Immanuel Wallerstein
Strategia Saddama Hussejna

(komentarz nr 4, 15 listopada 1998)

 

Typowa interpretacja polityki Saddama Hussejna mówi, że mamy tu do czynienia z megalomańskim dyktatorem, który bezustannie testuje wytrzymałość całego świata, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, na swoje ekspansjonistyczne zamiary. Głównym wnioskiem płynącym z takiej analizy jest przekonanie, że USA dysponują odpowiednim zapleczem militarnym oraz politycznym, zdolnym do zaangażowania i innych potęg na świecie, aby powstrzymać zakusy Saddama Hussejna. Interpretacja taka, jak i wnioski z nią związane są całkowicie chybione, jeśli chodzi o ocenę strategii Saddama Hussejna. Saddam Hussejn to tak naprawdę jeden z najzdolniejszych praktyków starożytnej sztuki geopolityki. Kluczowym elementem jego strategii jest aktywne poszukiwanie możliwości wciągnięcia Stanów Zjednoczonych w militarną konfrontację bez końca, nawet jeśli siły, którymi dysponuje on sam zawsze, na krótką metę, okazują się niewystarczające, aby wygrać którąkolwiek z prowokowanych bitew.

Przypuśćmy, że myśli on w następujący sposób. Panująca obecnie w systemie-świecie równowaga sił przynosi korzyści we wszystkich dziedzinach głównie największym światowym mocarstwom - w szczególności Stanom Zjednoczonym, ale też Europie Zachodniej i Japonii - oraz, że ich trwała przewaga ekonomiczna wiążąca się z tym przywilejem jest bezpieczna tak długo, jak długo będą one w stanie kontrolować polityczne struktury na świecie oraz przypisany im potencjał militarny. Załóżmy teraz, że wywnioskował on z tego, że reszta świata nie ma żadnej możliwości przełamania obowiązującego podziału władzy w inny sposób niż na drodze poważnego naruszenia potęgi militarnej Stanów Zjednoczonych, które ma poprzedzać wszelkie inne działania na rzecz przekształcenia systemu-świata, na przykład stworzenie panarabskiego tworu politycznego, który posiadałby określoną pozycję na światowej scenie politycznej. Przyjmijmy dalej, że według niego Związek Sowiecki nie był elementem, który na dłuższą metę mógłby okazać się przydatny w jego strategii, a poważną przeszkodą - potęga militarna Związku Sowieckiego służyła mniej ograniczaniu zapędów militarnych USA, skupiając się przede wszystkim na powstrzymywaniu państw takich jak Irak, żeby nie przeszkodziły one porozumieniom zawartym między ZSRR a USA.

Co by zrobił, gdyby dokonał takiej analizy już w latach 80-tych? Po pierwsze skorzystałby z kredytów naftowych w celu budowy potencjału militarnego. Po drugie, starałby się uzyskać względy zarówno Sowietów, jak i Amerykanów, tych pierwszych traktując jak politycznych sojuszników, a drugich uznając za bastion przeciwko reżimowi w Iranie, uznanemu przez USA (a także ich arabskich sojuszników takich jak Arabia Saudyjska czy Kuwejt) za najbardziej niebezpieczną siłę w Azji Zachodniej. W związku z tym mógłby się pokusić o wywołanie praktycznie samobójczej wojny przeciwko Iranowi, prowadząc ją przez lata, ponieważ oznaczałoby to możliwość uzyskiwania jeszcze większego wsparcia politycznego z zewnątrz, a także otrzymania funduszy i pomocy potrzebnej do stworzenia w dalszej perspektywie własnej potęgi militarnej.

W międzyczasie Saddam Hussejn zdobywał nacjonalistyczne bonusy w świecie arabskim, prezentując się regularnie jako rzecznik interesów Palestyńczyków. Irak, jakby nie patrzeć, był jedynym państwem arabskim praktycznie pozostającym w stanie wojny z Izraelem, nie zgadzając się na podpisanie traktatu pokojowego z 1949 roku. Koszt tamtej decyzji nie był zbyt wielki, jako że Irak nie ma granicy z Izraelem, ale za każdym razem gdy tylko szanse na stworzenie państwa palestyńskiego malały (jak to z pewnością było pod koniec lat 80-tych i na początku 90-tych ze względu na zerwanie rozmów pokojowych), wiarygodność Iraku w świecie arabskim rosła.

