Immanuel Wallerstein
Od słońca do burzy? Opowieść koreańska

(komentarz nr 60, 15 marca 2001)

 

Prezydent Republiki Korei, Kim Dae-Jung, rozpoczął realizację inicjatywy dyplomatycznej, którą nazwał polityką "Słońca". Jej celem jest doprowadzenie do wyraźnego poprawienia stosunków między dwoma Koreami, Północną i Południową. Przez jakiś czas przynosiła sukcesy, których nikt się nie spodziewał. Jednak aktualnie została ona wstrzymana ze względu na wybory w USA, podczas których żaden z kandydatów nawet nie wspomniał o półwyspie koreańskim.

Podczas Zimnej Wojny cztery państwa zostały podzielone na dwa obozy, tworząc oddzielne struktury państwowe. Były to Niemcy, Wietnam, Chiny oraz Korea. We wszystkich tych państwach sentymenty narodowościowe mające na celu ponowne zjednoczenie pozostawały niezmiernie silne. W nich wszystkich przepaść ideologiczna była bardzo szeroka. Każde miało swoją własną historię i geografię. Dwa z nich doczekały wreszcie zjednoczenia - Niemcy i Wietnam - praktycznie w przeciwny sobie sposób. W Niemczech część komunistyczna przestała istnieć i została wchłonięta przez część nie-komunistyczną. W Wietnamie było odwrotnie.

Wszystkie te cztery państwa znajdowały się na linii frontu w sensie działań wojennych. Jednak w przypadku Niemiec i Chin, działania te znacznie ograniczone, podczas gdy Korea i Wietnam musiały przetrwać potężne, niszczycielskie wojny. Generalnie, Stany Zjednoczone, które były głównym aktorem we wszystkie czterech spektaklach przegrały wojnę w Wietnamie. Wojna Koreańska, w której Chińczycy wzięli bezpośredni udział, zakończyła się rozejmem. Nikt nie wygrał. Granice są dziś mniej więcej takie same, jak przed wojną. Dwie strony są odseparowane, wciąż, po 48 latach od daty podpisania wstrzymania ognia, ciężko uzbrojoną ziemią niczyją, zwaną SZ (Strefą Zdemilitaryzowaną).

Aż do 1999 roku między Koreą Północą a Południową nie było żadnych kontaktów - gospodarczych, dyplomatycznych, czy nawet telefonicznych. Nawet osobiste kontakty między granicami były uznawane za akt zdrady. Właśnie w takiej sytuacji Kim Dae-Jung pragnął zakończyć politykę "Słońca". Aby zrozumieć, co się stało, musimy spojrzeć na priorytety czterech kluczowych bytów politycznych, które są zaangażowane w ten konflikt: Koreę Północną, Koreę Południową, Chiny oraz Stany Zjednoczone.

Korea Północna jest dziś jedynym nie-zreformowanym państwem komunistycznym w starym stylu: system jednopartyjny bez istniejącej sfery publicznej; przemysł państwowy bez udziały prywatnych właścicieli oraz bardzo niski poziom wymiany gospodarczej z innymi państwami; silny militarystyczny establishment, mocne przywiązanie ideologiczne, publicznie manifestowane, do ich wersji leninizmu. Jak wszyscy wiemy, państwo to podczas ostatnich dziesięciu lat przeżywało dotkliwe trudności gospodarcze - upadek Związku Sowieckiego jeszcze bardziej pogłębił istniejące wcześniej problemy ekonomiczne.

Priorytetem tego reżimu wydaje się być przetrwanie w mniej więcej niezmienionej formie. Choć najprawdopodobniej pragnąłby on zjednoczenia Korei, będzie się go jednak domagał jedynie na własnych warunkach, których nie da się zrealizować. Wśród jego członków żywa jest obawa przed ponownym wybuchem wojny koreańskiej, oraz przekonanie, że USA stara się zniszczyć reżim. Wierzą, że jedyną rzeczą, która zapobiegnie temu jest rozbudowa swojego potencjału militarnego. W aktualnym stanie postępu technologicznego w dziedzinie militarnej, Korea Północna przekonana jest, że oznacza to konieczność stworzenia broni nuklearnej oraz pocisków o dalekim zasięgu, które produkuje się tam od dawna.

Priorytety Korei Południowej są raczej odmienne. Korea Południowa przez ostatnie dwadzieścia pięć lat przeżywała znaczący wzrost gospodarczy, w związku z czym priorytetem numer jeden jest dla niej utrzymanie tej nowo-zdobytej siły ekonomicznej i możliwość korzystania z niej. Korea Południowa poszukuje również spełnienia narodowego, pragnąc odgrywać większą rolę w geopolityce azjatyckiej. Dlatego poszukuje możliwości odbudowania związków z Koreą Północną, częściowo z powodów sentymentalnych (zarówno narodowych, jak i ludzkich - problem podzielonych rodzin), częściowo ze względów gospodarczych, a częściowo z powodów geopolitycznych.

Obserwując gospodarcze skutki ponownego zjednoczenia Niemiec dla Niemiec Zachodnich, obawiają się na razie rzeczywistego połączenia, bądź na zasadzie umów dwustronnych, bądź w konsekwencji upadku reżimu w Korei Północnej. Jednak wydaje im się, lub tak przynajmniej myśli obecny rząd (wspierany przez większość, ale nie całą opinię publiczną), że aktualne poważne trudności ekonomiczne Korei Północnej sprawiają, że jej reżim staje się bardziej otwarty na większe zbliżenie z Koreą Południową niż chce tego sama Korea Południowa. Korea Południowa sądzi, że Chiny przychylnie patrzą na ich propozycje w tym zakresie, i liczy na Chińczyków, ostatnich przyjaciół dyplomatycznych Korei Północnej, że zachęcą oni Koreę Północną do przystąpienia do takich negocjacji.

