Immanuel Wallerstein
Kocioł bliskowschodni - pięć kolejnych lat

(komentarz nr 148, 1 listopada 2004)

Bez względu na to, kto zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych, podstawowe dylematy w polityce na Bliskim Wschodzie przez następnych pięć lat pozostaną te same. Istnieją trzy punkty zapalne, potencjalne źródła wielkich przemian w tym okresie: Irak, Iran oraz Izrael/Palestyna.

Problemem związanym z Irakiem, który z pewnością będzie miał znaczenie dla przyszłości Iraku, Bliskiego Wschodu i całego świata jest pytanie o to, kiedy i w jakich warunkach zostaną z tego kraju wycofane wojska amerykańskie. Jak na razie obecność sił zbrojnych USA w Iraku okazuje się implantem chirurgicznym, który iracki organizm odrzuca. Wcześniej czy później będzie on musiał zostać usunięty, nawet jeśli pozostaną z niego same bazy. Istnieją tylko trzy możliwości realizacji wycofania sił USA z Iraku: na mocy autonomicznej decyzji rządu amerykańskiego, w wyniku prośby władz irackich, przez wymuszenie nasilającymi się rebeliami.

Pierwsza alternatywa z pewnością byłaby najbardziej pożądana, jeśli chodzi o interesy USA, Iraku i reszty świata. Jednocześnie jest ona najmniej prawdopodobna. Dla prezydenta USA podjęcie takiej decyzji, przynajmniej w 2005 czy 2006 roku, będzie niemożliwe w sensie politycznym, ponieważ zostałaby ona odebrana w kraju jako haniebna porażka. I faktycznie tak by było. Sentymenty antywojenne w Stanach Zjednoczonych są coraz wyraźniejsze, ale nie osiągnęły one jeszcze poziomu, na którym decyzja o wycofaniu się mogłaby zostać podjęta przez członków Kongresu bez żadnych obaw. Nawet przedstawiciele środowisk wojskowych, dla których cała idea inwazji na Irak była od początku do końca jednym wielkim nieporozumieniem, wycofanie w obecnym momencie uznaliby za ujmę na honorze sił zbrojnych USA. Swoje niezadowolenie z takiej decyzji wyraziliby również przywódcy innych krajów, którzy w pełni popierają działania amerykańskie - Blair, Berlusconi, Howard - ponieważ również w ich przypadku konsekwencje polityczne tak nagłej zmiany frontu mogłyby okazać się bardzo surowe.

Kolejna alternatywa - petycja ze strony rządu Iraku - wydaje się bardziej realna. Oczywiście zależy ona w pewnym stopniu od wydarzeń na scenie politycznej w samym Iraku. Wybory zapowiadane na styczeń przyszłego roku mogą zostać przeprowadzone nawet przy niewielkiej czy, jak to się może stać w niektórych regionach, zerowej frekwencji. W rzeczywistości wręcz musi do nich dojść - zbyt wielu ważnym osobom na nich zależy: tymczasowemu premierowi Iraku Iyadowi Allawi'emu, przywódcom kurdyjskim oraz Wielkiemu Ajatollahowi al-Sistani'emu, który ma nadzieję na wyłonienie się parlamentu zdominowanego przez szyitów.

Jednak wszystkie te ambicje nie zapewnią, że od stycznia w Iraku zacznie działać w pełni autorytatywny rząd. Po pierwsze bowiem, jeśli siły amerykańskie zdecydują się na zajęcie Falludży, do czego najwyraźniej trwają przygotowania, doprowadzi to nie tylko prawie na pewno do rezygnacji sunnitów z wzięcia udziału w wyborach, ale też grozi eksplozją nowych buntów w regionach zamieszkanych przez szyitów (Muktada al-Sadr wyraził swoje pełne poparcie dla wojowników z Falludży). Jeśli wybory dojdą do skutku pomimo wszystkich tych niepokojów, nie możemy mieć żadnej pewności, że Allawi'emu uda się utworzyć rządu, który będzie zdolny do działania. Możliwe, że zostanie on zastąpiony przez lidera pokroju al-Sistani'ego, znacznie mniej wiernego Stanom Zjednoczonym.

