Immanuel Wallerstein
Obłąkanie czy polityka?

(komentarz nr 114, 1 czerwca 2003)

Gdy super-establishmentowy, super-odpowiedzialny Financial Times, czołowy dziennik wielkiego kapitału, publikuje czołówkę z tytułem "Obłąkanie podatkowe" i podtytułem "Czy administracja USA wyrzuciła roztropność za okno?", oznacza to, że jego redaktorzy muszą być naprawdę zgorszeni. Artykuł kończy gorzka konkluzja: "(Najbardziej skrajnym Republikanom) nie wystarczy podminowanie multilateralnego porządku międzynarodowego, potrzebna jest również radykalna rewizja pielęgnowanego od dawna systemu redystrybucji dochodów. Niewiele może zrobić rozsądna większość w reakcji na te szkodliwe zapędy: rozum betonu nie skruszy. Teorie gospodarcze idą do lamusa, a wszelkie niewygodne dowody są lekceważone. Wrażenie będzie robił widok światowego supermocarstwa gospodarczego, które powoli likwiduje jeden z najbardziej sensownych systemów podatkowych na świecie".

Tak więc w momencie, gdy Bush i spółka świętują swoje zwycięstwo w Iraku i w Kongresie USA, a większość przedstawicieli lewicy zastanawia się w zakłopotaniu nad przyczynami tych sukcesów, może powinniśmy przyjrzeć się bliżej pęknięciom, które pojawiają się w łonie wszystkich tych sił, które określilibyśmy jako "na prawo od centrum" - na całym świecie, w samych Stanach Zjednoczonych i wśród warstwy kapitalistów.

Po pierwsze, jakie są oznaki tych pęknięć? Henry C.K. Liu, prezes grupy inwestycyjnej z Nowego Jorku pisze dla Asia Times artykuł pod tytułem "Wymagany kres hegemonii dolara amerykańskiego". Dyrektor projektu studiów nad inwestycjami dla Citigroup Private Bank zauważa, że ASEAN + 3 kraje (Azja Południowo-Wschodnia, Japonia, Chiny oraz Korea Południowa) opracowują właśnie tak zwany "transgraniczny instrument dłużny" (co oznacza kredyty przeliczane na własne waluty, a nie na dolara amerykańskiego), nazywając go "ciężkim młotem, który zawiśnie nad gospodarką amerykańską". Prognozuje, że stworzenie Azjatyckiej Jednostki Walutowej może zmusić Stany Zjednoczone do "poważnej transformacji polityki kredytowej" i doprowadzić w końcu do tego, że Skarb USA będzie wypuszczał obligacje nie w dolarach amerykańskich, ale w walutach azjatyckich.

Ze strony europejskiej Christoph Bertram, dyrektor Niemieckiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i Bezpieczeństwa, wcześniejszy entuzjasta idei atlantyckiej, publikuje artykuł, znowu w Financial Times, pod tytułem "Niemcy nie staną się wasalem Ameryki". Obarcza w nim George'a Busha pełną odpowiedzialnością za zmiany, które dokonały się w opinii publicznej w Niemczech i przewiduje, że Unia Europejska będzie musiała "związać na stałe swoich członków w celach obronnych, podobnie jak euro uczyniło w dziedzinie polityki monetarnej".

W Stanach Zjednoczonych James Carroll, w artykule dla Boston Globe mówi o "zmianie klimatycznej" w Ameryce, "narodzie tak bardzo zajętym swoim parciem do przodu, że nie dba on o to, aby zatrzymać się i przyjrzeć faktycznym warunkom, z którymi ma do czynienia". Ostatnia mowa senatora Byrda (który jeszcze dwa lata temu przez nikogo nie był uważany za radykała czy nawet liberalnego demokratę) miała następujące zakończenie: "Zapamiętajcie te słowa. Starannie kalkulowana arogancja, z którą mamy ostatnio tak często do czynienia w przypadku 'nieustraszonych mocy' będzie w stanie powstrzymać lojalną opozycję na dystans na jakiś czas. W końcu jednak, jak zwykle, prawda przemówi sama. A kiedy tak się stanie, domek z kart, budowany podstępnie, runie".

