Immanuel Wallerstein
Atak na Iran - mówą poważnie?

(komentarz nr 183, 15 kwietnia 2006)

Od dłuższego czasu staram się argumentować, że wspominanie o ataku zbrojnym na Iran to jedynie próżne pogróżki, które nie mogą znaleźć swojego spełnienia, ponieważ wypowiedzenie wojny temu krajowi byłoby czymś kompletnie nieracjonalnym z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych. Pomysł ten ma również znaczną ilość przeciwników w kręgach dowódczych armii USA. Tymczasem Seymour Hersh w opublikowanym właśnie artykule w The New Yorker opowiada o obawach i lękach najwyższych zwierzchników amerykańskich sił zbrojnych, których zdaniem atak jest całkiem na poważnie rozpatrywany przez prezydenta Busha. Co gorsza, autor twierdzi, że prezydent w odpowiedzi na wątpliwości natury wojskowej nie zawaha się przed taktycznym użyciem broni atomowej, za pomocą której możliwe będzie przeniknięcie do najgłębiej osadzonych bunkrów, w których znajdują się irańskie instalacje nuklearne.

Artykuł wywołał prawdziwą lawinę komentarzy. Podobne teksty pojawiły się w Washington Post i Associated Press. Prezydent natychmiast stwierdził, że wszystkie one to "wariackie spekulacje", choć nie zaprzeczył jednocześnie, że opcja, o której mówią jest brana pod uwagę. Jednak minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, Jack Straw, stwierdził, że wypowiedzenie wojny Iranowi jest "nie do pomyślenia", a plany użycia broni atomowej to "czyste szaleństwo".

Komu mamy wierzyć? Hersh, jak dobrze wiemy, od dawna jest znany ze swoich ścisłych kontaktów z tuzami armii amerykańskiej (oraz z wyższymi urzędnikami CIA) i wielokrotnie udawało mu się ujawnić pilnie strzeżone sekrety, do których mieli oni dostęp. Z kolei prezydent przez pięć lat swojego urzędowania dał się poznać jako osoba mająca często problemy z prawdomównością. Nie lepiej przedstawia się pod tym względem bilans Jacka Strawa. Myślę zatem, że całkiem na miejscu jest przynajmniej przyglądnięcie się przytaczanym tu argumentom.

Dlaczego atak na Iran byłby czymś irracjonalnym z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych? Wydaje mi się to ewidentne. Po pierwsze, w chwili gdy potencjał militarny USA okazuje się niewystarczający do uwieńczenia z powodzeniem operacji w Iraku i Afganistanie, akcja przeciwko Iranowi jeszcze bardziej nadwerężyłaby amerykańskie zasoby wojskowe - i to prawdopodobnie aż do przekroczenia punktu krytycznego. Po drugie, wszystkie analizy, z którymi udało mi się zapoznać dowodzą, że irańskie jednostki obronne są tak znakomicie uzbrojone i rozmieszczone, że nawet najbardziej intensywny atak z powietrza nie byłby w stanie ich całkowicie zniszczyć. W najlepszym wypadku mogłyby one znacznie powstrzymać zapędy Stanów Zjednoczonych.

Dalej mamy kwestię odpowiedzi ze strony Iranu. Nawet jeśli nie jest on jeszcze w chwili obecnej w stanie przygotować przeciwuderzenia z zastosowaniem broni nuklearnej, może użyć swoich silnych wpływów w Afganistanie, a zwłaszcza w Iraku, i doprowadzić do jeszcze większego chaosu w tych krajach. Przeciwko Amerykanom wystąpią wówczas zbrojnie nawet te ugrupowania - na przykład spośród szyitów irackich - które dotąd nastawione były do nich przyjaźnie.

Kolejne zagadnienie to reperkusje ataku atomowego. Z pewnością nie zniechęci on krajów, które już opracowują swoje programy nuklearne. Sprawi, że badania nabiorą jeszcze większego rozpędu. Iran z pariasa traktowanego do tej pory przez Arabów z dużą rezerwą może natychmiast urosnąć do rangi herosa świata muzułmańskiego, z wszystkimi tego konsekwencjami dla państw Zatoki, Arabii Saudyjskiej, Libanu, Palestyny, a nawet Egiptu.

O ropie naftowej również nie wolno zapominać. Zakłócenie dostaw z rezerw irańskich - jednych z największych na świecie - prawie na pewno doprowadzi do momentalnego wzrostu cen z obecnych 60 dolarów za baryłkę do 100 dolarów. Konsekwencje dla całej gospodarki-świata - z pewnością nie tylko dla gospodarki USA - będą niewyobrażalne.

A sojusznicy? Nawet najbardziej wierny sprzymierzeniec Stanów Zjednoczonych, Wielka Brytania, bardzo wyraźnie stwierdził, że jest niechętny militarnym rozwiązaniom, nawet jeśli również jego zdaniem należy koniecznie zastopować irańskie plany skonstruowania broni atomowej.

