Immanuel Wallerstein
Niech żyją wybory!

(komentarz nr 150, 1 grudnia 2004)

Wybory stały się chlebem powszednim współczesnego świata. Odbywają się, okresowo, prawie w każdym państwie na świecie. Co więcej, prawie każde państwo na świecie uważa się za demokratyczne. Gdy ktoś myśli o demokracji, pierwszym jego skojarzeniem są wybory. Jednak nie każdy ich rodzaj - chodzi o tak zwane wolne wybory. Zgodnie z większością definicji wolne wybory mają miejsce wówczas, gdy poszczególni kandydaci, reprezentujący odmienne opcje polityczne, mogą bez ograniczeń prezentować swoje poglądy przed elektoratem, komunikować się z nim, dzięki czemu możliwe jest dokonanie przez niego odpowiedniego wyboru. Wynik wolnych wyborów uznaje się za prawomocny, jeśli chodzi o decyzję, kto ma sprawować władzę w danej jednostce politycznej (w przypadku referendum chodzi tu o samą decyzję, która zyskuje moc prawną). Jeśli wybory mają być określone jako wolne, strona przegrana powinna szczerze przyznać się do porażki i w ten sposób uznać wynik wyborów za zgodny z wolą większości.

Powyższe standardowe sformułowanie idei wolnych wyborów opiera się na znacznej ilości założeń. W wielu przypadkach, a może najczęściej, gdy do nich dochodzi, wyborcy traktują je niezwykle emocjonalnie - zarówno przed, w trakcie, jak i po wyborach - i zwykle nie są gotowi, pasywnie, pogodzić się z ich rezultatem. Zgłaszają protesty, że ich zdaniem wybory były przeprowadzone nieuczciwie, czy nawet że doszło w nich do oszustw, i w związku z tym należy je uznać za nieważne. Dzieje się tak dość często. Gdy weźmiemy pod uwagę wybory na świecie, które zostały ostatnio przeprowadzone, lub które są planowane, okaże się, że spora ich ilość jest kwestionowana: przykładowo w Iranie, Wenezueli, Stanach Zjednoczonych, Gruzji czy na Ukrainie - w 2004 roku, czy w Iraku i Palestynie, gdzie planowane na rok 2005 już stały się przedmiotem ataków. Oczywiście, nie wszystkie wybory uznawane są za wątpliwe. W znacznej ilości krajów - na przykład w Kanadzie, Hiszpanii, Urugwaju i Indiach - w których doszło do wyborów w roku 2004, nie pojawiły się żadne kontrowersje tego typu.

Warto byłoby przedstawić typ argumentacji podnoszony przez tych, którzy kwestionują wyniki danych wyborów, a także powody, dla których nie odbyły się one problemowo, nie zyskując w ten sposób zbyt dużego rozgłosu, poza analizami przyczyn zwycięstwa danych kandydatów. Zaczniemy od założenia, że w ramach wszelkich wyborów zawsze dochodzi do pojawienia się praktyk, które ignorują obowiązujące ideały teoretyczne na temat prawomocności i bezstronności. Zaintrygowanie danymi wyborami ma miejsce jedynie wówczas, gdy są one na tyle zamknięte, że praktyki tego rodzaju mogą doprowadzić do zmiany ogłoszonych wyników.

Przede wszystkim należy zadać pytanie o to, kto ma prawo głosować. Idea wolnych i sprawiedliwych wyborów zakłada zwykle, że prawa wyborcze posiadają wszyscy obywatele powyżej pewnego wieku (zwykle 18 lub 21 roku życia). W dzisiejszym świecie wolne wybory muszą ponadto oznaczać istnienie uniwersalnych praw wyborczych, bez względu na płeć. Zasady te są częścią porządku prawnego większości krajów, w związku z czym problem ograniczania praw wyborczych nie jest zwykle dziś podnoszony jako podstawa zakwestionowania ich wyników. Jednak właśnie tę kwestię podniesiono w kontekście wyborów w Stanach Zjednoczonych. W USA, gdzie prawodawstwo zmienia się w zależności od stanów, istotne jest pytanie o to, czy prawa wyborcze posiadają na przykład skazańcy. Więźniowie mogą głosować jedynie w dwóch z 51 stanów. W niektórych prawa wyborcze są im odbierane na stałe, nawet po zakończeniu kary. Ponieważ większość więźniów to przedstawiciele grup mniejszościowych, oznacza to, że w niektórych stanach znacznie ograniczona zostaje reprezentacja w wyborach na przykład czarnych. W efekcie, biorąc pod uwagę system oparty na kolegium elektorów, wynik wyborów stanowi odzwierciedlenie tej nierówności. Przykładowo, George W. Bush przegrałby wybory w 2000 roku, gdyby nie fakt, że na Florydzie skazańcy praktycznie nie mogli uczestniczyć w głosowaniu. Trudno powiedzieć, jaki wpływ mogła mieć ta sytuacja na wyniki tegorocznej elekcji.

Kto może startować w wyborach? To zasadnicza kwestia w przypadku wyborów w Iranie. W obecnym systemie istnieje tam oficjalny organ, który ma za zadanie weryfikować prawa kandydatów pod tym względem. Ciało to znajdowało się pod kontrolą jednego z głównych ugrupowań biorących udział wyborach. Odmówiło ono biernego prawa wyborczego sporej grupie kandydatów z innych partii, którzy w ten sposób zostali wykluczeni z procesu wyborczego. Czy w nadchodzących wyborach prezydenckich w Palestynie Izraelczycy pozwolą wziąć w nich udział Marwanowi Barghouti'emu? A jeśli zwycięży, to czy zgodzą się, żeby mógł on pełnić swój urząd?

