Immanuel Wallerstein
Świat a George W. Bush

(komentarz nr 56, 15 stycznia 2001)

 

George W. Bush to pierwszy prezydent USA 21 wieku. Cały świat zamarł w niepokoju. Poza Stanami Zjednoczonymi wszyscy nagle zdają sobie sprawę ze swojego szacunku do Billa Clintona. Z ich punktu widzenia okazał się on o wiele lepszym prezydentem, niż kiedykolwiek myśleli. I to nie ze względu na powszechną zgodę, która towarzyszyła wszystkim, lub prawie wszystkim, jego programom politycznym. Jest tak, ponieważ świat uznał go za inteligentnego, świetnie się orientującego, gotowego wysłuchać wszystkich racji, a przede wszystkim najlepszego z możliwych prezydenta w dobie, gdy politykę USA charakteryzowały arogancja i egoizm - to, co Francuzi nazywają pis aller.

Reszta świata miała nadzieję (i spodziewała się), że Al. Gore zostanie następnym prezydentem po Clintonie i będzie kontynuował jego politykę. Wyniki wyborów były zaskoczeniem i spowodowały konsternację. Świat obawia się, słusznie zresztą, że George W. Bush nie posiada żadnej z cech Clintona i że za jego rządów siła, arogancja i egoizm będą się rozwijały bez żadnych zahamowań. Sugerowałem już (komentarz nr 47, 1 września 2000), że w polityce zagranicznej USA nie nastąpią jakieś radykalne zmiany, nawet jeśli prezydentem zostanie Bush, a nie Gore. Jednak nawet jeśli mamy tu do czynienia z podobieństwami, trzeba je wyraźnie zdefiniować.

Kiedy mówi się, że w Stanach Zjednoczonych dwu-twarzowa polityka zagraniczna, oznacza to, że od 1945 roku obydwie dominujące partie polityczne zgadzają się co do podstawowych wyznaczników polityki zagranicznej USA. Od 1945 roku aż do dzisiaj polityka ta jest ciągła i spójna i nigdy tak naprawdę nie zmieniała się w momencie dojścia do władzy nowego prezydenta. Przyjmując to trzeba zauważyć, że każda z partii posiada oczywiście w swoich szeregach znaczne grupy polityków, którzy poszukują możliwości znacznego przesunięcia akcentu w polityce zagranicznej. W Partii Demokratycznej istnieje skrzydło (lewicowe), które pragnie realizować bardziej "miękki" program (uformowany pod wpływem ruchów na rzecz pokoju), bardziej otwarty na potrzeby i roszczenia pozaeuropejskich regionów na świecie. Właśnie to doprowadziło do rozłamu w Partii Demokratycznej podczas wojny w Wietnamie.

Partia Republikańska posiada skrzydło (prawicowe), które akcentuje dwie kwestie: z jednej strony większy izolacjonizm (niechęć w stosunku do Organizacji Narodów Zjednoczonych, brak gotowości wydawania pieniędzy na projekty pomocowe, sceptycyzm co do konieczności realizowania "misji pokojowych"), a z drugiej strony machoistyczny militaryzm (więcej pieniędzy dla sił zbrojnych, zwłaszcza na systemy uzbrojenia, reakcja pełna agresywnej niechęci na wieść o rozwoju potencjału militarnego przez inne państwa, włącznie z tak zwanymi sojusznikami, twarda polityka wobec Chin i Rosji).

Dało się już powszechnie zaobserwować, że Bush starannie podchodzi do kwestii, które w tak wyraźny sposób dzielą jego zwolenników, nawet co do kwestii polityki wewnętrznej. Jak na razie udowodnił, że z rozłamami będzie się zmagał, dostarczając każdej z grup osobnej "strawy" bazującej na niejasnej retoryce. I jak na razie (w czasie kampanii wyborczej) okazywało się to skuteczne. Pytanie jednak, czy taktyka ta sprawdzi się również w sprawach polityki zagranicznej, biorąc zwłaszcza pod uwagę fakt, że Bush nie przewodzi znaczącej większości w Kongresie USA.

Zaspokoił oczekiwania adeptów tradycyjnej polityki USA, powołując na stanowiska osoby w sprawach polityki zagranicznej, obrony i gospodarki znane z działalności w administracji jego ojca. Z kolei wybór Roberta Zoellicka na doradcę do spraw handlu postrzegane jest jako zapewnienie o kontynuowaniu zapędów globalistycznych jego poprzednika. Ale Bush nie zapomniał również o innych frakcjach w Partii Republikańskiej. Colin Powell został Sekretarzem Stanu USA, a znany jest on ze swojej ostrożności, daleko posuniętej, w wysyłaniu oddziałów amerykańskich w misje na świecie. Donald Rumsfeld pełni funkcję Sekretarza Obrony - ten polityk z kolei wsławił się swoim absolutnym oddaniem sprawie budowy tak zwanego systemu Narodowej Obrony Antyrakietowej (NMD - National Missile Defense).

