Immanuel Wallerstein
Wieloznaczność wolnego handlu

(komentarz nr 127, 15 grudnia 2003)

Dyskusja na temat wolnego rynku i protekcjonizmu trwa od 500 lat - całą historię naszego nowoczesnego systemu-świata. Argument na rzecz wolnego rynku brzmi, że był on zawsze skutkiem maksymalnej konkurencji, dzięki czemu prowadził do największej wydajności produkcji, a więcej do spadku cen i w konsekwencji - samych korzyści dla konsumenta. Argument na rzecz protekcjonizmu głosi, że wolny rynek źle wpływa na kondycję poszczególnych gospodarek narodowych, tak w krótszej, jak i w dalszej perspektywie. W krótszej perspektywie prowadzi do wzrostu bezrobocia i upadku lokalnej przedsiębiorczości. W dalszej natomiast oznacza złapanie słabych krajów w pułapkę taniej aktywności ekonomicznej.

Oczywiście, obydwie strony mają do pewnego stopnia rację. Jednak abstrakcyjne cnoty wolnego handlu czy protekcjonizmu nigdy nie wpływały na to, co tak naprawdę miało miejsce. W rzeczywistości kwestia ta ma zarówno znaczenie ekonomiczne, jak i polityczne. Kraje, które w danym momencie historii są wyjątkowo wydajne w sensie produkcyjności to zwykle kraje, które głoszą cnoty wolnego handlu. Wolny handel z pewnością służy ich interesom. Oznacza, że mogą sprzedawać swoje towary na rynkach zagranicznych bez ciężarów w postaci taryf celnych czy innych barier. Dzięki niemu są w stanie inwestować nadwyżki kapitału w innych państwach. Kraje, które są dość silne ekonomicznie, ale słabsze od tych najpotężniejszych zwykle opowiadają się za protekcjonizmem. Wydaje im się, że jeśli będą chroniły przez jakiś czas swoje rynki przed konkurencją ze strony producentów najsilniejszych państw, uda im się polepszyć własną wydajność i stworzyć na tyle mocny rynek wewnętrzny, że będzie on w stanie znieść otwartą rywalizację. Protekcjonizm to w tym przypadku jedynie kwestia czasu - nie jest on częścią stałej polityki. Kraje naprawdę słabe gospodarczo są zwykle niezdolne politycznie do ucieczki przed protekcjonizmem.

Niejednoznaczność pojawia się, gdy spojrzymy na silne państwa, głoszące cnoty wolnego handlu. Opowiadają się one za wolnym handlem tylko do pewnego momentu. Przykładowo, w siedemnastym wieku Holandia (zwana wówczas Zjednoczonymi Prowincjami), która była najbardziej wydajna w sensie produkcji (i handlu) w Europie, starała się szerzyć idee wolnego handlu, zwłaszcza w odniesieniu do słabszej Anglii i Francji. Jednocześnie jednak Holendrzy nie unikali ochraniania pewnych rynków. W roku 1663 Sir George Downing, brytyjski mąż stanu, wypominał im: "W przypadku morza brytyjskiego jest to mare liberum (otwarte morze), ale w przypadku wybrzeży Afryki i Indii Wschodnich to mare clausum (zamknięte morze)". Brytyjczycy musieli stoczyć trzy wojny morskie z Holendrami, aby w ogóle móc zacząć się liczyć na arenie światowego handlu.

Historia dzisiaj się powtarza. Stany Zjednoczone po 1945 roku były najbardziej efektywnym producentem i oczywiście faworyzowały wolny handel. Jednak w celu konsolidacji sojuszu politycznego skierowanego przeciwko Związkowi Radzieckiemu, pozwoliły Europie Zachodniej, Japonii, Tajwanowi i Korei Południowej na realizację programów protekcjonistycznych. Dzięki temu kraje te mogły umacniać się gospodarczo - do pewnego momentu. Gdy w latach 1970-tych ich rozwój zaczął zagrażać pozycji Stanów Zjednoczonych jako głównej potęgi ekonomicznej na świecie, USA przypuściły atak na protekcjonizm. Jednocześnie, właśnie ze względu na problemy ekonomiczne, zaczęły wcielać programy protekcjonistyczne w celu ratowania sektora produkcyjnego. Rząd amerykański, podobnie jak rządy innych państw, musiał zmierzyć się z naciskami politycznymi we własnym kraju, aby chronić miejsca pracy i zabezpieczyć zyski dla krajowych przedsiębiorców.