Kto ma dostęp do środków masowego przekazu? Chodzi tu o kontrolę nad mediami - ze strony rządu lub wielkich pieniędzy. W niektórych przypadkach - szczególnie w Gruzji, Iranie i być może, w przyszłości, w Iraku - rząd sprawuje ścisłą władzę nad masmediami, pozbawiając opozycję dostępu do nich. W Palestynie środki masowego przekazu znajdują się pod kontrolą Izraela. Z pewnością już wkrótce przekonamy się, jaki będzie skutek tej sytuacji. Kwestia wpływu na media ze strony kapitału, który dokonuje tam zakupu miejsca reklamowego, już od dawna jest kluczowym zagadnieniem w Stanach Zjednoczonych.

Jednak wszystkie te zagadnienia stanowią, jeśli tak można powiedzieć, jedynie tło dla samego głosowania. To właśnie co do samego procesu głosowania podnoszone są najczęściej wszelkiego rodzaju wątpliwości. Pierwszy ich rodzaj dotyczy zastraszania. Może ono przybrać wiele form, na przykład w postaci mobilizowania wyborców za pomocą metod silnej ręki, lub przeciwnie - jako uniemożliwienie niektórym wzięcia udziału w głosowaniu. Oskarżenia tego rodzaju podniosła opozycja w Wenezueli. Podobne procedery pojawią się również z pewnością w Iraku. Jednak zastraszanie może też występować pod inną, bardziej subtelną postacią. Niektórzy twierdzą, że w przypadku wyborów w USA doszło do bezzasadnego podważania praw niektórych wyborców do wzięcia udziału w głosowaniu. Miało też miejsce szerzenie nieprawdziwych pogłosek na temat tego, kto może, a kto nie może głosować. Istnieją obawy, że przedłużająca się obecność wojsk izraelskich na terytorium palestyńskim może utrudnić głosowanie wielu Palestyńczykom (i oczywiście udział w wyborach ze strony poszczególnych kandydatów).

Problemem numer jeden jest zawsze liczenie głosów. Tak było w Wenezueli, Stanach Zjednoczonych, Gruzji, Ukrainie i, zapewne, podobnie będzie w Iraku i Palestynie. Opozycja w Wenezueli wciąż kontestuje wyniki wyborów z powodu rzekomych uchybień w liczeniu, mimo że grupy międzynarodowych obserwatorów nie dopatrzyły się tutaj żadnych nieprawidłowości, a wybory uznano za ważne. W niektórych stanach USA również kwestionuje się wyniki podliczania głosów (toczą się nawet procesy sądowe w tych sprawach). Jedna ze skarg dotyczy zastosowanych rozwiązań technologicznych - wyniki dostarczone przez komputer są zdaniem skarżących niewiarygodne ze względu na brak papierowych "próbek" (realnie istniejących śladów oddanych głosów). Zebrane dowody, dostępne w Internecie, oparte są na licznych obliczeniach, które pokazują małą wiarygodność statystyczną końcowych rezultatów. W przypadku Gruzji, po masowych protestach ulicznych rząd unieważnił ogłoszone wcześniej wyniki wyborów i przyznał, że doszło tu do pewnych nadużyć. Podobna sytuacja ma obecnie miejsce na Ukrainie. Kwestionowanie wyników wyborów ze względu na podejrzenia co do fałszerstw w liczeniu głosów to za każdym razem skomplikowany problem, ze względu na konieczność dokonania ponownego liczenia oraz decyzje komisji wyborczych lub sądy, które również mogą zostać podważone, jak to miało miejsce w Wenezueli, Stanach Zjednoczonych i Ukrainie.

Istnieje w końcu pytanie, czy można mówić o uczciwych i wolnych wyborach w sytuacji politycznych i militarnych zawirowań. Będzie ono kluczowe w przypadku nadchodzących wyborów w Iraku. Trwające powstanie oraz apel ze strony przywódców politycznych z partii sunnickich o bojkotowanie lub doprowadzenie do przełożenia wyborów na późniejszy termin mogą sprawić, że udział w wyborach sunnitów będzie minimalny, a jeśli tak się stanie, to czy ich wynik będzie można uznać za ważny?

Ostatnia kwestia to zewnętrzne wpływy. Rząd w Wenezueli oskarżył Stany Zjednoczone o to, że miały one udzielać znacznego wsparcia opozycji. Z pewnością również w Gruzji, na Ukrainie, a także w Iraku i Palestynie istnieją zewnętrzne siły, nie tylko zainteresowane takim, a nie innym rezultatem wyborów, ale starające się do tego przyczynić, lub przynajmniej doprowadzić do zakwestionowania niekorzystnych wyników.

Generalnie, pojęcie wolnych i uczciwych wyborów zawsze pociąga za sobą sporo hipokryzji. Wybory z założenia mają decydować o sytuacji politycznej. Jednak zwykle strzałka przyczynowości skierowana jest w przeciwnym kierunku - to politycy decydują o ostatecznych wynikach wyborów. Zwykle również - w przypadku wyborów, których wiarygodność jest podważana - o tym, czy dane wyniki będą uznane są ważne, czy nie, decydują zakulisowe kompromisy polityczne.

Nie oznacza to jednak, że walka o uczciwość i wolność wyborów nie ma sensu. Chodzi jedynie o przyznanie, że do ideału tego jest nam bardzo daleko, bez względu na to, w której części świata żyjemy - na Północy czy na Południu. Jak mówi stare przysłowie, mieszkańcy szklanych domów nie powinni rzucać kamieniami, a przynajmniej nie robić tego bezmyślnie.


Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.
 

Wrocław, 28.12.2004