Immanuel Wallerstein
Geopolityczne zawirowania na Bliskim Wschodzie

(komentarz nr 140, 1 lipca 2004)

Naród iracki odzyskał swoją suwerenność. W pewnym sensie. Co dalej? Wszyscy zastanawiają się, czy teraz nareszcie wojna partyzancka przeciwko USA osłabnie. Bardzo wątpliwe. Jeśli tak się nie stanie, to czego należy oczekiwać w najbliższych sześciu miesiącach i sześciu latach? Istnieją cztery kluczowe, wzajemnie ze sobą powiązane punkty destabilizacji i potencjalne przyczyny poważnych przemian.

Pierwsze pytanie dotyczy kwestii, czy możliwe jest stworzenie w Iraku stabilnego rządu. Na razie bez wątpienia mamy do czynienia z faktem powrotu na arenę polityczną irackiego nacjonalizmu. Jedyna rzecz, co do której zarówno szyici, jak i sunnici - tak duchowni, jak i świeccy - mogą się zgodzić, to uznanie konieczności odtworzenia Iraku jako zjednoczonego państwa, samodzielnego gospodarczo i odgrywającego kluczową rolę w świecie arabskim. Niewielu przywódców szyickich czy sunnickich jest zainteresowanych systemem wielopartyjnym, ze zmieniającymi się rządami i powszechnym przyznaniem swobód obywatelskich. Przeciwnie, większość z nich pragnie silnego państwa. Najbardziej prawdopodobny jest zatem scenariusz powołania do życia neo-baasistowskiego tworu, który od poprzedniego reżimu będzie się różnił pod trzema względami. Po pierwsze będzie to wspólna inicjatywa szyitów i sunnitów (a nie jedynie sunnicka). Oparta ona będzie na islamie - w przeciwieństwie do klasycznego, świeckiego modelu partii BAAS (pierwszymi ofiarami tej zmiany będą kobiety). Sam Iyad Allawi chce pretendować do roli nowego Saddama - którym się stanie po zlikwidowaniu poprzedniego przywódcy, w wyniku szybkiego, prawdopodobnie zamkniętego dla opinii publicznej, procesu.

Czy taki rozwój wypadków będzie bardziej pomyślny dla Irakijczyków czy dla rządu Stanów Zjednoczonych? Wątpliwe. W chwili obecnej przywódcy iraccy nie myślą raczej o szybkim pozbyciu się sił amerykańskich. Jak na razie również nic nie wskazuje na zakończenie okupacji przez USA. Jednak korzyści z obecności w Iraku obcych wojsk dla rządu irackiego coraz bardziej słabną, właściwie z każdym dniem pojawiają się kolejne dowody na jej "nieprzydatność". Możliwe zatem, że w perspektywie 6-12 miesięcy rząd Iraku (bez względy na jego kompozycję) poprosi o wycofanie sił okupacyjnych, na co również USA zgodzą się bez zbytnich oporów. Czy dojdzie wówczas do wyborów? Trudno powiedzieć.

Kolejnym elementem destabilizacji regionu jest los Kurdów. W planach nowego rządu Iraku nie ma miejsca na kurdyjskie idee na temat ustroju federalnego, a Kurdowie nie uznają żadnego rządu, jeśli ten nie zapewni im tego, co ich zdaniem słusznie im się należy. Kurdowie stanowią znaczną część mieszkańców kraju. W większości są to sunniccy muzułmanie, jednak jak do tej pory tendencje islamistyczne wśród nich nie odgrywały zbyt wielkiej roli. Oczekiwania wszystkich Kurdów należałoby raczej wpisać w klasyczne definicje nacjonalizmu. Posiadają historię pełną bólu i rozczarowań. Nadzieje na ustanowienie suwerennego państwa pojawiły się dla nich tuż po pierwszej wojnie światowej, w perspektywie upadku Imperium Osmańskiego. Jednakże nie okazali się ani wystarczająco zorganizowani, ani przydatni dla mocarstw światowych, żeby oczekiwania ich mogły zostać spełnione. W efekcie zostali podzieleni terytorialnie między poszczególne państwa - głównie Turcję, Syrię, Irak i Iran - z których żadne nie traktuje ich tak, jakby sobie tego życzyli.

