Immanuel Wallerstein
Rosja bez znaczenia?

(komentarz nr 65, 1 czerwca 2001)

 

Na początku tego roku uznany magazyn francuski, Critique, przygotował specjalny numer poświęcony Moskwie w roku 2001, z większością tekstów rosyjskich autorów. W słowie wstępnym od redakcji numer został przedstawiony w następujący sposób:

Pewnego razu był sobie ZSRR. Hołubiony czy nienawidzony, ale zawsze ważny. Dzisiaj istnieje Rosja, lecz czy kogokolwiek to obchodzi? Ale przecież, można by powiedzieć, cały czas jest o niej głośno. Otóż nie! Mówimy (słusznie) o Czeczenii. Mówimy o mafii i nuworyszach. Rosja dzisiaj została zredukowana do obrazka przedstawiającego kilka szczegółów rozbitych o ścianę obojętności.

Czy to prawda? Czy rzeczywiście nikogo to nie interesuje? I czy taki stan rzeczy może mieć miejsce w systemie-świecie w dwudziestym pierwszym wieku?

Spójrzmy najpierw na samą Rosję i to, w jaki sposób widzi ona samą siebie. Era Gorbaczowa to była prawdziwa zawierucha, w tym sensie, że wszystko toczyło się bardzo szybko i pędziło w kierunku, którego nikt nie oczekiwał zanim Gorbaczow nie doszedł do władzy. Praktycznie natychmiast cała struktura imperium sowieckiego obróciła się wniwecz, a w 1991 roku ZSRR przestał istnieć. Nastała Rosja z Jelcynem.

Jelcyn przetrwał dekadę, dziesięć lat "okresu przejścia", jak nazwano wówczas ten okres. Przedsiębiorstwa państwowe przestały istnieć, a raczej zostały sprzedane za bezcen, zwykle ich wcześniejszym dyrektorom. Rosja podpisała porozumienie z USA, na podstawie którego miała zlikwidować część swojego potencjału nuklearnego. Siły zbrojne zostały zdegradowane z pozycji super-potęgi do armii posiadającej znaczenie co najwyżej regionalne. Rosjanie natomiast poświęcili ten czas na nieudane próby zdławienia rebelii w Czeczenii i trochę bardziej udane starania o utrzymanie władzy w obecnie niezależnych republikach Azji Środkowej, które wcześniej były częścią ZSRR.

Przede wszystkim Rosja skupiła się na haśle francuskim epoki restauracji: "Messieurs: enrichissez-vous!" Niewielka, ale znacząca grupa społeczna Rosjan, w większości byli aparatczycy, ale też nowi młodzi ludzie, stali się przedsiębiorcami na skalę międzynarodową, a niektórzy zdobyli nawet znaczne bogactwo. Część bogactwa została zdobyta w podły, bezprawny sposób (tak zwana mafia), część w sposób stojący na krawędzi legalności. Cóż w tym niezwykłego, można by zapytać - to przecież sam chleb i masło dzikiego kapitalizmu. Właściwie to racja. Kiedy w 1998 roku rubel się załamał było to stymulujące, jednak wkrótce Rosjanie zaczęli poszukiwać możliwości wyrwania i dla siebie części tortu.

Tak więc co sprawiło, że w ciągu tych kilku lat nagle wszyscy stali nerwowi? Dlaczego optymizm z początku lat 90-tych zniknął? Odpowiedź jest prosta. Dwie rzeczy stały się jasne chyba dla każdego. Rosja nie zamierzała doganiać Europy Zachodniej pod względem jej bogactwa i potęgi gospodarczej. Nie będzie tak też ani dzisiaj, ani jutro. Jej sytuacja gospodarcza mogła się poprawić, ale w dającej się przewidzieć przyszłości nie ma co liczyć na poważny przełom. Kraj ten skazany jest na trwanie w stanie quasi-peryferyjnym jeszcze przez długi czas.

Ale nie to nie koniec, bowiem nagle okazało się, że Rosja już właściwie się nie liczy, straciła znaczenie w geopolityce. Można ją było ignorować, i była ignorowana. Co boli jeszcze bardziej niż fakt, że kraj ten zaczął wkraczać w okres stabilizacji gospodarczej. Nacjonalizm to bardzo silny narkotyk, i gdy w jakimś czasie dane państwo było supermocarstwem, trudno jest mu nagle pogodzić się z sytuacją, gdy będzie musiało zostać sprowadzone do drugorzędnej roli. I tu nastał Putin ze swoim programem, nie tyle transformacji gospodarczej, ile przywrócenia potęgi geopolitycznej.

