Immanuel Wallerstein
Unia Europejska: Czy to ma jakieś znaczenie?

(komentarz nr 2, 15 października 1998)

 

Droga Unii Europejskiej jest zadziwiająco foremna. Idea ta stała się czymś naprawdę poważnym dopiero po drugiej wojnie światowej. Częściowo miała ona za zadanie zakończyć trwające od stu lat napięcie między Francją i Niemcami, częściowo służyła jako gwarancja zapewnienia Europie wspólnej przyszłości z Niemcami, a częściowo miała być sposobem walki przeciwko temu, co postrzegano jako komunistyczną i sowiecką zarazę.

Na początku, w latach mniej więcej1950-1960, była to idea wyraźnie popierana, wręcz promowana, przez rząd Stanów Zjednoczonych. USA widziały szereg zalet współpracy (jedności) europejskiej. Miała ona przyspieszyć odbudowę Europy i sprawić, by stała się solidnym gruntem otwartym na amerykańskie towary. Miała pomóc Francji (a także Wielkiej Brytanii) przezwyciężyć uprzedzenia w stosunku do odnowionej potęgi militarnej Niemiec, która dla USA była kluczem do utrzymania w Europie równowagi w stosunku do Związku Sowieckiego. To właśnie z tych względów znaczna część lewicy europejskiej, nie tylko partie komunistyczne, z podejrzliwością, wręcz wrogością, traktowała dyskusje na temat jedności europejskiej.

Sytuacja zaczęła się zmieniać pod koniec lat 60-tych i na początku 70-tych. Związane to było przede wszystkim z rosnącą potęgą gospodarczą Europy Zachodniej i pojawieniem się oporów co do pozostawania w roli "uzupełnienia" do polityki amerykańskiej na arenie światowej. Pojawiło się przekonanie, że interesy Europy Zachodniej nie muszą być identyczne z tymi, którymi kierują się Stany Zjednoczone. Stosunek do ZSRR był jedną z kwestii. Ewolucja zachodnioniemieckiej Ostpolitik oraz skupienie się na początku lat 80-tych na budowie pan-europejskiego gazociągu (od ZSRR do Europy Zachodniej) były dwoma oznakami delikatnego, ale ostatecznie zniweczonego porozumienia. Oczywiście, tak długo, jak istniał Związek Sowiecki, Europejczycy z Zachodu bali się też, że USA mogą się całkowicie wycofać z kontynentu. W związku z tym starali się nie prowokować za bardzo Ameryki i wyraźnie, w sensie retorycznym, akcentowali swoje przywiązanie do związków z nią. Mimo to jednak Europa okazywała coraz bardziej swoją niezależność od USA, co doprowadziło do ochłodzenia entuzjazmu do idei jedności europejskiej w Ameryce. Jednak ta zmiana w polityce również była przeprowadzona w sposób subtelny - USA w dalszym ciągu głosiły słowa aprobaty. Kiedy tylko Stany Zjednoczone straciły entuzjazm co do jedności europejskiej, Związek Sowiecki, będący, z oczywistych względów, przeciwny tej idei zaczął zmieniać charakter swojej retoryki - pod koniec lat 80-tych Gorbaczow mówił już o jednym europejskim domu. Taka definicja z pewnością nie podobała się USA, jednak Europie Zachodniej przypadła ona do gustu.

Główne napięcia pomiędzy USA a Europą Zachodnią dotyczyły polityki militarnej i gospodarczej. Najbardziej widoczne były kwestie militarne. O ile Francja w 1957 odrzuciła Europejską Wspólnotę Obronną z powodu obaw przed powrotem potęgi Niemiec, dwadzieścia lat później była już ona głównym orędownikiem sił europejskich opartych na współpracy francusko-niemieckiej. Dla Stanów Zjednoczonych był to stanowczo niedobry pomysł, który stwarzał zagrożenie dla ich militarnej dominacji w zachodnim świecie za pośrednictwem NATO. Niemcy znalazły się w ogniu krzyżowym, generalnie optując za współpracą z Francją, jednak w praktyce ociągając się na myśl o jakichkolwiek konkretnych decyzjach. Mimo to dla USA Niemcy były zbyt życzliwie nastawieni do całej tej idei.