Na szczęście dla Saddama Hussejna, gdy ośmioletnia wojna iracko-irańska zaczęła przygasać (oczywiście wcześniej niosąc z sobą niezliczoną ilość ofiar), nastąpił upadek Związku Sowieckiego. Hej, powiedział sobie Saddam Hussejn, teraz mój ruch. Skoro przestała już praktycznie istnieć możliwość powstrzymywania mnie i moich sojuszników z Południa przez Sowietów, mogę się zająć bezpośrednio Stanami Zjednoczonymi. Rzućmy okiem - powiedzmy mała inwazja na Kuwejt. Za jednym razem osiągnę trzy cele: zaspokoję stare nacjonalistyczne żądania irackie, wymarzę znaczną część zewnętrznego długu Iraku, no i zmuszę Stany Zjednoczone do dokonania nieprzyjemnego wyboru. Brzmi to całkiem rozsądnie.

Stany Zjednoczone zostały porażone śmiałością tego posunięcia. Przyjrzały się bliżej potencjałowi militarnemu Iraku i dokonały radykalnego przewartościowania swojej wcześniejszej pozycji w tym względzie. Nie wiedziały, jak zareagować. To właśnie wtedy miał miejsce rzekomy telefon pani Thatcher do George'a Busha: Tym razem nie można odpuścić. Czy miała rację? Pod pewnym względem zdecydowanie tak. Jeśli USA "odpuściłyby", Irak w dalszym ciągu byłby w posiadaniu Kuwejtu, a jego wiodąca rola w polityce Azji Zachodniej byłaby dziś nie do podważenia. Tak naprawdę całkiem niewykluczone, że Arabia Saudyjska byłaby następna. Wizja ta jest odbiciem wizji Saddama Hussejna o staniu się arabskim Bismarkiem (czy też nowym Saladynem), zmuszającym do ponownego zjednoczenia, za pomocą podstępu i dyplomacji, świat arabski, tak by mógł on wreszcie pojawić się, zjednoczony politycznie, na arenie światowej, i stać się na niej głównym graczem.

Stany Zjednoczone zaczęły przygotowywać się do zaprezentowania swojej odpowiedzi. Okazało się to trudniejsze niż teraz nam się wydaje. USA musiały przekonać inne mocarstwa Zachodu. Mimo że Wielka Brytania i kilka innych krajów wyraziły gotowość do działania, inne były raczej ostrożne - przede wszystkim, choć nie tylko, Francja. Nie były również entuzjastyczne stanowiska Kongresu USA ani Połączonych Szefów Doradców Obrony USA (Joint Chief of Staff). Kongresmani i przywódcy wojskowi byli tak niechętni, ponieważ obawiali się tej samej rzeczy - że konfrontacja militarna mogłaby oznaczać długą i kosztowną wojnę - kosztowną nie w sensie finansowym, ale w sensie poniesionych ofiar. Nikt nie chciał powtórki z Wietnamu.

W związku z tym USA zdecydowały się przede wszystkim na działania dyplomatyczne, szybko okazało się jednak że Saddam Hussejn nie będzie negocjował w sprawach zasadniczych. USA postarały się o wydanie przez ONZ odpowiedniej rezolucji, uzyskały zapewnienie o wsparciu militarnym ze strony poszczególnych państw, podpisały odpowiednie porozumienie z Arabią Saudyjską w celu użyczenia przez nią swoich terytoriów pod stacjonowanie wojsk anty-irackich, oraz otrzymały zgodę na współfinansowanie akcji ze strony Niemiec, Japonii, Arabii Saudyjskiej i Kuwejtu). Mając do dyspozycji te auty, USA zaatakowały. Oczywiście nie oznacza to, że akcja ta zaskoczyła Saddama Hussejna. Z pewnością wolałby on, żeby Stany Zjednoczone "odpuściły", jednak myślał, że nawet gdy USA zdecydują się na interwencję wojskową, to i tak przegrają.

Nie chodziło jednak o przegraną militarną, tylko polityczną. I nie mylił się. USA oczywiście zwyciężyły militarnie, i to zadziwiająco sprawnie. Siły irackie zostały wyrzucone z Kuwejtu. Wówczas Stany Zjednoczone musiały zdecydować, co robić dalej. Znamy scenariusz, który miał się zrealizować: 1). Siły anty-irackie rezygnują z marszu i Bagdad i wycofują się z Iraku, 2). USA zapewnia schronienie dla mniejszości etnicznych na północy i południu Iraku, 3). ONZ zobowiązuje USA do przeprowadzenia działań mających na celu ogołocenia Iraku z większości jego potencjału militarnego.