Ani Powell, ani Rumsfeld nie są ekstremistami w obozach "izolacjonistów" i "macho-militarystów", z drugiej strony nie oznaczają zerwania z tymi tendencjami. Trzeba też zauważyć, że w jednoczesnym przyjęciu obydwu tych postaw kryje się poważna sprzeczność, przynajmniej na poziomie taktycznym. Sprzeczność, czyli zamieszanie. Stąd niepokój, który zapanował na świecie.

W tym krótkim okresie czasu po ogłoszeniu Busha zwycięzcą, niepokój ten dał o sobie znać na kilka sposobów. Obywatele Korei Południowej wyrazili obawy, że Bush nie będzie kontynuował inicjatyw w stosunku do ich kraju, które rozpoczął Clinton, w związku z czym podważony zostanie "słoneczna" polityka Kim Dae-Jonga. Lee Kuan Yew z Singapuru, ten, który ma zapewniać odpowiednią obecność USA w Azji, a jednocześnie nie szczędził wysiłku, by przezwyciężyć dystans dzielący rządy chińskie w Pekinie i na Tajwanie, wyznał, że rozwój systemu NOA może zniweczyć nadzieje na znalezienie wspólnego języka między nimi.

W tym samym czasie, gdy ludzie Busha sugerowali, że należy przyjąć twardszą postawę w stosunku do Saddama Hussejna, ostatni sojusznik polityki USA w regionie, Wielka Brytania wyznała, że naciska na USA, aby zakończyły realizację polityki "bez przelotów" w południowej i północnej części Iraku, która została jednostronnie wprowadzona przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię.

Większość światowych obaw dotyczy NOA. Premier Kanady okazał dyplomatycznie swój całkowity brak entuzjazmu w stosunku do tej idei. W Europie również nikt nie sądzi, że jest to doskonały pomysł. To chyba z tego powodu Europa w przesadny sposób zareagowała na doniesienia o zagrożeniu ze strony zubożonego uranu użytego przez wojska amerykańskie podczas operacji w Kosowie. Mówię "przesadny" nie dlatego, że twierdzę, że nie widzę niczego złego w stosowaniu takich środków bojowych jak gaz trujący. Przesadny dlatego, że większość rządów europejskich wiedziała o tym od dawna.

Chodzi raczej o to, że USA wydają się myśleć, że NATO stanowi strukturę, która zmusza wszystkie kraje członkowskie do współdziałania - wszystkie oprócz Stanów Zjednoczonych. Rząd włoski w związku z tym jest słusznie zatroskany tym, że jego żołnierze w konsekwencji zachorowali na białaczkę. Oczywiście nie tylko włoski. Francja wydaje się odgrywać rolę kogoś, kto na arenie publicznej oznajmia to, co inne państwa europejskie zachowują tylko dla siebie. 10 stycznia Prezydent Komisji Obrony Francuskiego Zgromadzenia Narodowego, Paul Quiles, stwierdził, że sprawa ta jest odbiciem "jednego z kluczowych problemów NATO", czyli tego, że "Amerykanie, w ramach sojuszu atlantyckiego, zdają się przejawiać tendencję do podejmowania decyzji jednostronnie, bez informowania swoich partnerów, nawet gdy już dany fakt zajdzie".

USA są w pełni świadome, co kryje się za debatą na temat broni z zubożonym uranem. Struktura NATO, a właściwie samo jego istnienie, oparte jest właśnie na takim "podziale pracy". Donald Rumsfeld w swoim przesłuchaniu przed Kongresem po swojej nominacji, już wyraził swój zdecydowany sprzeciw wobec autonomicznej armii europejskiej, która, jak twierdzi, zagroziłaby strukturze NATO.

Jaki będą skutki tego wszystkiego? Clinton robił co mógł, aby spowolnić tempo osłabiania pozycji USA w świecie. Ekipa Busha sądzi, że nie starał się wystarczająco. Zamierzaj w związku z tym wprowadzić korekty. W rezultacie doprowadzą prawdopodobnie do jeszcze większego przyspieszenia tego procesu.


Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.

 
 
Wrocław, 05.04.2001