Na koniec musimy również wziąć pod uwagę skutki tego posunięcia dla ogólnej pozycji USA na arenie międzynarodowej. W ubiegłym tygodniu francuskie centrum badawcze IRIS, zajmujące się sprawami zagranicznymi, dokonało bilansu inwazji USA na Irak. Została ona określona jako "pół-katastrofalna", jeśli chodzi o interesy amerykańskie. W jej wyniku hiper-mocarstwo stało się "hiper-obezwładnione i hiper-niepopularne". Francuzi często stosują przedrostek "hiper-", który ma oznaczać stan o jeden stopień wyższy od "super-". Krótko mówiąc - czy po trzech "pół-katastrofalnych" latach Stanom Zjednoczonym potrzebne jest jeszcze większe pogorszenie sytuacji?

Jednak mimo wszystkich tych argumentów czołowi przywódcy sił zbrojnych USA są pełni obaw. Zdaniem Hersha Połączony Komitet Szefów Sztabów planuje wystosowanie formalnego listu sprzeciwu do prezydenta. Od mniej więcej miesiąca mamy też do czynienia z usiłowaniami grupy generałów, starających się doprowadzić do rezygnacji Sekretarza Rumsfelda. Nie może być mowy o prostym zbiegu okoliczności.

Dlaczego zatem urzędnicy wojskowi są zaniepokojeni? Hersh wyjaśnia - ich zdaniem prezydent ma kompleks mesjański. Jak wiemy, wszyscy ludzie z kompleksem mesjańskim są groźni dla otoczenia, a co dopiero osoby cierpiące na tę przypadłość, które mają do dyspozycji broń atomową i kontrolują najpotężniejszą machinę militarną na świecie.

Ale czy to wystarczy? Mimo że sam Bush odgrywa tu kluczową rolę, musimy również brać pod uwagę motywacje ludzi znajdujących się w jego najbliższym otoczeniu - militarystów i neokonserwatywnych intelektualistów. Co takiego twierdzą, unieważniając w ten sposób - w swoim wyobrażeniu - wszystkie argumenty przeciwko interwencji militarnej? Po pierwsze, nie mają niczego do stracenia. Jeśli Stany Zjednoczone nie podejmą działań zbrojnych, Iran w niedalekiej przyszłości z pewnością zdobędzie broń atomową. Z opcji wojennej nie wolno rezygnować, ponieważ oznaczałoby to znaczne osłabienie siły straszaków, którymi Stany Zjednoczone dysponują w regionie Bliskiego Wschodu. Ale czy groźba osłabienia siły straszaków warta jest wywoływania Armagedonu?

Niektórzy z nich mogą myśleć w wąskich kategoriach interesów wyborczych. Atak, jeśli uda się go przeprowadzić w stosownym momencie, może doprowadzić do tymczasowego wzrostu poparcia dla Busha, zyskania przychylności "pro-wojennych" Demokratów oraz ostatecznego zwycięstwa Republikanów w tegorocznych wyborach do Kongresu. Wizja impeachmentu zostałaby wyeliminowana.

Na koniec problem Izraela. Rząd izraelski oraz jego przyjaciele w USA otwarcie potępia program nuklearny Iranu i od dawna grozi przeprowadzeniem, w razie konieczności, ataków powietrznych na jego terytorium. Ma on oczywiście jeszcze mniej możliwości niż Stany Zjednoczone, aby zakończyć tego typu akcję z sukcesem, co oznacza, że w rzeczywistości stara się on sprawić, aby odpowiednie działania zostały podjęte raczej przez Amerykanów. Ochrona Izraela to jeden z głównych interesów Stanów Zjednoczonych, szczególnie dla obecnej administracji. Ale czego boi się Izrael? Czy uważa, że Iran faktycznie może wystąpić zbrojnie przeciwko niemu jako pierwszy? Wątpię w to, ale myślę, że stara się on zachować pozycję największej potęgi militarnej na Bliskim Wschodzie - żeby móc nadal występować jako największa potęga polityczna w tym regionie. Poprawne rozumowanie.

A zatem - czy Stany Zjednoczone zaatakują, czy nie? Zwykle staram się zachowywać wierność przekonaniu, że racjonalność ostatecznie bierze górę w przypadku większości decyzji politycznych - niestety, nie zawsze. A może niektórzy ludzie cierpią na kompleks nie Mesjasza, tylko Samsona?

Immanuel Wallerstein

[Prawa autorskie: Immanuel Wallerstein. Dystrybucja: Agence Global. W celu uzyskania zgody na tłumaczenie oraz publikację w niekomercyjnych serwisach internetowych, prosimy o kontakt: rights@agenceglobal.com, +001.336.686.9002 lub +001.336.286.6606. Niniejsze komentarze mogą być pobierane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych lub pocztą elektroniczną, jednak nie można zmieniać ich treści ani usuwać informacji o prawach autorskich. Kontakt z autorem: immanuel.wallerstein@yale.edu

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych przemian.]

 

Wrocław, 19.04.2006