Immanuel Wallerstein
Zamieszki we Francji: bunt wyklętych klas

(komentarz nr 174, 1 grudnia 2005)

W listopadzie 2005 roku przez Francj doświadczyła rewolty ze strony swoich "zdeklasowanych" obywateli. Trwała ona około dwóch tygodni. W tym czasie w całym kraju młodzi ludzie, głównie z rodzin pochodzących z Afryki Północnej i z Czarnej Afryki, podpalali samochody i ciskali kamienie w stronę policji. W pewnym sensie wydarzenia te przypominały inne bunty, do których od kilku dziesięcioleci dochodzi na całym świecie. Jednak można je również wytłumaczyć, odwołując się do konkretnych, francuskiego doświadczenia. Powstały, jak Feniks z popiołów. Zdławiono je na drodze przemocy ze strony państwa. Z pewnością jednak nie oznacza to ich końca.

Początek był przeciętny. Trzech młodych mężczyzna zauważyło policjantów, którzy zatrzymali i poprosili o okazanie dowodów tożsamości innych młodzieńców. We Francji nie należy to do wyjątkowych sytuacji, szczególnie w przypadku „kolorowych” osób, mieszkańców wydzielonych, chylących się ku ruinie blokowisk z "les banlieues" (na przedmieściach, tam, gdzie znajdują się francuskie getta). Te kompleksy mieszkalne są domami dla, głównie bezrobotnych i niewykształconych, młodych ludzi, bez szans na znalezienie pracy, awans społeczny, a nawet organizację wolnego czasu (ze względu na brak klubów sportowych czy świetlic kulturalnych). Młodzież ucieka przed patrolami policyjnymi, ponieważ kontrole tożsamości kończą się zwykle ich osadzeniem w aresztach, gdzie są maltretowani i przetrzymywani przez wiele godzin w oczekiwaniu na rodziców.

W tym przypadku młodzieńcy przeskoczyli mur i znaleźli się na terenie stacji transformatorowej. Dwóch z nich zostało śmiertelnie porażonych prądem. Wydarzenie to stało się iskrą, która wywołała prawdziwą burzę. Rewolta skierowana została przeciwko biedzie, bezrobociu, rasistowskiemu nastawieniu policji francuskiej, a przede wszystkim przeciwko brakowi uznania obywatelstwa i statusu mniejszości kulturowej dla osób, które w większości mają do tego prawo. Rząd francuski przede wszystkim postanowił zdusić rewoltę, co w końcu mu się udało. Premier i minister spraw wewnętrznych ostro rywalizują ze sobą o miano kandydata na prezydenta z ramienia partii rządzącej w najbliższych wyborach, w związku z czym ani jeden, ani drugi nie mógł sobie pozwolić na łagodność w stosunku do sprawców zamieszek, która mogłaby odbić się na ich notowaniach w przyszłym pojedynku.

Zawsze zdumiewa mnie zaskoczenie, z którym opinia publiczna odbiera bunty najniższych klas społeczeństwa. Zaskakujące jest raczej to, że dochodzi do nich tak rzadko. Kombinacja ucisku w postaci nędzy i rasizmu z brakiem nadziei na poprawę sytuacji w krótszej czy dalszej perspektywie to recepta na murowaną rewoltę. Niepokoje społeczne są trzymane w ryzach dzięki groźbie represji - to właśnie dlatego środki przymusu aplikowane są natychmiastowo. Jednak zwykle nie wystarczają one do całkowitego zduszenia oporu. Premier Dominiue de Villepin stwierdził, że rozruchy we Francji były znacznie spokojniejsze od tych w Los Angeles z 1994 roku, gdzie zginęły 54 osoby, a 200 zostało rannych. Może to prawda, ale nie powinna ona stanowić powodu do dumy.

Na całym świecie tereny wielkich miast są dzisiaj wypełnione osobami idealnie odpowiadającymi profilem buntownikom z Francji - biedakami, bezrobotnymi, zmarginalizowanymi społecznie, napiętnowanymi mianem "innych", i - pełnymi gniewu. Gdy są to nastolatki, wówczas ich energia prowadzi do wzniecenia rozruchów, dodatkowo nie są oni skrępowani obowiązkami czy powinnościami związanymi z życiem rodzinnym. Gniew ponadto łatwo się rozprzestrzenia. Przedstawiciele większości żyjącej we względnym dobrobycie boją się wzburzonej młodzieży, ponieważ ma ona taką, a nie inną reputację. Zdaniem bogatszych biedniejsza młodzież to "odmieńcy", z natury żyjący na bakier z prawem. W związku z tym wiele (choć prawdopodobnie nie wszystkie) bardziej uprzywilejowanych grup społecznych będzie popierało siłowe uporanie się z groźbą rebelii, w tym całkowite wykluczenie ze społeczeństwa, a nawet wydalenie z kraju.