W ten sposób, już od dłuższego czasu są zmuszeni realizować program nacjonalistycznej rebelii, poszukując sojuszników wszędzie, gdzie to możliwe. Ostatnie trzydzieści lat nie było zbyt pomyślne dla ich zmagań. Aktualnie rozgrywają "kartę amerykańską", przekonując, że są najbardziej oddanym sojusznikiem USA w regionie. Nawet jeśli Stany w 1991 roku zdradziły ich, Kurdowie spróbowali ponownie, w roku 2003. Danielle Mitterand, gorąca orędowniczka kurdyjskiej sprawy ostrzegła ich, że USA to zbyt niepewny grunt, żeby opierać na nim jakąkolwiek strategię działania. Wygląda na to, że miała rację. Nawet jeśli administracji Busha zależy na wsparciu ze strony Kurdów, wydaje się, że jest ona bardziej zainteresowana stanowiskiem Ajatollaha Ali al-Sistani'ego. Jeśli miałaby wybierać, szybciej sprzymierzyłaby się z Ajatollahem. Tak naprawdę jednak USA nie mają zbyt wielkiego wyboru. Program lotów patrolowych wprowadzony w latach 90-tych ubiegłego wieku przeciwko polityce Saddam Husajna również stoi pod coraz większym znakiem zapytania.

Z wszystkiego tego Kurdowie zdają sobie sprawę. Coraz częściej dochodzą sygnały o ich poszukiwaniach pomocy ze strony kolejnego partnera, który nie cieszy się dobrą opinią na Bliskim Wschodzie - Izraela. Izrael nie ma nic przeciwko. Jednak nawet jeśli będzie on wstanie wygospodarować poważne środki techniczne czy polityczne, nie zaoferuje tego, na co Kurdowie liczą przede wszystkim - nie będzie w stanie wysłać sił zbrojnych. Poza tym w samym Izraelu może się nagle pojawić mnóstwo problemów, z którymi trzeba się będzie uporać. Rząd Sharona znajduje się w wyjątkowo trudnej sytuacji. I nawet jeśli plan wycofania się ze strefy Gazy jest posunięciem czysto taktycznym, wydaje się, że i tego nie będzie on w stanie zrealizować ze względu na naciski ze strony fanatycznych sił występujących w imieniu osadników.

Ale prawdziwy punkt zapalny znajduje się gdzieś indziej. Opór ze strony Palestyńczyków jest wciąż nieujarzmiony. Groteskowe posunięcia Sharona przeciwko Arafatowi wydają się gwarantować, że walka będzie przybierała coraz bardziej charakter religijny - czyli niechętny wszelkim kompromisom. Wyraźne wahnięcie na prawo na izraelskiej scenie politycznej może oznaczać pojawienie się impasu, dla którego nie znajdzie się żadne polityczne rozwiązanie. Sharonowi (ale też Peresowi i Barakowi) zawsze wydawało się, że czas działa na korzyść Izraela. Doprowadźmy do faktów dokonanych, które świat prędzej czy później będzie musiał uznać za prawomocne. Tak naprawdę jednak Izrael wcale nie ma czasu po swojej stronie.

Przynajmniej od trzydziestu lat kraj ten polega w dużej mierze na hojnym wsparciu dyplomatycznym, gospodarczym i militarnym ze strony Stanów Zjednoczonych. Więzy cały czas się zacieśniały. W trakcie aktualnej administracji Busha trudno stwierdzić istnienie jakichkolwiek różnic w polityce obydwu rządów. W polityce amerykańskiej Izrael stał się prawdziwym tabu. Wszyscy politycy popierają go praktycznie bezwarunkowo. Jak długo sytuacja taka może trwać?

Inwazja na Irak ze strony Busha stanowi dla Izraela twardy orzech do zgryzienia. Okazała się ona kompletnym fiaskiem. Z każdym dniem poparcie dla niej ze strony amerykańskiej opinii publicznej topnieje. Z najnowszych badań wynika, że po raz pierwszy od rozpoczęcia akcji większość Amerykanów sądzi, że okupacja była błędem. Nawet przedstawiciele establishmentu, tacy jak senator Fritz Hollings są w stanie wyrazić swoje wątpliwości w artykułach publikowanych na pierwszych stronach gazet, w których oznajmiają, że "Stany Zjednoczone straciły swoją moralną wiarygodność". Podczas gdy w USA trwa debata nad przyszłością polityki w sprawie Iraku, równocześnie wśród obywateli tego kraju mogą pojawić się wątpliwości co do bezwarunkowego poparcia dla Izraela. Jeśli zyskają one taki wymiar, jak w przypadku opinii publicznej w Europie, Izrael może znaleźć się w tarapatach.