O wiele większym powodzeniem w Europie cieszyła się perspektywa unii walutowej. Doprowadziło ono w końcu do pojawienia się 1 stycznia 1999 wspólnej europejskiej waluty - euro (w oryginale czas przyszły: "...support that has now produced the agreement on the euro which comes into existence on Jan. 1, 1999" - MT). USA oficjalnie odniosły się do tych wydarzeń z sympatią, zakładając, podobnie jak twierdziło wówczas wielu, że wkrótce okażą się one nieporozumieniem. I przez jakiś czas tak rzeczywiście było. Ponieważ droga do euro została utwardzona w zgodzie z zaleceniami ekonomii neoklasycznej, mogła ona doprowadzić do pewnych "ubocznych profitów" dla decydentów amerykańskich. Jednak ostatecznie, w skutek stosunkowo dobrych dla ekonomii zmian w świecie oraz francusko-niemieckiej determinacji, doszło do tego, że wszystkie państwa mogły spełnić bez większych problemów warunki wstępne założone w traktacie z Maastricht, i, popatrzmy no tylko, tak oto narodziło się euro.

Wraz z upadkiem komunizmu w latach 1989-91 sytuacja polityczna uległa zmianie, a przewartościowań w świecie gospodarczym dokonał tak zwany kryzys azjatycki 1997-98. Zniknięcie komunizmu miało logicznie doprowadzić do unieważnienia dalszego istnienia NATO - nie było już militarnego zagrożenia ze strony Związku Sowieckiego. W rzeczywistości jednak stało się inaczej - NATO skonsolidowało się i usankcjonowało swój byt jako jedyna prawdziwa policja militarna świata. Dlaczego? Z kilku powodów. Wyzwolenie Wschodniej (Środkowej) Europy spod dominacji rosyjskiej doprowadziło do pojawienia się presji ze strony tych państw do symbolicznego połączenia się z Zachodem, za pośrednictwem NATO i Unii Europejskiej, który to krok miał im zapewnić szybką możliwość realizacji swojego celu - dogonienia Europy Zachodniej pod względem standardu życia. USA zaakceptowały te sentymenty częściowo ze względu na wewnętrzną sytuację polityczną, a częściowo w nadziei, że pozwoli to zniweczyć europejskie plany dotyczące stworzenia autonomicznych sił wojskowych. Niemcy również poparły te starania, pragnąć stać się znowu głównym aktorem na tamtejszej scenie gospodarczej. Natomiast w przypadku Francji chodziło tu o konieczność gwarancji, że nie zostania ona pominięta w walce o wpływy.

Jednak ani Niemcy, ani Francuzi, ani też większość mocarstw europejskich nie zamierzała iść aż tak daleko, żeby pozwolić na nieograniczoną integrację Europy Wschodniej (Środkowej) z Unią Europejską, czy też nawet NATO. Na to nie można było pozwolić z dwóch powodów: Koszty ekonomiczne były zbyt wysokie a ponadto mogłoby to naruszyć delikatny konsens, który właśnie osiągnięto w UE, dotyczący subsydiowania produkcji rolnej oraz transferu dochodu z Północy na Południe, nie mówiąc już o kwestii migracji. Drugi powód miał wymiar bardziej polityczny, jako swoista karta przetargowa na arenie publicznej - wpływ na stosunki z Rosją.

W międzyczasie świat doświadczył wielu politycznych zawirowań - w Zatoce Perskiej, w afrykańskim rejonie Wielkich Jezior, a przede wszystkim na Bałkanach. Wszystkie mocarstwa wiedziały, że należy coś zrobić, aby przywrócić stabilność - ale co? USA szybko zaczęły obwiniać za brak pokoju posługiwanie się ONZ jako narzędziem sprawowania kontroli, nawołując do przyznania tej funkcji NATO. Jednak natychmiast dała tu o sobie znać różnica poglądów między USA a Europą. Od dawna potęgi te były aktywnymi rywalami w walce o wpływy gospodarcze i militarne na tych obszarach. Jednocześnie żadna z tych sił nie paliła się do ponoszenia kosztów związanych z operacjami zbrojnymi. USA promowało ideę, że są one odpowiedzialne za ataki powietrzne, natomiast Europa ma zadbać o siły lądowe. Zachodni Europejczycy, jak można sobie wyobrazić, niezbyt chętnie przyjmują taki podział pracy. W efekcie mieliśmy do czynienia z praktycznym paraliżem jeśli chodzi o skuteczne działania wojskowe. Jeśli usprawiedliwieniem istnienia NATO ma być konieczność działania właśnie w tego typu sytuacjach, to za wynikłe błędy w pierwszym rzędzie trzeba oskarżyć tę organizację. Jednak USA wiedziały, że jeśli porzucą NATO, wówczas nieuniknionym tego rezultatem będzie natychmiastowe stworzenie armii zachodnioeuropejskiej.