Bez względu na to, jaki rząd powstanie w Iraku w 2005 roku, z pewnością jego głównym celem będzie zapewnienie sobie poparcia obywateli i zdobycie odpowiedniej legitymizacji. Co może taki rząd zaoferować obywatelom, którzy mają dość obecności amerykańskich wojsk, czują się coraz mniej bezpieczni z powodu powstań i reakcji na nie ze strony USA, oraz bardzo ciężkiej sytuacji gospodarczej? Będzie miał do wyboru dwa rozwiązania: jeszcze bliższą współpracę z administratorem amerykańskim i siłami zbrojnymi, które reprezentuje, lub znaczne zdystansowanie się do wszelkich "obcych interesów".

Jak wynika z dotychczasowych doświadczeń, ta pierwsza opcja raczej nie przekładała się na wzrost legitymizacji władzy czy realną pomoc materialną z USA. Bardziej prawdopodobne jest zatem, że rząd iracki będzie musiał zwrócić się przeciwko Stanom Zjednoczonym. Z pewnością będzie do tego zachęcany, z wielu różnych powodów, przez swoich sąsiadów - Arabię Saudyjską, Jordanię, Syrię i Iran. Nawet jeśli stosunki Iraku z poszczególnymi rządami w krajach sąsiadujących są daleki od doskonałości, to może jednak będzie musiało dojść w tej dziedzinie do historycznego przełomu - pod wpływem nacisków z tych krajów, nacisków ze strony własnych obywateli oraz w wyniku coraz wyraźniejszych, fatalnych skutków polityki amerykańskiej.

Jeśli jednak rząd iracki nie zdecyduje się na ten krok, bojąc się o własne przetrwanie bez amerykańskiego wsparcia, to wówczas coraz bardziej będą się umacniały siły partyzanckie i w pewnym momencie to one staną się faktyczną władzą w tym kraju. Wówczas w Iraku może dojść do realizacji scenariusza ofensywy Tet. W takiej sytuacji USA mogą zostać zmuszone do przeprowadzenia ewakuacji swoich wojsk z Zielonej Strefy za pomocą helikopterów. Porażka będzie wówczas o wiele poważniejsza niż ta związana z samodzielnym ewentualnym wycofaniem się w 2005 roku.

Równocześnie mniej więcej w tym samym czasie dojdzie do dołączenia Iranu do "klubu atomowego". Iran to główna potęga w regionie, stanowiąca dodatkowo dziedzictwo jednej z najstarszych cywilizacji ludzkich. Jest krajem szyickim położonym na terytorium sunnickiego świata arabskiego i otoczonym przez mocarstwa atomowe. W celu zapewnienia sobie odpowiedniej pozycji, w pełni odpowiadającej jego aspiracjom, musi zdobyć broń atomową i uczyni wszystko, aby stało się to możliwe. Po drodze ku realizacji tego celu mogą pojawić się trzy przeszkody. Znaczna część opinii publicznej w USA i w Unii Europejskiej jest przeciwna tak wyraźnemu lekceważeniu układu o nierozprzestrzenianiu broni masowego rażenia. Ale to tylko opinia publiczna - najmniej ważny element, ponieważ ani USA, ani UE nie są w stanie uczynić nic, aby powstrzymać Iran.

Kolejne dwie przeszkody są znacznie poważniejsze. Pierwsza związana jest zpolityką wewnętrzną Iranu. Obecny rząd od ponad dziesięciu lat regularnie traci poparcie społeczne i legitymizację. Dzieje się tak z powodu represyjnej i fundamentalistycznej polityki. Nie oznacza to, że siły opozycyjne z konieczności sprzeciwiają się idei posiadania przez Iran arsenału jądrowego. Chodzi po prostu o to, że w momencie, gdy opozycja doprowadzi do wybuchu niepokojów w państwie, rządowi może nie udać się zmobilizować odpowiedniego poparcia dla swojego programu nuklearnego. Jak na razie jednak opozycja jest zbyt słaba, żeby mogła przyczynić się do większej destabilizacji wewnętrznej. Dodatkowo twarde stanowisko rządu w sprawach broni atomowej może spowodować odzyskanie zaufania obywateli.