W ten sposób przechodzimy do czwartego czynnika, który może istotnie wpłynąć na przemiany na Bliskim Wschodzie - Iranu. Iran to jedno z najważniejszych "pół-mocarstw” systemu-świata. Posiada liczną populację oraz bogactwa. Jego kadry są znakomicie wykształcone. Jest dziedzicem bardzo starej cywilizacji. Ponadto jego terytorium stanowi główną, obok południa Iraku, ojczyznę szyizmu. Oczywiście nie brakuje w nim problemów wewnętrznych, takich jak autorytarne rządy duchownych, z którymi nie zgadza się znaczna część obywateli. Jednak fakt ten może mieć marginalne znaczenie dla siły geopolitycznej tego kraju - podobnie jak w przypadku Chin, których potęga na arenie międzynarodowej nie jest w najmniejszym stopniu naruszona przez rygorystyczny ustrój i politykę wewnętrzną.

Priorytetową kwestią dla mocarstw światowych co do znaczenia Iranu dzisiaj jest broń atomowa. Zgadzam się z tymi, których zdaniem Iran prezentuje ambiwalentne stanowisko w tej sprawie. Z pewnością realizuje on swój program budowy potencjału nuklearnego. Zawsze powtarzałem, że w ciągu najbliższych lat możemy spodziewać się pierwszych próbnych eksplozji irańskich bomb atomowych. W ten sposób kraj ten dołączy do "klubu atomowego", z czego zdają sobie sprawę również członkowie tej nieoficjalnej organizacji.

Jest to nieodwracalne. Po pierwsze dlatego, że Iranu nie da się w tej sprawie łatwo zastraszyć. Nawet jeśli w przypadku Korei Północnej polityka ta może zadziałać, Iran pozostanie niewzruszony. Z drugiej strony wydaje się, że kraj ten faktycznie bardzo potrzebuje nowego źródła energii, dzięki któremu mógłby wejść na drogę błyskawicznego rozwoju przemysłowego. Co najważniejsze jednak, Iran otaczają ze wszystkich stron, dosłownie lub pośrednio, mocarstwa nuklearne - Indie, Pakistan, Chiny, Rosja, Izrael, no i oczywiście Stany Zjednoczone. Każdy przywódca irański, który w takich warunkach nie pomyślałby o broni jądrowej musiałby zostać określony jako nieodpowiedzialny. No i nie bardzo wiadomo, dlaczego Irańczycy mieli zgodzić się, że prawo do członkostwa w klubie nuklearnym należy się Indiom, Pakistanowi, a przede wszystkim Izraelowi - a im nie.

Istnieje jedno poważne niebezpieczeństwo dla Iranu. Nie jest nim inwazja ze strony Stanów Zjednoczonych, które nie posiadają odpowiednich środków militarnych, nie mówiąc już o poparciu politycznym, żeby coś podobnego wcielić w życie. I to bez względu na ilość wyprodukowanych przez Iran bomb atomowych. Iran najbardziej obawia się ataków powietrznych ze strony Izraela, wycelowanych w swoje instalacje atomowe, tak jak to miało miejsce w przypadku bombardowań przeprowadzonych na Irak 7 czerwca 1981 roku. Izrael może myśleć o takiej akcji całkiem realnie. Problem polega jednak na tym, że świat od 1981 roku znacznie się zmienił. 23 lata temu Izrael otrzymał reprymendę od światowej opinii publicznej za to poważne naruszenie prawa międzynarodowego. Dzisiaj, po inwazji USA na Irak, musiałby się liczyć z mniejszą wyrozumiałością. Podniosłoby się prawdziwe larum. Jego skutki dla Izraela byłyby bardzo surowe. Nawet Stany Zjednoczone nie przebierałby w środkach. Niewielu przywódców politycznych, tak w USA, jak i w Europie, ma ochotę na jakąkolwiek konfrontację militarną z Iranem, który z pewnością użyłby jej do jeszcze większego umocnienia swojej pozycji w regionie, i tak już znacznej, nawet w stosunku do Iraku.

Administracja Busha wywołała pożar, za którego skutki będą musiały zapłacić zarówno USA, jak i Izrael. Nie o takim scenariuszu myśleli "neokoni".

Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.
 

Wrocław, 12.11.2004