Immanuel Wallerstein
Jest nam bardzo przykro

(komentarz nr 62, 15 kwietnia 2001)

 

Dzięki tej frazie, powtórzonej dwa razy w liście ambasadora amerykańskiego w Chinach do ministra spraw zagranicznych Chin z 11 kwietnia, rząd chiński zgodził się na opuszczenie przez 24 członków załogi samolotu amerykańskiego Wyspę Hainan, "ze względów humanitarnych" oraz ich powrót do USA. Jak można by zinterpretować tego słownego ping-ponga w świetle stosunków między USA a Chinami na przestrzeni ostatnich dwustu lat?

Nie trzeba było długo czekać po opublikowaniu przeze mnie Komentarza nr 61 (Obóz militarystów w USA) dotyczącego walki wewnątrz Partii Republikańskiej pomiędzy konserwatystami gospodarczymi a macho-militarystami, aż moja wizja uzyska potwierdzenie w konkretnych wydarzeniach. Stwierdziłem, że obydwie te grupy nie tylko wyrażają odmienne interesy, ale że Bush zmuszony do wyboru, z pewnością opowiedziałby się za interesami tej pierwszej. I tak też się stało. Na początku wyrażał się twardo, wręcz prowokująco, ale wkrótce zmienił ton na bardziej wyważony, dyplomatyczny. Dzięki temu udało mu się osiągnąć połowę tego, co zaplanował. Oczywiście, jak zauważyli obserwatorzy na świecie, podobny podział dał się zauważyć w rządzie chińskim - ten sam obóz zwyciężył. Wstępniak w New York Times z sympatią stwierdził, że mieliśmy tu do czynienia z "pewnego rodzaju przystosowaniem się, z obydwu stron".

Przystosowanie spotkało się podobną reakcją po obydwu stronach. W USA, choć z sposób publiczny, obóz militarystyczny był rozczarowany postępowanie Busha. Wpływowy konserwatywny Weekly Standard dopuścił się jego publicznej krytyki słabości okazanej przez prezydenta. A z tego, co odnotowano w prasie chińskiej, widać było powszechne niezadowolenie, że rząd tak łatwo ugiął się pod naciskiem Stanów. Jaki był jednak bezpośredni rapport de forces podczas tej konfrontacji i jak można go wpisać w rozwój historycznych stosunków między tymi mocarstwami?

Czego chciała każda ze stron  jakie miała atuty w garści? USA chciały natychmiastowego przekazania personelu oraz samolotu. Tego właśnie domagał się Bush, gdy afera wybuchła. Chińczycy chcieli przeprosin oraz obietnicy ograniczenia lotów wywiadowczych w pobliżu ich terytorium. Jako rezultat otrzymaliśmy coś pośredniego. Bushowi oddano personel, choć nie natychmiast. Samolot jednak znajduje się wciąż w posiadaniu Chińczyków i pewnie zostanie jeszcze u nich.

Chińczycy uzyskali coś mniejszego od przeprosin, ale znacznie więcej niż USA chciały im dać. Stany najpierw milczały, potem wyraziły "ubolewanie", potem stwierdzili, że jest im "przykro", a w końcu - że "jest im bardzo przykro". Amerykanie mówili jedynie po angielsku. Chińczycy przetłumaczyli zwrot "bardzo nam przykro" na dwa sposoby. Użyli jednego terminu będącego mniej więcej odpowiednikiem "przykro nam" z powodu śmierci chińskiego lotnika. Drugi termin, mający mocniejszą wymowę, jest bliski "przeprosin" i brzmi "bardzo nam przykro, że wylądowaliśmy bez waszej zgody na waszym terytorium". To prawda, jak zauważył Henry Kissinger, że choć wyrażenia te wywarły duży wpływ na zakończenie konfliktu, tego - tu i teraz, prawdopodobnie za kilka miesięcy zostaną całkowicie zapomniane.

Co kryło się za tymi przepychankami słownymi? Przed tym incydentem Bush wyznał, że nie uważa Chin za "strategicznego partnera", tylko raczej za "strategicznego rywala". Z punktu widzenia analityka wydarzeń, Chiny są z pewnością i tym, i tym. USA i Chiny jednakowo liczą na znaczne zbliżenie w sensie stosunków gospodarczych w ciągu najbliższych dwudziestu lat, żeby udało się sprostać wyzwaniom, które z pewnością oczekują obydwa te państwa. To fakt, że amerykańskie kręgi biznesowe wyraźnie wpłynęły na Busha, co w rezultacie wpłynęło na sposób, w jaki prezydent poradził sobie z tą sytuacją. Ale może coś podobnego zdarzyło się i w Chinach?

Przede wszystkim mamy tu do czynienia ze strategicznymi partnerami w gospodarce-świecie, przynajmniej w chwili obecnej i jeszcze przez kilka następnych dekad. Jednocześnie są oni strategicznymi rywalami na arenie militarnej. USA pragnie utrzymać swoją obecną pozycję jako najpotężniejsza (właściwie nieusuwalna) siła w rejonie Azji Wschodniej. Chińczycy z pewnością mają nadzieję, że pozycja ta zostanie naruszona, a może i że USA znikną stamtąd w ogóle. Sposób, za pomocą którego Chiny chcą zrealizować plan wyparcia Stanów z regionu polega na budowie własnej potęgi militarnej, próbach rozwiązania konfliktu w Korei oraz ostatecznego wchłonięcia Tajwanu. Tak więc przedstawiciele obozu militarystów po obydwu stronach mają wiele geopolitycznych argumentów, których mogą użyć dla wsparcia swojego stanowiska za każdym razem, gdy pojawi się jakiś problem.

