Immanuel Wallerstein
Droga donikąd

(komentarz nr 115, 15 czerwca 2003)

Prezydent Bush w tym miesiącu w Aqabie zaprezentował "mapę drogową" wiodącą do pokoju w Izraelu (Palestynie). Już kilka dni później okazało się, że jest ona dość sfatygowana. Stare chińskie przysłowie mówi: "jeśli nie wiesz, dokąd zmierzasz, to zaprowadzą cię tam wszystkie drogi". Administracja Busha oficjalnie, a pewnie i nieoficjalnie, nie ma ani krzty pewności, dokąd zmierza. Oficjalna linia USA brzmi, że będą one próbowały zachęcać do negocjacji i przyjmą każde rozwiązanie, które będzie do zaakceptowania dla obu stron. Stany Zjednoczone twierdzą, że starają się jedynie stworzyć podwaliny dla ostatecznego i definitywnego kompromisu, który będzie musiał być osiągnięty samodzielne przez zainteresowane strony.

Prezydent Bush od dwóch lat powtarzał, że nie chce angażować się osobiście w te negocjacje - coś, co żywo pochłaniało prezydenta Clintona (a także prezydenta Cartera). Ale teraz właśnie to zrobił. Dlaczego? Może po prostu z powodu obietnic, które złożył wielu ludziom, że gdy tylko zostanie podbity Irak, podejmie konkretne starania w tej sprawie. Obiecał to Blairowi. Obiecał to tak zwanym umiarkowanym przywódcom arabskim. I prawdopodobnie obiecał to Powellowi.

Zwołując pierwsze zebranie w tej sprawie, liczył na osiągnięcie dwóch celów. Po pierwsze, że władze Autonomii Palestyńskiej będą za wszelką cenę chciały uzyskać jakiś kompromis, nieważne jakiego rodzaju. W przeciwnym razie szybko utraciłyby posiadany mandat. Sharon boi się, czy uda mu się utrzymać poparcie ze strony USA w 99 procent przypadków swoich działań - będzie zatem musiał wykonać jakieś gesty, które mu to zagwarantują. Spotkanie się odbyło, wykonane zostały absolutnie minimalne koncesje z obu stron, uczestnicy udali się do domów, a zaraz potem doszło do takiego nasilenia przemocy, jak nigdy wcześniej.

Żarty na bok. Gdzie się znajdujemy 55 lat po utworzeniu Państwa Izrael? Palestyńczycy czują się opuszczeni przez cały świat i niezdolni do uzyskania jakichkolwiek stanowczych koncesji ze strony rządu izraelskiego. Obawiają się, że nie mają co nawet marzyć o suwerennym państwie palestyńskim w ciągu najbliższej dekady. Ci, którzy opowiadają się za bezwzględnym oporem i zniszczeniem Państwa Izrael - na przykład Hamas - okazują się jedynym znaczącym graczem w tej rozgrywce. Bez wątpienia większość Palestyńczyków wolałaby rozwiązanie, które oznaczałoby kres przemocy, ale stracili oni nadzieję, że w momencie zakończenia walki zyskaliby cokolwiek na drodze rozwiązań politycznych.

Wszystkie te mroczne oceny odpowiadają nastrojom w Izraelu. Sondaże pokazują, że 60 procent Żydów z Izraela za cenę pokoju gotowych jest do rezygnacji z polityki osadnictwa i powrotu do granic z 1967 roku. Jednocześnie te same badania dowodzą, że z tych 60 procent połowa lub nawet więcej nie wierzy już, że ustępstwa, na które skłonni są oni przystać, doprowadzą do pokoju takiego, o którym marzą. I tak, w rzeczywistości, ani myślą oferować jakichkolwiek koncesji na rzecz Palestyńczyków, czy też - już nie są gotowi zgodzić się na takie koncesje.