Dlaczego USA nie zdecydowały się na marsz na Bagdad i wypędzenie Saddama Hussejna? Z dwóch istotnych powodów. Po pierwsze oznaczałoby to konieczność włączenia do operacji sił lądowych, co mogłoby oznaczać wiele ofiar oraz długoletnią okupację wojskową kraju. Po drugie nie istniała wyraźna alternatywa gdyby doszło do obalenia reżimu irackiego. Wielkim ryzykiem była dezintegracja Iraku, która prawdopodobnie doprowadziłaby do jeszcze większego umocnienia Iranu i zagrożenia Arabii Saudyjskiej, podobnie jak to miało miejsce w przypadku agresji Iraku na Kuwejt. Prawie wszyscy, od sił zbrojnych USA do rządu saudyjskiego, odradzali tę opcję. George Bush dostosował się do tych opinii.

Ale co dalej? Dwie rzeczy: postarajmy się zapewnić obalenie Saddam Hussejna za pomocą tajnych działań, które USA bez wątpienia przeprowadzały, jednak bez powodzenia, po drugie - doprowadźmy do zniszczenia potencjału militarnego Iraku, co udało się tylko częściowo. Jak Saddamowi Hussejnowi udaje się przeciwstawiać Stanom Zjednoczonym? Przede wszystkim dzięki rządom sprawowanym silna ręką, które praktycznie uniemożliwiają jakąkolwiek akcję przeciwko niemu, mimo tego, że wielu zwykłych ludzi boleśnie odczuwa skutki działań wojennych i blokady kraju. Po drugie stara się szukać szans na porozumienie z Europą Zachodnią, Rosją oraz Chinami w celu osłabienia politycznego USA. Po trzecie - próbuje ponownie zmusić Stany Zjednoczone do wyboru pomiędzy okazaniem swojej niemocy z jednej strony a możliwą izolacją na światowej scenie politycznej z drugiej. Najbardziej efektywną strategią prowokacji jest prowadzenie drastycznych działań zaczepnych, a następnie wycofanie się w ostatniej chwili. Minimalizuje to możliwość interwencji militarnej, oznaczając jednocześnie trwałe osłabianie pozycji USA na arenie międzynarodowej.

Tak więc znowu jesteśmy w punkcie wyjścia, a USA znowu są postawione przed koniecznością dokonania trudnego wyboru. Saddam Hussejn powstrzymał kontrole ze strony ONZ i zagrał wszystkim na nosie. Prezydent Clinton zareagował 13 listopada: "Nikt nie będzie tolerował swobody Iraku w bezkarnym rozwijaniu prac nad nowymi rodzajami broni". I wówczas, w ostatniej chwili Irak stwierdził, że dopuści po raz kolejny kontrolę z ramienia ONZ. Oświadczenie Clintona wyraża istotę starań amerykańskich i strategii Saddama Hussejna. Właśnie do tego zmierza - do bezkarnej produkcji broni masowej zagłady. Liczy na dwie rzeczy. Po pierwsze na zdobycie światowego poparcia dla przekonania, że nie światowego monopolu USA na "broń masowej zagłady", a po drugie liczy na to, że Stany w końcu znajdą się na mieliźnie w swojej polityce, co doprowadzi do ostatecznego osłabienia ich siły politycznej (zwłaszcza w Europie, a także w oczach amerykańskiej opinii publicznej), co dla niego jest powolnym, długotrwałym, ale nieuniknionym procesem. Jeśli, na dodatek, negocjacje palestyńsko-izraelskie znowu się załamią, ponownie będzie mógł liczyć na to, że opowie się za nim potężna siła w postaci arabskiego nacjonalizmu.

USA w najbliższych latach będą prawdopodobnie kontynuowały bombardowania Iraku, bez wątpienia bardziej skutecznie niż do tej pory. Jednak wróci to samo pytanie - Czy maszerować na Bagdad? Czy USA będzie stać na zorganizowanie obalenia reżimu? Saddam Hussejn liczy na to, że żadna z tych rzeczy się nie wydarzy i że za dziesięć lat jego strategia zacznie przynosić efekty. Pamiętajmy - nie unika on konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Prowokuje ją i z niej skorzysta.

Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.

 
 
Wrocław, 23.03.2001