Senator Byrd wygłosił te słowa 21 maja. Już sześć dni później, Sekretarz Rumsfeld, w swojej przemowie przed Radą Do Spraw Stosunków Zagranicznych poczynił spostrzeżenie, często dzisiaj cytowane, że rzekome irackie arsenały broni masowej zagłady tak naprawdę "w ogóle nie zostały znalezione". Rumsfeld stwierdził, że prawdopodobnie Irak je zniszczył jeszcze "przed rozpoczęciem konfliktu". USA i UK oparły wszystkie swoje usiłowania zmierzające do przeprowadzenia szybkiej i unilateralnej akcji na fakcie zagrożenia, które powoduje istnienie tego arsenału. W takiej perspektywie słowa Rumsfelda stają się osobliwym wyznaniem wymuszonym jednak faktem, że poszukiwanej broni po prostu nie udało się jak na razie zlokalizować. Amerykańskiej opinii publicznej może zabrać trochę czasu zrozumienie znaczenia tego wyznania i zareagowanie na nie w odpowiedni sposób. Ale Tony Blair już teraz znalazł się z tego powodu w tarapatach. W systemie brytyjskim jednym z kardynalnych grzechów jest "zwodzenie" Parlamentu, a właśnie o to jest obecnie oskarżany Blair (i nie chodzi tu tylko o naganę) w rezultacie wyznania Rumsfelda. Jedyna odpowiedź, którą dysponuje teraz to "poczekajmy jeszcze trochę". Premier Wielkiej Brytanii musi znaleźć broń iracką o wiele pilniej niż Rumsfeld.

Pytanie - czy mamy tu do czynienia z prawdziwym obłąkaniem, czy może jest to chłodno przekalkulowana polityka? Sądzę, że to wyrachowana i zamierzona polityka, choć jednocześnie uznaję ją za przejaw obłąkania. Aby zrozumieć sposób wnioskowania jastrzębi amerykańskich i ich sojuszników, musimy się cofnąć o kilka stuleci. Rewolucja Francuska naprawdę wstrząsnęła światową areną kultury. Mieliśmy wówczas do czynienia z dojściem do władzy ugrupowań politycznych przekonanych o prawie, i obowiązku, rządu do dokonania radykalnych zmian w systemie społecznym - w imię ludu, który jest suwerenem. Te dwie idee - że zmiana polityczna to naturalne zjawisko i że ludowi należy się suwerenna władza - szybko znalazły odzew w innych częściach świata i tak naprawdę od tamtej pory cały czas nam towarzyszą.

Te niepokojące koncepcje doprowadziły do pojawienia się bezpośredniej reakcji (i wspólnych działań przeciwko nim). Właśnie wtedy na arenę historii wkracza termin "reakcjoniści" w znaczeniu, którym posługujemy się nim dzisiaj. Edmund Burke w Anglii i Joseph de Maistre we Francji pisali książki, w których starali się poddać fundamentalnej krytyce doktrynę "postępu" i uzasadnić konieczność przywiązania do niezmiennych wartości społecznych i moralnych płynących z "tradycyjnych" autorytetów. Jakobini zostali po kilku latach pokonani, ich "misję" kontynuował co prawda Napoleon, ale w jego wydaniu była ona dość rozmyta. W końcu, w 1815 roku, Kontrrewolucja ostatecznie wygrała. Przyszedł czas na przywrócenie porządku w Europie i na świecie. Książę Metternich powołał do życia Święte Przymierze, które miało na celu bezwględnie likwidować, brutalnymi represjami, wszelkie oznaki niepokojów społecznych.

