Immanuel Wallerstein
Imigracja: reperkusje reperkusji?

(komentarz nr 182, 1 kwietnia 2006)

Imigracja to stary i ciągle powracający problem nowoczesnego świata. Ludzie przemieszczają się - legalnie bądź nielegalnie - z wielu oczywistych powodów. Najczęstsze z nich to nadzieja na poprawę warunków bytowych oraz ucieczka przed prześladowaniami. Migranci zmierzają tam, gdzie mogą i gdzie istnieją dla nich najlepsze perspektywy ekonomiczno-polityczne. Jest to z pewnością jeden z najważniejszych procesów ogólnoświatowych, szczególnie jeśli weźmiemy również pod uwagę ruchy populacyjne ze wsi do miast oraz w obrębie granic danych państw.

Kraje i terytoria przyjmujące imigrantów zawsze odnosiły się do nich niejednoznacznie. Z jednej strony mogą one starać się o znalezienie dodatkowej siły roboczej - zarówno w sektorach najsłabiej płatnych, jak i wykwalifikowanych specjalistów. Z drugiej strony wraz z imigrantami pojawia się cały szereg nowych, odrębnych od dotychczas znanych, obyczajów kulturowych, z którymi przybysze nie chcą się rozstawać.

W takich warunkach na terenach przyjmujących imigrantów często dochodzi do konfrontacji. Obcym zarzuca się wiele grzechów. Niektóre z nich dotyczą kwestii ekonomicznych, takich jak zabieranie miejsc pracy miejscowej sile roboczej czy spadek wysokości wynagrodzeń. Inne są natury społecznej - na przykład istnienie praktyk kulturowych, które wywołują zgorszenie ludności "rdzennej", czy wzrost przestępczości.

Gdy w całym świecie lub na danym obszarze wzrasta ogólny poziom bezrobocia z powodu stagnacji w funkcjonowaniu gospodarki-świata, rzekome winy stają się tym bardziej ewidentne i podnoszone na forum publicznym, popularne (populistyczne) stają się jednocześnie apele o prawne obostrzenia, jeśli chodzi o dopuszczalne limity uchodźców, których może przyjąć dany kraj czy terytorium, żądania penalizacji nielegalnej migracji i w ogóle pozbycia się przybyszów (przynajmniej większej ich części).

Taka dramatyczna sytuacja ma miejsce dzisiaj w Stanach Zjednoczonych, ale nie tylko tutaj. Reperkusje związane z migracjami to zjawisko polityczne o potężnym znaczeniu w większości krajów europejskich, a nawet w wielu innych częściach świata, będących domem dla obcych, na przykład w Afryce Południowej. Gdy do nich dochodzi, tak jak w USA, natychmiast pojawiają się dwie postawy.

Zwolennicy podjęcia przez państwo surowych środków przeciwko migrantom (nie tylko tym nielegalnym) używają języka pełnego ksenofobii, znajdującego poparcie wśród przedstawicieli klasy robotniczej i klas średnich zatroskanych o własne bezpieczeństwo ekonomiczne i socjalne. "Stronnictwo" to opowiada się za wzniesieniem różnego rodzaju barier oraz rozpoczęciem programu wysiedleń. Jest ono najczęściej związane z konserwatywnymi siłami istniejącymi w danym kraju, ale przyciąga również ugrupowania kojarzone zwykle z lewicą.

Ci, którzy są przeciwni tego typu akcjom ze strony państwa dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to przedstawiciele elit ze świata biznesu, dla których migranci to cenne narzędzie, dzięki któremu koszty pracy mogą być utrzymywane na niskim poziomie (i faktycznie tak jest, przynajmniej pod niektórymi względami). Ich zdaniem przybysze powinni otrzymywać prawo do osiedlania się i podjęcia zatrudnienia. Jednocześnie wydają się oni nie mieć nic przeciwko temu, że migranci nabywają jednocześnie prawa polityczne, które dadzą im możliwość upominania się o wyższe zarobki. Druga grupa stanowi przeciwieństwo poprzedniej. Należą do niej sami zainteresowani oraz ci członkowie lewicy, którzy nawołują do poszerzania, a nie zawężania, zakresu praw socjalnych i politycznych przekazywanych obcym.