We Francji znajdziemy skrajną wersję problemów, które występują również w innych częściach świata - nie tylko w Ameryce Północnej czy w całej Europie, ale i na Południu, w państwach takich jak Brazylia, Meksyk, Indie czy Afryka Południowa. Tak naprawdę niewiele jest krajów, które byłyby od nich wolne. Specyfika francuska związana jest ze zbyt długim przeświadczeniem żywionym przez znaczną część społeczeństwa, że jego kwestie te nie dotyczą.

Francja określa się mianem kraju uniwersalnych wartości, w którym dyskryminacja nie może występować, ponieważ wszyscy mają prawo do stania się Francuzami, jeśli tylko gotowi są do pełnej integracji. Prawda jest jednak taka, że Francja od zawsze (tak - od zawsze) była krajem imigrantów. W czasach Ancien Regime, a nawet jeszcze w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku ludność nie-francuskojęzyczna (przed Rewolucją stanowiąca 50 procent społeczeństwa) emigrowała do Paryża i innych miast na północy. Później byli to Włosi, Belgowie oraz Korsykanie. Następnie przybywali Polacy, Portugalczycy, Hiszpanie. Z kolei w ostatnich czterech dziesięcioleciach doszło do masowej migracji z Afryki Północnej i Czarnej Afryki, a także napływu ludności chińskiej z obszaru, który wcześniej nosił nazwę Francuskich Indochin.

Francja to kraj wielokulturowy z samej definicji, wciąż jednak łudzący się jakobińskim snem o jedności. Liczba praktykujących katolików topnieje, podczas gdy ilość wyznawców islamu rośnie lawinowo. Główną konsekwencją tego procesu było doprowadzenie do delirycznej debaty publicznej, która trwała ponad dziesięć lat, na temat rozwiązania dylematu związanego z tym, że młode muzułmanki chcą przychodzić do szkoły z zasłoniętymi włosami. Zdaniem rasistowskiej prawicy noszenie chust na głowie stanowi obrazę francuskości i, wypowiadając się bardziej precyzyjnie, chrześcijańskości. Tradycyjna lewica (a przynajmniej znaczna jej część) postrzegała je jako zagrożenie dla "świętej laickości". Obydwa nurty zjednoczyły się w wygranej walce o prohibicję fularów (a także, dla równowagi, "dużych" symboli chrześcijańskich i żydowskich). W rezultacie doszło do kilku wypadków wydalenia ze szkół uczennic-muzułmanek. Jednak generalnie całą sprawę uznano za załatwioną.

Wyjątkowość obecnej fali buntów, do której doszło we Francji polega na tym, że kwestie religijne nie były tam w ogóle podnoszone. Nie doszło na przykład do incydentów antysemickich. We Francji żyje wielu biednych Żydów, zamieszkujących te same kompleksy blokowisk, co "wyklęte klasy", stąd przez ostatnie dwie dekady dochodziło głównie do starć muzułmańsko-żydowskich, a raczej palestyńsko-izraelskich. Jednak nie tym razem. Rebelia francuska była konsekwencją spontanicznego poruszenia klas. I tak jak inne spontaniczne zawirowania trwała dość krótko. Jednak rebelie mają to do siebie, że możliwość ich ponownego wystąpienia jest realna tak długo, jak długo utrzymują się ogólne nierówności, które do nich prowadzą. Nie wydaje się niestety, żeby rząd francuski (czy rządy innych państw na świecie) zamierzał poświęcić większą ilość środków czy wysiłków na likwidację tych nierówności. Żyjemy w czasach nasilania się, a nie znoszenia nierówności. W epoce tej ilość buntów również będzie wzrastała, a nie malała.

Immanuel Wallerstein

[Prawa autorskie: Immanuel Wallerstein. Dystrybucja: Agence Global. W celu uzyskania zgody na tłumaczenie oraz publikację w niekomercyjnych serwisach internetowych, prosimy o kontakt: rights@agenceglobal.com, +001.336.686.9002 lub +001.336.286.6606. Niniejsze komentarze mogą być pobierane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych lub pocztą elektroniczną, jednak nie można zmieniać ich treści ani usuwać informacji o prawach autorskich. Kontakt z autorem: immanuel.wallerstein@yale.edu

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych przemian.]

 

Wrocław, 13.12.2005