Immanuel Wallerstein
Pomysły na odnalezienie zagubionej broni

(komentarz nr 116, 1 lipca 2003)

Niezdolność Stanów Zjednoczonych do odnalezienia słynnych irackich arsenałów "Broni Masowego Rażenia" (w skrócie, którym posługuje się prasa - BMR) okazała się dla reżimu Busha niezręcza, a jeszcze bardziej kłopotliwa dla Tony Blaira (oraz rządu hiszpańskiego). Śpiesząc się w celu znalezienia usprawiedliwienia dla wojny, można to powiedzieć bez skrupułów, rządy USA i UK okazały się aroganckie, możliwe też, że cały czas bez ogródek kłamały.

Jaki to ma sens, i co tak naprawdę znaczy? Z problemem tym związanych jest szereg wzajemnie powiązanych pytań. Jedno z nich - jak dużo, jeśli w ogóle, Saddam Husajn miał faktycznie broni masowego rażenia, i kiedy to było? Po drugie, jeśli posiadał ją, dlaczego jej nie użył? Po trzecie, skoro rzeczywiście broń istniała, to gdzie się ona podziała? Czwarte pytanie odnosi się do tego, na ile dla Busha i Blaira argument posiadania broni przez Husajna był naprawdę kluczowy? Po piąte, na ile świat dziś, gdy żołnierze USA stacjonują w Bagdadzie, jest bezpieczniejszy w sensie zagrożenia, które rzekomo stanowiło istnienie arsenałów Husajna. To dość poplątany kłębek niepewności i wątpliwości, niestety w interesie wielu ludzi leży, aby pozostał on dalej poplątany - i tym samym odporny na analityczną krytykę.

Jak wiele broni miał Husajn? Rumsfeld pokazuje, że przed wojną nikt (nawet krytycy polityki USA) nie wątpił, że faktycznie ona istnieje, skąd więc cała ta wrzawa związana z brakiem dostarczenia dowodów dzisiaj? Arsenały były, są i z pewnością zostaną odnalezione, twierdzi. Faktycznie, ma częściowo rację. Niewielu kwestionowało istnienie jakiejś broni. Sam w to wierzyłem. Pytanie tylko, czy oznaczała ona poważne i nagłe zagrożenie dla świata. USA twierdziły, że tak. Reszta świata jednak w stosunku do tego stanowiska okazywała wyraźny sceptycyzm.

Wszystko wskazuje na to, że Saddamowi w miesiącach poprzedzających wybuch wojny udało się zlikwidować większą część, a może i całość, arsenału, który wcześniej posiadał. Bez wątpienia zrobił to pod wpływem nacisku, który nań wywierano, ale w takim razie dokładnie to mieli na myśli Hans Blix i przedstawiciele rządu francuskiego, mówiąc, że inspekcje ONZ przynosiły skutek. Rzekomo USA udało się dotrzeć do jednego z naukowców irackich, który przyznał, że szczegółowa dokumentacja na temat konstruowania broni atomowej została zakopana w jego ogrodzie - ponad dziesięć lat temu. Rzekomo stwierdził on, że Saddam wydał taki rozkaz, ponieważ planował powrót do realizacji swoich zamiarów, gdy tylko zniesiono by sankcje. Brzmi to dla mnie całkiem przekonująco. Ale - jakie to ma znaczenie? Jeszcze wrócimy do tego pytania.

