciągu dwóch krótkich lat, że Korea Północna i Iran nasiliły tempo realizacji swoich programów nuklearnych i że przy każdej możliwej okazji publicznie to potwierdzają. Jeśli USA użyją w Iraku technologii nuklearnej, nawet nie wprost, dokonają nie tylko złamania tabu, ale sprawią, że do wyścigu nuklearnego przystąpi spora liczba innych krajów, które zechcą zdobyć tę technologię.

Jeśli wojna z Irakiem "uda" się, może USA będą w stanie odbudować choć trochę swoje stanowisko na arenie międzynarodowej nadszarpnięte we wspomnianych wcześniej czterech dziedzinach. Jeśli się nie "uda", wszystkie problemy jeszcze się pogłębią. Czytałem ostatnio historię Wojny krymskiej, którą Wielka Brytania i Francja wywołały, w imię cywilizacji, chrześcijaństwa i walki o wolność, przeciwko rosyjskiemu tyranowi. Oto, co w 1923 roku napisał historyk brytyjski na temat tych motywów: "To, co potępia Anglik, prawie zawsze zasługuje na potępienie, jeśli tylko będzie miało miejsce". Londyński Times w roku 1852 był jednym z najbardziej zagorzałych zwolenników tej wojny. W roku 1859 redaktorzy tej gazety prosili o wybaczenie: "Jeszcze nigdy nie uczyniono tak wiele, aby osiągnąć tak niewiele znaczący cel. Musimy przyznać, choć przychodzi nam to z oporem, że uczyniono tak wielki wysiłek, poświęcono tak wiele - i wszystko to na próżno". Gdy George Bush opuści swój urząd, pozostawi Stany Zjednoczone w znacznie słabszej kondycji, niż znajdowały się one w momencie, gdy wprowadzał się do Białego Domu. Powolny zmierzch został przyspieszony. Czy w roku 2005 możemy oczekiwać na podobne, jak te przytoczone powyżej, wyrazy ubolewania ze strony New York Timesa?


Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.
 

Wrocław, 05.03.2003