Nie wszystkie "siły porządkowe" zgadzały się z Metternichem. W Anglii, powoli choć skutecznie, Sir Robert Peel wprowadził torysów na drogę realizowanych stopniowo i w ograniczonym stopniu ustępstw, przede wszystkim w oparciu o ustawę Reform Act z 1832 roku. Podobne próby miały miejsce we Francji - głównie w postaci rewolucji z 1830 roku, która doprowadziła do usunięcia Karola X i dojścia do władzy "obywatela-króla" Ludwika Filipa.

Decydującym momentem była rewolucja światowa z 1848 roku, która dla "reakcjonistów" stanowiła prawdziwy szok. Sędziwy już Metternich został usunięty ze swojego stanowiska. We Francji wybuchła rewolucja "socjalna", która była próbą przyznania praw dla "robotników". Natomiast w Europie środkowej, wschodniej i południowej miała miejsce "wiosna ludów". Oczywiście, jak wiemy, wszystkie te zrywy i powstania szybko zakończyły się niepowodzeniem, a w ich wyniku pojawiła się kolejna fala ostrych represji. Jednak siły "na prawo od centrum" czegoś się wówczas nauczyły. Postanowiły kontynuować drogę wyznaczoną przez Peela i zgodzić się na konieczność "ustępstw", aby zapobiec jeszcze gorszym ewentualnościom. Następna dekada była okresem wzrastania w potęgę postaci określonych przez historyków miane "oświeconych konserwatystów" - Disraeli w Wielkiej Brytanii, Napoleon III we Francji, Bismarck w Niemczech.

Od tamtej pory konserwatyści powoli stawali się przedstawicielami stanowiska, które można by określić jako bardziej roztropną wersję centrystycznego liberalizmu. I faktycznie, aby skutecznie odpowiadać na wyzwania ze strony "radykalnych" ruchów lewicowych, konserwatyści zwykle znacznie chętniej korzystali z możliwości państwa do wprowadzania zmian niż liberałowie-centryści - poszerzenie praw wyborczych przez Disraeli'ego, przywrócenie praw związkowych przez Napoleona III, początki państwa dobrobytu za Bismarcka. Programy te były realizowane regularnie przez konserwatywne ugrupowania polityczne aż do rewolucji światowych z roku 1968, które zdetronizowały dominujący do tej pory centrystyczny liberalizm i dały impuls do narodzin trendu, który głosił konieczność restauracji "prawdziwej" prawicy i zerwania z tradycją "oświeconego konserwatyzmu". Początków procesu powrotu "prawdziwej" prawicy można upatrywać w częściowym jedynie przejęciu przez stronnictwo Margaret Thatcher władzy w brytyjskiej Partii Konserwatywnej oraz w równie częściowym zawładnięciu przez Reagana Partią Republikańską w USA. Obecny reżim Busha przekształcił fragmentaryczny charakter tego przejęcia w całkowitą dominację.

Jastrzębie z USA to odnowienie bezkompromisowej, reakcyjnej polityki Metternicha: macho-unilateralizm na arenie międzynarodowej i poważne próby zlikwidowania państwa dobrobytu w Stanach Zjednoczonych. Z tego właśnie powodu Financial Times, odnosząc się do tego ugrupowania, stwierdził: "rozum betonu nie skruszy". Również z tego powodu spadkobiercy idei Sir Roberta Peela są tak zaniepokojeni. Podobnie jak polityka Metternicha doprowadziła do klęski sił konserwatywnych na całym świecie w 1848 roku, tak samo traktowane są przez spadkobierców Peela plany Busha - ich konsekwencje będą równie druzgocące, a może i jeszcze gorsze. Klęska jest coraz bliżej.

Może pewnego dnia dojdzie do apokaliptycznej konfrontacji między lewicą a prawicą. Na razie jednak sugerowałbym baczną obserwację zmagań między "metternichowską" a "peelowską" wersją sił na prawo od centrum. Zdaniem tej pierwszej stawką jest porządek na świecie, zdaniem tej drugiej - przetrwanie systemu kapitalistycznego.

Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.
 

Wrocław, 04.06.2003