Ale napięcia pojawiły się także w sferze światowej polityki gospodarczej. Kiedy Valéry Giscard d'Estaing pod koniec lat 70-tych zaproponował powstanie organizacji G-7, był to dla niego sposób na zapewnienie Francji głównej roli w światowej gospodarce, jednocześnie też może i szansa na ograniczenie pozycji USA w tym względzie. USA odrzuciły taką możliwość i zdecydowały, że organ ten wraz z MFW i Bankiem Światowym będzie kolejnym narzędziem promowania polityki amerykańskiej. Tak zwany kryzys azjatycki w połączeniu z powstaniem euro (czyli w konsekwencji silniejsza pozycja samej Europy Zachodniej) sparaliżował G-7 w podobny sposób, jak równocześnie doszło do paraliżu NATO. Ani Japonia, ani Europa Zachodnia nie poczuwają się do obowiązku akceptowania zaleceń ze strony USA co do postępującej światowej recesji. Zwłaszcza że Ameryka nie zamierza za nią płacić (tak jak nie zamierza ponosić kosztów związanych z wprowadzeniem sił lądowych NATO do akcji). 

W całym tym obrazie pewne wydają się tylko długotrwałe wysiłki zmierzające do wypromowania zjednoczonego aktora zachodnioeuropejskiego, który ma poszukiwać aktywnie możliwości stworzenia mechanizmów politycznych odpowiednich do swojej pozycji ekonomicznej. Równie pewny jest też opór w stosunku do wszystkich tych zamierzeń ze strony nikogo innego, tylko największego sojusznika Europy - Stanów Zjednoczonych. Naciski są wywierane we wszystkich kierunkach, z dwóch stron rywalizujących ze sobą sił. Oczywistym wnioskiem, do którego dojdzie Europa będzie powołanie do życia autonomicznych sił militarnych oraz umocnienie swojej politycznej maszynerii.

Oznacza to, że jest mało prawdopodobne, aby doszło do większej integracji Europy Wschodniej (Środkowej) - z dwóch przyczyn. Zaakceptowanie nowych członków w tej chwili może znacznie skomplikować proces militarnego i politycznego umacniania jej struktur. Drugi powód jest natury geopolitycznej. Skoro Europa ma stać się głównym aktorem na światowej scenie politycznej, jest jedna rzecz, która starania te mogłaby radykalnie umocnić w konfrontacji z USA. Chodzi tu o włączenie Rosji do orbity geopolitycznej Europy. A to z konieczności musi oznaczać tylko jedno, jeśli chodzi o działania Europy Zachodniej - najpierw Rosja, Europa Wschodnia (Środkowa) później. Oczywiście mieszkańcy Europy Wschodniej (Środkowej) obawiają się właśnie takich posunięć ze strony Unii Europejskiej, ale pytanie - czy mogą oni w jakikolwiek sposób im zapobiec? Zbliża się drugie Rapallo, które będzie miało miejsce z tych samych powodów, co pierwsze. Tym, co utrudnia ten proces jest wewnętrzna anarchia panująca w Rosji, a nie ostrożność Europy Zachodniej. Jeśli Lebiedź lub ktoś taki jak on dojdzie do władzy i przywróci silne rządy w Rosji, proces ten nabędzie niesamowitego przyspieszenia.

Nic z tego, co zostało powiedziane powyżej nie dokonuje oceny, czy procesy te są dobre czy złe. Pytanie oczywiście - dobre czy złe dla kogo? Dobre dla samej Europy Zachodniej? Pozostałości po lewicowej opozycji w stosunku do Unii Europejskiej uważają oczywiście, że nie, jednak wątpliwe się wydaje, czy niższym warstwom społeczeństw zachodnioeuropejskich powodzi się gorzej niż miałoby to miejsce, gdyby nie doszło do zjednoczenia Europy. Może dobrze dla Stanów Zjednoczonych? Oczywiście - nie. Dobrze dla państw Południa? To główny argument dla lewicowych oponentów Unii Europejskiej. Bez wątpienia Europa Zachodnia nie będzie zachowywała się w sposób bardziej altruistyczny w kwestii stosunków Północ-Południe niż USA. Jednak fakt istnienia niejednorodnej Północy z pewnością przyniesie korzyści dla Południa, ponieważ dzięki temu ma ono więcej możliwości manewrowania i dążenia do realizacji swoich wspólnych interesów.

Tak się złożyło, że w tym samym momencie, w którym doświadczamy cywilizacyjnego upadku Zachodu oraz powrotu do docenienia roli, może kluczowej, Azji Wschodniej, Europa jako taka ma znowu swoją kulturową szansę. Nie jest jeszcze pewne, w jaki sposób Europejczycy będą w stanie z niej skorzystać.

Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.

 
 
Wrocław, 23.03.2001