I Chiny właśnie to robią. Chiny może i nie są zainteresowane tak naprawdę rzeczywistym zjednoczeniem Korei, ponieważ oznaczałoby to pojawienie się nowego, zbyt dużego aktora na scenie wschodnio-azjatyckiej. Jednak Chiny sądzą, że reżim północno-koreański nie będzie w stanie przetrwać bez radykalnych zmian w swojej polityce gospodarczej, a propozycje Korei Południowej mogłyby to umożliwić. Chiny obawiają się też odnowienia jakichkolwiek konfliktów, ponieważ bez wątpienia oznaczałyby one usztywnienie stosunku USA do Chin i stały się okazją dla militarnego wzmocnienia rządu na Tajwanie. Ponadto Chiny wycofały wszystkie swoje siły z półwyspu koreańskiego w 1953 roku i raczej nie spieszą się do ich ponownego wysłania w ten rejon.

W ten sposób przechodzimy do Stanów Zjednoczonych. W czasie administracji Clintona USA musiały, z oporem, realizować politykę popierania propozycji Korei Południowej. Interesy USA są dość odmienne od tych pozostałych państw. Globalnym priorytetem militarnym Stanów jest ograniczanie sił militarnych innych krajów, o ile kontrola nad nimi nie jest przekazana USA. Działają tak nawet w stosunku do Europy Zachodniej. I oczywiście takie też jest ich nastawienie i w stosunku do Korei Północnej. USA obawiają się w dzisiejszym systemie-świecie przede wszystkich "rozprzestrzeniania" - słowo to odnosi się do prób innych państw, mających na celu zdobycie broni, którą już posiadają Stany.

W kampanii USA przeciwko rozprzestrzenianiu Korea Północna jest głównym demonem. Jej reżim jest całkowicie wrogi interesom USA. Dysponuje technologią, dzięki której zbliża się do stworzenia najpotężniejszego na świecie potencjału nuklearnego. Przejawia wielką aktywność w poszukiwaniu możliwości zwiększenia swojego arsenału. USA pragnęłyby oczywiście pogrzebać te wysiłki. Ale nie jest to łatwe. Mogą spróbować grozić Korei Północnej, ale nie jest pewne, czy są na to przygotowane, z czego Korea Północna zdaje sobie sprawę. Mogą spróbować zabiegów dyplomatycznych, ale wówczas musiałyby być gotowe do kompromisu. Może też grać na zwłokę. W pewnym sensie początkowe starania Clintona były właśnie nastawione na grę na zwłokę. Osiągnięciem Kim Dae-Junga było właśnie przekonanie rządu Clintona, że dyplomacja to coś lepszego niż gra na zwłokę.

USA, Korea Północna i Korea Południowa toczą swoją rozgrywkę od kilkunastu lat. W grudniu ubiegłego roku wydawało się, że jej efektem stało się porozumienie, w którym Korea Północna ograniczy swój potencjał technologiczno-militarny w zamian za znaczną pomoc gospodarczą. Mówiło się, że Clinton był gotowy polecieć w grudniu do Phenianu, aby przypieczętować kontrakt. Jednak dwie rzeczy go powstrzymały: po pierwsze kataklizm na Florydzie, a po drugie gdy już okazało się, że nowym prezydentem zostanie Bush, dał on jasno do zrozumienia, że nie będzie realizował żadnych porozumień tego typu. No więc Clinton nie poleciał.

Od rozpoczęcia rządów przez Busha USA cały czas powtarzają, że nie tylko nie podpiszą tego porozumienia, ale też że nie zamierzają wznawiać rozmów z Koreą Północną. Dlaczego? Z dwóch oczywistych powodów. Pierwszy to ten, że ludzie Busha są obciążeni prawicową wersją mentalności zimnowojennej - komunistom nie można ufać, przemawia do nich tylko twarda ręka. Jednak o wiele ważniejsze są chyba ich własne intencje w sensie technologii militarnej. Rząd Busha całą parą kieruje się w stronę stworzenia tak zwanego systemu Narodowej Obrony Antyrakietowej (NOA), spłaszczając i wyostrzając pojęcia wrogów i przyjaciół. Robią tak częściowo dlatego, że wierzą, że USA powinny zyskać w geopolityce status super-macho, a częściowo z tego powodu, że takie nastawienie oznacza dla niektórych ludzi potężne profity ekonomiczne.

Jednak zrealizowanie programu NOA nie jest wcale proste. Nawet w samych USA jest wiele głosów przeciwnych. Głównym argumentem retorycznym, którym posługują się ludzie Busha, aby przeforsować potrzebę NOA, są złe intencje reżimu Korei Północnej. Trudno by więc oczekiwać, żeby zbili jeden ze swoich głównych argumentów doprowadzając do porozumienia z Koreą Północną.

Biedny KimDae-Jung, biedna Korea Północna - uwięziona między skałą a lądem. Wygląda na to, że jeszcze przez jakiś czas chmury na horyzoncie pozostaną czarne.

Immanuel Wallerstein

 


Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.

 
 
Wrocław, 04.05.2001