Na drugim końcu świata znajdują się Stany Zjednoczone. Pod rządami Clintona, w czasach rządów Jelcyna, USA próbowały zapanować nad Rosją dostarczając jej ciągłego wsparcia. Oczywiście nagle okazało się ono dla USA trochę zbyt kosztowne i nagle pojawił się ferment. Z drugiej strony okazanego wsparcia z pewnością nie wystarczyło dla wszystkich polityków rosyjskich trzymających pieczę nad śluzą przepływającego kapitału. Ale wtedy odszedł Jelcyn, odszedł też Clinton.

Pojawił się George W. Bush ze swoją bandą niereformowalnych konserwatystów. Ich hasłem wydaje się być: "niech bogactwo przypływa w najbliższej dekadzie tak szybko, jak to tylko możliwe - do nas", a reszta świata - pal ją licho! Skoro USA posiadają największe bogactwo na świecie (w danej chwili) oraz niepokonane siły zbrojne (które jednak z politycznych względów są praktycznie bezużyteczne), to ekipa Busha może przejawiać arogancję. Zdaje im się, że mogą wypiąć się na wszystkich, nie tylko na Rosję. Czyli - zerwanie z historycznymi traktatami? Wystarczy powiedzieć, że są przeterminowane i że USA będzie w stanie zerwać je jednostronnie, chyba że Rosja zgodzi się na ich wspólne zniesienie.

Pan Bush właśnie się nauczył czegoś jeśli chodzi o politykę wewnętrzną USA - jeśli ktoś lekceważąco podchodzi do partnera, którego uważa za słabego i nie mającego racji (na przykład tak zwani "umiarkowani" z Partii Republikańskiej), to ci dotknięci mogą w końcu zabrać swoje zabawki i odejść, jak na przykład postąpił niedawno senator Jeffords, rujnując całą politykę Republikanów w Stanach Zjednoczonych. Konsekwencje programu Busha w kraju są dalekosiężne. Niepowstrzymanie Jeffordsa przed zmianą swoich sympatii partyjnych może się okazać największym nieszczęściem w polityce tej dekady, o ile również i nie następnych.

Czy pan Bush nauczył się czegokolwiek? Możliwe. Może jednak jest to dla niego okazja, żeby spojrzeć ponad wewnętrznymi problemami amerykańskimi, tak żeby mieć lepszy ogląd światowej sceny geopolitycznej. Ponieważ może się okazać, że również i Putin postanowi zabrać swoje zabawki i odejść. Rosjanie nie są chętni do walki z USA. Na głowie mają o wiele ważniejsze sprawy. Ale chcą, żeby i ich traktowano poważnie. Na razie sytuacja gospodarcza Rosji wyraźnie się polepsza, przede wszystkim dzięki wzrostowi cen ropy na świecie. 3 kwietnia 2001 New York Times zatytułował swój drobny artykuł w następujący sposób: "Zmniejszając swoją wiarygodność monetarną, Rosja zlekceważy MFW". Oznacza to jedno: że USA przegrały swoją kartę atutową z lat 90-tych w "rozgrywce rosyjskiej" - potrzebę pożyczek.

Jeśli Bushowi uda się przeforsować program militarny, który zaproponował, który jednocześnie przyczynił się do zatargów z Europą Zachodnią, Rosja może po prostu zignorować USA. Dokładnie - zignorować USA. Jakie będą ich posunięcia? Tego nikt nie wie. Może odbudowa sił zbrojnych? To jest prawdopodobne. A może rozpoczęcie gry na Bliskim Wschodzie? To też całkiem realne. Przymilenie się do Europy Zachodnie? I to jest możliwe. Polepszenie stosunków z Chinami? Czemu nie?

To, co konkretnie zrobi Rosja oraz skala sukcesu jej posunięć będzie miała, może mieć, o wiele mniejsze znaczenie niż okazanie rozmyślnej obojętności wobec USA. Jeśli tak się stanie, kiedy tak się stanie, to pan Bush może nagle znaleźć się w takich tarapatach na arenie międzynarodowej, w jakich znalazł się w Senacie USA.


Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.

 
 
Wrocław, 05.06.2001