Czy Saddam faktycznie posiadał broń operacyjną? Przypomnijmy sobie, jak Tony Blair przekonywał Parlament, że jeśli tylko przywódca iracki tak by zadecydował, byłaby ona gotowa do użycia w ciągu 45 minut. Dlaczego zatem nie skorzystał z tej możliwości? Z pewnością, użycie tej broni przyniosłoby jakieś efekty. Gdy weźmiemy pod uwagę scenariusz, przed którym ostrzegały nas USA, pytanie to pozostaje bez odpowiedzi. Może Saddam wykazał się jeszcze większych sprytem? Może doszedł do wniosku, że w momencie zaangażowania swojego arsenału musiałby się liczyć z niechybną przegraną w wojnie, która by potem nastąpiła? Bardzo ważne byłoby dla niego zachowanie jak największej ilości sprzymierzeńców, na co nie mógłby prawdopodobnie liczyć z chwilą użycia broni masowego rażenia. W takim razie, może nakazał im tymczasową kapitulację, po której mogliby rozpocząć czy inicjować akcje zaczepne nakierowane po pierwsze na sianie niepokoju, a po drugie - na zniszczenie infrastruktury i wszelkich dokumentów "reżimowych". Ale wówczas mógłby zapanować prawdziwy chaos, z którym USA z pewnością nie są, w sensie politycznym, w stanie się uporać (biorąc zwłaszcza pod uwagę złożony charakter napięć społecznych w Iraku). Rozpocząłby się etap wycieńczającej wojny partyzanckiej. Niemożliwe, żeby Saddam był aż tak wyrachowany? Kto wie? Może sytuacja rozwinęła się w tym samym kierunku bez udziału byłego przywódcy irackiego?

Jeśli jednak Saddam posiadał swój arsenał, to co się z nim stało? Wersja z planami zakopanymi w ogrodzie i dwiema ciężarówkami, za pomocą których przetransportowano rzekomo broń biologiczną do miejsca, z którego ma być użyta w przyszłości (i które, tak na marginesie, zostały sprzedane Saddamowi przez Brytyjczyków) powinna w ciągu dwóch miesięcy poszukiwań zostać bez problemu zweryfikowana. Zdaję sobie sprawę, że Irak to ogromny kraj, ale przecież siły zbrojne Stanów Zjednoczonych powinny być w stanie dokonać tego typu operacji sprawnie, biorąc pod uwagę fakt, że USA, jak twierdzono, jeszcze zanim rozpoczęła się wojna, posiadały niepodważalne raporty wywiadowcze na temat miejsca składowania tej broni. A może znajduje się ona w Syrii? Wątpliwe. Jeśli by tak było, w tej chwili z pewnością znajdowałyby się tam również i oddziały amerykańskie. A może pojawi się pewnego dnia gdzieś na pustynnym horyzoncie? Możliwe. Dlaczego w związku z tym USA tak stanowczo odpiera pomysł, aby rozpocząć na nowo misję inspektorów ONZ w celu jej zlokalizowania? Wszystko to wygląda dość dwuznacznie.

Ale czy USA były kiedykolwiek tak naprawdę zainteresowane, czy Irak rzeczywiście posiada broń masowego rażenia? Odpowiedź - i tak, i nie. Nie pod jednym, bardzo istotnym względem. Jastrzębie z USA chciały dokonać inwazji na Irak dla niej samej, innymi słowy - po to, aby pokazać światu, że Stany Zjednoczone mogą i potrafią tego dokonać tylko dlatego, że kraj ten jest wstrętnym antyamerykańskim punktem zapalnym na Bliskim Wschodzie. Nawet jeśli każdy członek gabinetu Busha wiedziałby doskonale, że nie było i nigdy nie mogło tam być żadnej broni masowego rażenia, USA i tak najechałyby na Irak. Przecież Wolfowitz wyraźnie stwierdził, że tak mocne akcentowanie kwestii broni masowego rażenia była jedynie rodzajem biurokratycznej uprzejmości, czyli argumentacją nastawioną na przekonanie opornych z kongresie USA do publicznego poparcia wszelkich działań militarnych, a nie faktyczną racją prowadzącą do wojny.

Z drugiej strony faktycznie - USA były zaniepokojone możliwością istnienia arsenału broni masowego rażenia w Iraku, ale tylko w tym sensie, że nie uśmiecha się im wizja, aby jakiekolwiek państwo czy potęga w tym świecie były w stanie ograniczać w jakimkolwiek sensie, zwłaszcza militarnym, politykę Stanów Zjednoczonych. Oznacza to, że, jak wciąż starałem się to dowieść, USA nie mogą zaakceptować jakiejkolwiek postaci Unii Europejskiej, która okazałaby się politycznie niezależna od USA. Nie mogą też tolerować jakiegokolwiek kraju, który posiada broń atomową.