Jak już powiedziałem - problem ten od dawna występuje w nowożytnym świecie. Dzisiejsza sytuacja może być wyjątkowa pod tym względem, że zaczynamy mieć prawdopodobnie do czynienia z "reperkusjami, które są konsekwencją reperkusji". We Francji w listopadzie ubiegłego roku doszło do poważnego "buntu wyklętych klas" - młodzieży z gett, która powstała, aby domagać się swoich praw do człowieczeństwa (porównaj Komentarz nr 174, z 1 grudnia 2005 roku: "Zamieszki we Francji: bunt wyklętych klas"). Bunt doprowadził do sporych perturbacji w funkcjonowaniu rządu, któremu udało się z nim uporać dopiero po miesiącu zmagań. Jednak nie spotkał się on z żadnym echem ze strony przedstawicieli francuskiej lewicy, którzy przypatrywali mu się, ale nie podjęli decyzji o wzięciu w nim udziału. W Stanach Zjednoczonych przeforsowanie przez Izbę Reprezentantów bardzo restrykcyjnej legislacji w tej dziedzinie stało się przyczyną największych demonstracji w imię praw migrantów w historii: pół miliona protestujących pochodzenia latynoskiego przemaszerowało ulicami Los Angeles (oraz w innych miastach, choć tam demonstracje nie były aż tak liczne). Ponownie - lewica amerykańska przyglądała się, ale, jak na razie, decyzji o wzięciu udziału nie podjęła.

Ale popatrzmy teraz, co stało się we Francji w marcu bieżącego roku. Rząd, bez przeprowadzenia jakichkolwiek konsultacji, wprowadził ustawę Contrat Premiere Embauche (CPE, lub "O pierwszej umowie o pracę"), na mocy której pracodawcy mogą zatrudniać młodzież poniżej 26 roku życia z prawem do rozwiązania umowy bez podania przyczyn przez pierwsze dwa lata trwania kontraktu. W ten sposób powstał poważny wyłom w "prawie do pracy" (droit du travail), największej zdobyczy francuskiej klasy robotniczej po zakończeniu drugiej wojny światowej. Z punkty widzenia rządu sprzeciw ten należy powiązać częściowo z wystąpieniami z listopada ubiegłego roku, podczas których jednym z haseł była walka z gigantycznie wysoką stopą bezrobocia wśród młodzieży z gett. Oczywiście, uszczuplenie droit du trvail od dawna należało do najważniejszych postulatów związku pracodawców (MEDEF), które uznało wprowadzone obecnie prawo (co oznajmili publicznie niektórzy przedstawiciele tej organizacji) za ogromny krok na drodze do całkowitej eliminacji wszelkich gwarancji pracowniczych.

Gdy tylko uchwalono CPE, spotkała się ona z natychmiastową reakcją - ze strony studentów, związków zawodowych oraz, co naturalne, gett. Demonstracje miały masowy charakter. Zmagania polityczne trwają nadal, prawdopodobnie rząd będzie zmuszony wycofać się z tej inicjatywy. Jednak w przypadku wydarzeń we Francji najważniejszy jest tak naprawdę fakt, że reperkusje, których celem były prawa i perspektywy godnego życia migrantów przerodziły się w reperkusje odnoszące się do neoliberalizmu i jego wpływu na całe społeczeństwo. A to oznacza, że kwestie dotyczące pierwotnie grup mniejszościowych nagle przekształciły się w problemy kluczowe dla większości populacji. Bardzo prawdopodobne jest, że to, co wydarzyło się we Francji, dotknie również Stany Zjednoczone.

Immanuel Wallerstein

[Prawa autorskie: Immanuel Wallerstein. Dystrybucja: Agence Global. W celu uzyskania zgody na tłumaczenie oraz publikację w niekomercyjnych serwisach internetowych, prosimy o kontakt: rights@agenceglobal.com, +001.336.686.9002 lub +001.336.286.6606. Niniejsze komentarze mogą być pobierane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych lub pocztą elektroniczną, jednak nie można zmieniać ich treści ani usuwać informacji o prawach autorskich. Kontakt z autorem: immanuel.wallerstein@yale.edu

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych przemian.]

 

Wrocław, 05.04.2006