Historia stosunków między tymi dwoma państwami sięga początków dziewiętnastego wieku. Wówczas handlowcy z Nowej Anglii (intelektualni, a czasami i rzeczywiście przodkowie dzisiejszych wielkich przedsiębiorców amerykańskich) przypłynęli po raz pierwszy do wybrzeży Chin w poszukiwaniu możliwości handlu. Zaraz potem zawitali tuż po nich misjonarze protestanccy ze Stanów. (Pamiętajmy, że w amerykańskich seminariach protestanckich w dziewiętnastym wieku istniała hierarchia w przydzielaniu studentów: najlepsi wysyłani byli do Chin i Japonii, gorsi do Indii, a najsłabsi do Afryki).

Tym, co najbardziej dręczyło kupców z USA była dostępność. Była ona ograniczana przez dwa czynniki: urzędników chińskich oraz inne zachodnie potęgi (a także Japonię). USA postanowiło wspierać "reformatorów" przeciwko chińskim urzędnikom (tak jak to ma miejsce dzisiaj). W ramach działań przeciwko zewnętrznym siłom Sekretarz Stanu USA John Hay ogłosił w 1899 roku "politykę otwartych drzwi". Dzisiaj obce siły nie są w stanie powstrzymać USA przed dostępem do Chin, jednak miejscowi urzędnicy jak najbardziej mają taką możliwość.

Pomiędzy Powstaniem Bokserów w 1900 roku przeciwko "obcym diabłom" (misjonarzom chrześcijańskim i tym, którzy przyjęli chrześcijaństwo), która była częściową reakcją przeciwko "polityce otwartych drzwi", a wejściem Chińskiej Partii Komunistycznej do Szanghaju w 1949 roku, USA nie było zbyt pewne, kim są ci "reformatorzy", do których chcieli się zwrócić. Przede wszystkim, czy komuniści byli modernizatorami czy wrogami? To właśnie dlatego prawica Republikanów na początku lat 50-tych oskarżała wielu dyplomatów, polityków i naukowców za "zdradę Chin". Tu należy upatrywać źródeł odmowy uznania rządu Chin i bardzo silne popieranie, od samego początku, rządu na Tajwanie.

Zapominamy dzisiaj, że USA i Chiny rozpoczęły walkę z sobą pół wieku temu. Stało się to wtedy, gdy obydwa państwa zaangażowały się w konflikt koreański. Zapominamy też, że Chińczycy byli bliscy wygrania tej wojny, i że najlepszym rozwiązaniem dla Amerykanów wówczas było zakończenie wojny na pozycjach zbliżonych do tych, od których zaczęli konflikt. Batalia ta tak naprawdę do dzisiaj się nie zakończyła, choć oddziały chińskie dawno już opuściły terytorium Korei, podczas gdy amerykańskie - nie.

W latach 50-tych Chiny były na pierwszym miejscu listy wrogów USA, prześcigając w tym względzie Rosję. Ale wkrótce, w 1960 roku, nastąpiło historyczne rozstanie się Chin i Rosji, a w 1972 roku Nixon (przez długi czas rzecznik militarystycznego podejścia do kwestii stosunków z Chinami) odbył podróż do Pekinu, spotkał się z Mao Tse-tungiem i rozpoczął realizację "strategicznego partnerstwa", które były przede wszystkim skierowane przeciw Rosji. Każda ze stron musiała odpowiednio dostosować się do tej strategii. Z chińskiej strony rozpoczęło się ponowne otwarcie na handel światowy (czyli amerykański również). Ze strony USA porzucona została polityka dwóch Chin, uznanie rządu chińskiego (George Bush, ojciec, był jednym z pierwszych ambasadorów amerykańskich w Chinach) oraz zgoda na przywrócenie roli kontrolnej Chin w Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Tym, czego obydwa mocarstwa się jednak nie pozbyły były ambicje militarne. USA nie zrezygnowały z Tajwanu, choć nie popierały go już tak agresywnie jak przedtem. Chiny natomiast nie zrezygnowała ze swoich aspiracji, i nie tylko dozbroiły się, ale zaczęły też dozbrajać innych na całym świecie, jeśli tylko mogli oni stać się drzazgą w oku dla Stanów. Taka jest też sytuacji i dzisiaj.

Ostatni incydent pokazuje, że żadna ze stron nie jest w stanie ani poradzić sobie bez konkurenta w sferze ekonomicznej, ani doprowadzić do militarnej konfrontacji z nim. Pytanie: jak wszystko to rozwinie się w ciągu najbliższych dwudziestu lat? Sądzę, że Chiny staną się potężniejsze, a USA słabsze. I to jest właśnie dylemat Busha.

Immanuel Wallerstein

 


Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.

 
 
Wrocław, 23.04.2001