Stany Zjednoczone skoncentrowały swoją uwagę na tak zwanych "rynkach wschodzących", który to termin odnosił się do kilku największych państw Południa - Malezji i Indonezji, Indii i Pakistanu, Egiptu i Turcji, Afryki Południowej i Nigerii, Brazylii i Argentyny. USA starały się uczynić z tych krajów rynki zbytu dla towarów amerykańskich - produktów przemysłowych, usług informatycznych i biotechnologii - oraz transakcji finansowych. Jednak wszystkie te państwa były nastawione na realizację ideologii rozwoju, która oznaczała oparcie się na polityce protekcjonizmu. Stany Zjednoczone musiały im w związku z tym wytłumaczyć, że w epoce "globalizacji" praktyki tego typu to coś nieprzyzwoitego i nadzwyczaj nieefektywnego. Rynki wschodzące musiały otworzyć się na wolny rynek, czyli inwestycje i aktywność ekonomiczną USA (oraz innych krajów).

Głównymi narzędziami użytymi w celu wymuszenia zgody na ten nowy ład stały się Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Skarb USA oraz Światowa Organizacja Handlu (ŚOH), które ustanowiły zasady przymusowej realizacji założeń wolnego rynku. Zasady te miały oczywiście z założenia stosować się do innych, a niekoniecznie do samych Stanów Zjednoczonych. Problem z zasadami polega jednak na tym, że mogą się nimi posłużyć również inni. Kiedy USA (oraz Europa Zachodnia) starały się zastosować nowe reguły dla wschodzących rynków, spotkały się z oporem w Cancun, gdzie Brazylijczycy stanęli na czele koalicji średnio-rozwiniętych gospodarczo krajów, domagających się, aby reguły te działały w dwie strony - to znaczy, jeśli Południe miałoby zmniejszyć przeszkody dla wolnego handlu, USA oraz pozostałe kraje Północy powinny uczynić to samo (porównaj Komentarz nr 122, 15 października 2003). USA nie przystały na tę propozycję - spotkanie w Cancun zakończyło się fiaskiem.

Ale USA zaczęło trapić jeszcze większe zmartwienie. Europa (oraz inne kraje Północy) wyrażała swoje niezadowolenie rozwojem protekcjonizmu w USA, który zaczął dotykać bezpośrednio ich interesów. Gdy George W. Bush nałożył cło na stal, w celu ochrony producentów amerykańskich w stanach najważniejszych dla niego pod względem wyborczym (Zachodnia Wirginia i Ohio), Europejczycy wnieśli do trybunału ŚOH sprawę przeciwko Stanom Zjednoczonym, oskarżając je o gwałcenie traktatów, które stanowią fundament tej organizacji. Odniosły zwycięstwo i zyskały prawo do stworzenia własnych taryf obronnych. Zapowiedziały ich zastosowanie przeciwko importowi produktów z innych stanów USA, ważnych dla George'a Busha (takich jak Floryda czy Michigan). W konsekwencji George Bush musiał przełknąć zniewagę i cofnąć cła. Jednak to nie wystarczyło Europejczykom. Zapowiedzieli posłużenie się taryfami obronnymi, jeśli USA nie powstrzymają się od polityki ulg podatkowych oferowanych korporacjom amerykańskim działającym za granicą. One również naruszały postanowienia ŚOH.

Ale okazało się, że i to nie wystarczyło. Gdy Beorge Bush zapowiedział, że nie dopuści Francuzów, Niemców, Rosjan i Kanadyjczyków do udziału w kontraktach związanych z programem odbudowy Iraku, natychmiast podniesiono, że i tego typu restrykcje stoją w sprzeczności z traktatami ŚOH. Nagle okazało się, że ŚOH - twór i triumfalne osiągnięcie USA - staje się ciężarem u nogi Stanów Zjednoczonych. Wolny handel to oczywiście wspaniały wynalazek, pod warunkiem, że samemu nie ponosi się negatywnych skutków jego realizacji.

Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.
 

Wrocław, 20.01.2004