Oczywiście jest kilka państw - Wielka Brytania, Rosja, Francja, Chiny, Indie, Pakistan i Izrael - które posiadają broń atomową. USA zdają sobie sprawę, że czasu nie cofną, nawet jeśli bardzo by się postarały. Polityka USA ma raczej na celu powstrzymanie wszelkich prób na świecie, w przypadku wszystkich innych podejrzanych krajów, które mogłyby doprowadzić do stworzenia "niekontrolowanej" broni atomowej w ciągu najbliższych dziesięciu lat. I nie chodzi tu tylko o Koreę Północną czy Iran, ani nawet o Libię, Egipt czy Algierię. Dotyczy to również Japonii, Korei Południowej, Kazachstanu, Ukrainy, Białorusi, Niemiec, Afryki Południowej, Brazylii i Argentyny. Lista jest dość długa, ale możliwa, że mogłoby się znaleźć na niej również jeszcze kilka innych państw.

Rozumowanie, którym kierują się przywódcy USA jest proste. Szkody spowodowane przez nawet niewielką bombę atomową eksplodującą w czasie potencjalnej okazałyby się wystarczające, żeby koszty działań militarnych USA nagle wzrosły znacznie, prawdopodobnie powyżej możliwego do zaakceptowania poziomu. Tak dużo mówi się dzisiaj na temat niesymetrycznych wojen, co oznacza, że Ameryka tak bardzo wyprzedziła inne kraje pod względem potencjału wojskowego, że bez problemu wyszłaby zwycięsko z każdej opresji. Jednak tak zwana BMR mogłaby naruszyć tę asymetrię, biorąc zwłaszcza pod uwagę to, jakie polityczne konsekwencje użycia tej broni przez inne kraje przeciwko USA wiązałyby się z tym dla opinii publicznej w USA i jej gotowości dla popierania działań militarnych.

Trudno w związku z tym dziwić się zapalczywości, z jaką USA walczą przeciwko rozprzestrzenienia broni masowego rażenia. Mimo to należy te usiłowania uznać za walkę z wiatrakami. Po pierwsze, zmiana rządu (zmiana ekipy rządzącej) przecież zupełnie nie rozwiązuje problemu. Pamiętajmy, że realizowany dziś w Iranie program nuklearny nie został zapoczątkowany przez ajatollahów, ale przez Szacha, którego USA osadziły na tamtejszym "tronie". Sprzyjał mu również Izrael, który postrzegał Iran jako zaporę dla polityki Iraku. Nie zapomnijmy też, że program rozwijania broni biologicznej przez Irak był wspierany i zalecany przez Brytyjczyków i Amerykanów, którzy widzieli w Iraku szansę na powstrzymanie zapędów Iranu. I tak dalej.

Inwazja amerykańska na Irak nie opóźniła, ale przyspieszyła realizację programów budowy BMR na całym świecie. Jednocześnie USA zdecydowały się na, długotrwałą i wyczerpującą - jak można wnioskować, okupację Iraku, która raczej osłabiła, a nie wzmocniła, możliwość obrony interesów tego mocarstwa w innych rejonach świata. 30 czerwca Financial Times zadał pytanie, czy Irak stanie się Czeczenią Busha. Cyniczne argumenty na temat BMR w sprawie Husajna z pewnością obrócą się przeciwko Bushowi, gdy tylko żołnierze amerykańscy zaczną coraz częściej znajdować się na linii ognia w wojnie partyzanckiej, która właśnie się rozpoczęła.

George W. Bush nauczy się tego, co wie każdy przywódca. Potęga ma swoje granice, zwłaszcza wtedy, gdy nie korzysta się z niej roztropnie i mądrze. W najnowszej historii chyba dawno już nikt nie korzystał ze swojej potęgi tak lekkomyślnie i niefrasobliwie.

 

Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.
 

Wrocław, 02.07.2003