Wydaje się przesądzone, że gdy tylko Sharon lub Abbas wykażą jakiekolwiek zainteresowanie zajęciem kompromisowego stanowiska (przede wszystkim w celu sprawienia satysfakcji Bushowi), będą musieli spotkać się ze zdecydowanym, i dramatycznym, sprzeciwem ze strony opozycji w swoich społeczeństwach, na tyle silnej, że jest ona w stanie uznać za zdradę nawet najmniej znaczące kompromisy. To samo odnosi się do Busha. Gdy postanowił zmniejszyć swoje poparcie dla Izraela z 99 do 98 procent, spotkał się z gwałtownym niezadowoleniem w Stanach Zjednoczonych.

Mamy do czynienia z sytuacją, w której prym wiodą, z jednej strony, najbardziej radykalne siły po stronie Izraela oraz najbardziej oporne ugrupowania po stronie palestyńskiej, ale równocześnie w Stanach Zjednoczonych kluczowy głos należy do stronnictw zdecydowanie pro-izraelskich. Podbój Iraku przez USA, jak można było łatwo przewidzieć, pogłębił jeszcze ten problem, zamiast stać się krokiem w kierunku jego rozwiązania.

Znajdujemy się zatem w absolutnym politycznym pacie. Pewnie już niedługo wszyscy to przyznają. Co wtedy? Nie należy oczekiwać szczęśliwych nowin. Izraelczycy użyją jeszcze większej siły i mogą rozpocząć proces wydalania Palestyńczyków z kraju. A ponieważ dysponują aktualnie takimi możliwościami, uda im się to - co będzie oznaczało przejęcie kontroli nad całym terytorium palestyńskim i rozpoczęcie jego okupacji w ramach takiej czy innej wersji stanu wojennego. Palestyńczycy będą, jak do tej pory, reagowali, ale, również jak do tej pory, ich intifada będzie przynosiła niewielkie skutki: aby tego typu przemoc mogła zmienić cokolwiek, potrzebna jest właściwa reakcja ze strony "odpowiedzialnego" świata, którego brak.

W takich warunkach konflikt izraelsko-palestyński zacznie przyjmować postać walki pan-arabskiej czy pan-muzułmańskiej - od Maroko do Indonezji, a zwłaszcza, najbardziej trafnie i wprost, w Iraku, Libanie i Egipcie. A gdy do tego dojdzie, istnienie Państwa Izrael stanie pod wielkim znakiem zapytania - po raz pierwszy od 1948 roku. Arabowie stwierdzą, że Żydzi w historii byli już dwukrotnie wyrzucani z tego terytorium, i uczynią to po raz trzeci.

Czy ktokolwiek dzisiaj mógłby zapobiec spełnieniu się tego scenariusza? Prawdopodobnie Stany Zjednoczone wciąż dysponują potencjałem, który by to umożliwiał, przynajmniej do pewnego stopnia. Ale to wymagałoby zmianę polityki USA, zwłaszcza w wydaniu Busha, o 180 stopni, co jest faktycznie nie do pomyślenia. Zmiana taka, co do tego jedynego przypadku, oznaczałaby konieczność weryfikacji polityki w stosunku do wielu innych zapalnych kwestii na całym świecie. A to doprowadziłoby do prawdziwego trzęsienia ziemi w świecie geopolityki.

Nie zawsze byłem takim pesymistą. Pod koniec lat 80-tych przewidywałem istnienie nie tylko możliwości, ale i realnych warunków do realizacji rozwiązania dwu-narodowego. Pamiętam, że zapowiadałem (niestety myliłem się), że właściwe porozumienie izraelsko-palestyńskie zostanie osiągnięte z pewnością długo przed zakończeniem apartheidu w Afryce Południowej. Rozwój sytuacji na świecie doprowadził do zaprzepaszczenia tych szans, a większość zarówno uczestników, jak i obserwatorów tego sporu marnuje dzisiaj energię na poszukiwanie winnych obecnych niepowodzeń. Czy po takie krwawej porażce powinno mieć to jakiekolwiek znaczenie? Czy ktokolwiek naprawdę słucha, myśli o tym? Czy wszyscy są pewni, że osiągną sukces bez radykalnej rewizji swoich stanowisk? Niestety, wygląda, że tak.

Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.
 

Wrocław, 28.06.2003