Trzecia i najpoważniejsza przeszkoda to groźba ataku irańskich instalacji nuklearnych przez Izrael. Bez wątpienia, akcja taka może być rozważona przez rząd izraelski. Ale i tu należy rozważyć trzy kwestie. Czy Izrael byłby w stanie przeprowadzić tak skuteczne bombardowania, żeby doprowadziły one do paraliżu irańskich ośrodków? Czy możliwa jest odpowiedź ze strony Iranu, która dla Izraela okazałaby się jeszcze bardziej dotkliwa? I czy opinia publiczna na całym świecie (w tym również w USA) nie zareagowałaby na akcję Izraelczyków, inaczej niż miało to miejsce podczas izraelskich bombardowań Iraku w 1981 roku? A może zareagowałaby tak skutecznie, że Izrael stałby się państwem-banitą na arenie międzynarodowej?

Wątpię, żeby Izrael był w stanie sparaliżować swoimi atakami infrastrukturę nuklearną Iranu. Irańczycy prawdopodobnie rozmieścili swoje ośrodki po całym kraju w ten sposób, aby coś takiego nigdy nie mogło się wydarzyć. Nie wydaje mi się, żeby Iran był zdolny do kontrataku, który mógłby zagrozić Izraelowi w poważnym stopniu. Ale światowa opinia publiczna to coś, z czym Izrael musi się na pewno liczyć. Kraj ten przez ostatnie cztery lata i tak już znacznie stracił w oczach świata. Atak na Iran mógłby się okazać gwoździem do trumny. Sytuacja geopolityczna wygląda dzisiaj zupełnie inaczej niż przed dwudziestoma trzema laty. Jak pokazuje przykład Republiki Południowej Afryki, istnienie w postaci państwa-banity jest w sensie politycznym praktycznie niemożliwe.

Na koniec wreszcie mamy problem Izraela/Palestyny. Izrael związał swój los z poczynaniami Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Klęska USA będzie klęską Izraela. W chwili obecnej Sharon stara się wykonać ruch w postaci jednostronnego wycofania się z Gazy, dzięki czemu mógłby zyskać gwarancję, że na Zachodnim Brzegu nie dojdzie do powstania państwa palestyńskiego takiego, jakiego chcieliby sami Palestyńczycy. Ale nic nie wskazuje, żeby strategia ta spełniała swoje założenia. Hamas jest nastawiony wrogo i niemożliwy do obłaskawienia. Z kolei władze Autonomii Palestyńskiej, które mogłyby być zainteresowane tego typu porozumieniem, zostały z niego wykluczone, w wyniku czego ich stanowisko również będzie cechowała podejrzliwość. Dodatkowo, w obliczu bliskiej śmierci Arafata trzeba również uwzględnić fakt, że bez niego OWP rozpadnie się na kilka części, na czym prawdopodobnie zyska przede wszystkim Hamas.

Jednocześnie odmowa ze strony nastawionych prawicowo osadników nawet na tak drobne ustępstwa doprowadziła w Izraelu do podziału w obrębie partii Likud i do groźby implozji państwa żydowskiego. Wycofanie się ze Strefy Gazy nigdy tak naprawdę nie nastąpi, jednak starając się tego dokonać, Sharon niezamierzenie może doprowadzić do zjednoczenia Palestyńczyków i podziału izraelskiej polityki nie mającego do tej pory precedensu. Podział społeczeństwa izraelskiego może oznaczać pozbawienie ostatniego atutu w staraniach o zachowanie amerykańskiego wsparcia. Izrael/Palestyna w końcu utraci swój przywilej nienaruszalnej struktury, stanowiącej priorytet w polityce USA. Amerykańska opinia publiczna zacznie rozważać zasadność bezwarunkowego występowania w obronie Izraelczyków. A wówczas przyszłość Izraela stanie pod wielkim znakiem zapytania.

Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.
 

Wrocław, 15.11.2004