Immanuel Wallerstein
Europa: punkt zwrotny

(komentarz nr 67, 1 lipca 2001)

 

W ciągu najbliższych pięciu lat Europa stanie przed trzema kluczowymi decyzjami, od których zależeć będzie jej przyszłość: czy Europa ma posiadać władzę wykonawczą (struktura polityczna), jakie państwa należą do Europy, oraz jakie Europa będzie miała stosunki z resztą świata. Kwestie te są ze sobą powiązane. Wciąż są one nierozstrzygnięte. Jednak w ciągu maksymalnie pięciu lat w Europie musi zapanować konsens co do ich rozwiązania. Alternatywą jest kres Europy i jej znaczenia na mapie świata. Aby zorientować się, jakie jest znaczenie tych trzech kwestii, należy przyjrzeć się retoryce, która się za nimi kryje.

Po pierwsze - struktura polityczna Europy. Kwesta ta jest rozważana z perspektywy pytania o rodzaj władzy w Europie. Czy powinna mieć ona strukturę federalną, czy też stać się Europą narodów (czyli konfederacja)? Taki sposób postawienia tego pytania na niewiele się zdaje. Każdy, kto badał federalne czy quasi-federalne struktury polityczne wie, że podział władzy w ramach większej struktury i ich ciała ustawodawcze jest sprawą trwałych, niekończących się debat politycznych i z pewnością nie należy do kwestii, które mogą zostać ustalone raz na zawsze. Europa z pewnością nie należy do wyjątków od tej prostej generalizacji.

Rzeczywistą kwestią nie jest to, jaki zakres władzy będzie posiadała centralna struktura Europy w najbliższej przyszłości, ale czy władza ta będzie miała formę polityczną. Chodzi o to, czy będzie istniał jakiś rodzaj ciała wykonawczego, który będzie wybieralne w celu reprezentowania określonego politycznego punktu widzenia (prawicowego, centrystycznego, lewicowego, czy też jako koalicja) w oparciu o jakiś wyborczy proces demokratyczny. W chwili obecnej struktury wykonawcze reprezentują państwa, a nie partie polityczne. A dopóki nie zaczną one reprezentować partii, nie będą posiadały legitymizacji ze strony obywateli, same struktury natomiast pozostaną przedmiotem nie tylko protestów ze strony określonych państw (weto), ale przede wszystkim braku zainteresowania. Struktura poza-polityczna z pewnością nie przetrwa żadnej kluczowej debaty, przed którą będzie musiała stanąć Europa.

Drugim problemem jest geografia Europy. Unia Europejska posiada obecnie piętnastu członków. Oficjalna retoryka UE głosi, że Wspólnota jest otwarta, a wręcz gorąco popiera, dalsze rozszerzenie: włącznie z zaakceptowaniem wszystkich kandydatów. Ale czy tak jest naprawdę? No i - kim są ci "wszyscy"? Pierwszą strukturą polityczną Europy było imperium Karola Wielkiego. Obejmowała ona generalnie większość dzisiejszej Francji, Holandii, Belgii i Luksemburga, terytorium dzisiejszych zachodnich Niemiec oraz północną część Włoch (a także obszary Szwajcarii, Austrii i Hiszpanii). Imperium Karola Wielkiego trwało tak długo, jak żył on sam. Po jego śmierci zostało podzielone na trzy części, mniej więcej, Francję, Niemcy i wąski pas pomiędzy nimi dwoma zwany Lotaryngią (który przebiegał od Niderlandów do północnych Włoch). Nie bez przypadku w momencie odnawiania idei Europy w latach 50-tych 20 wieku to właśnie tych samych sześć (centralnych) państw utworzyło pierwotne jej struktury. Pierwsza powojenna Europa to przede wszystkim pojednanie Francji z Niemcami i przywrócenie imperium karolińskiego. Od tamtej pory Europa powoli się rozrastała, obejmując wszystkie państwa, które nie znalazły się pod rządami komunistycznymi (poza Norwegią, Islandią i Szwajcarią, które odrzuciły swoje członkostwo). W ten sposób wykształciła się znana dzisiaj "piętnastka" tworząca Unię Europejską. Dwanaście krajów z piętnastu utworzyło Europejską Unię Walutową, w której od 1 stycznia 2002 roku wspólną walutą stanie się euro.

W Europie trwają obecnie dyskusje na temat włączenia do jej struktur długiej listy byłych państw komunistycznych oraz tych, które można by określić jako otaczające Morze Śródziemne (Malta, Cypr i Turcja). Kraje te oceniane są według skomplikowanych kryteriów dostosowania. Dlaczego chcą one wstąpić do Unii Europejskiej? Z dwóch powodów. Po pierwsze, stałoby się to dla nich legitymizacją, określającą ich moralnie i kulturowo jako część "cywilizowanej" Europy, dając im (taką mają nadzieję) możliwość wyjścia z marginalnego statusu. Sądzą, że kiedy już znajdą się w Unii Europejskiej, przestaną się obawiać, że traktuje się je jako kraje Trzeciego Świata. Dodatkową nadzieją wielu ludzi jest to, że włączenie w UE sprawi, że siły nie-"demokratyczne", które znajdują się w tych państwach będą miały mniejszą możliwość dojścia do władzy. Drugi powód związany jest z pierwszym. Wszystkie te państwa oczekują, że ich wejście do Unii Europejskiej pomoże im znacznie w sensie gospodarczym, znacznie podwyższając standard życiowy ich obywateli, zbliżając go do tego, którym cieszą się mieszkańcy Europy Zachodniej.

Dlaczego Europa Zachodnia miałaby chcieć włączenia tych krajów do UE? To jest o wiele mniej jasne. Niektórzy twierdzą, że wywrze to korzystne skutki na wewnętrzną politykę krajów Zachodu i w ten sposób zapewni trwanie pokoju w Europie. Mogą pojawić się korzyści ekonomiczne związane z otwartym rynkiem. Jednak żaden z tych argumentów nie jest przekonujący. Mamy do czynienia z sytuacją, gdy nikt otwarcie nie chce przyznać się, że jest przeciwny roszczeniom o rozszerzeniu, jednak wielu członków EU ma nadzieję, że inni członkowie w końcu zaprotestują, skutecznie powstrzymując ten proces. Niedawne referendum w Irlandii, w którego wyniku odrzucono postanowienia porozumień z Nicei na temat poszerzenia, stworzyło precedens, który, jeśli nie uda się go odwrócić, może znacznie zakłócić trwające prace.

Mamy do czynienia z jeszcze jednym entuzjastą poszerzenia Unii przynajmniej o kraje Europy Środkowej. Są nim Stany Zjednoczone. Powód jest prosty i związany jest z trzecim problemem, o którym chciałbym powiedzieć. Wszystkie te kraje są o wiele bardziej optymistycznie nastawione do Ameryki niż państwa z Europy Zachodniej. Wszystkie chcą się znaleźć w NATO i liczą na jego przetrwanie.

Europa, taka jaka istnieje, oparta jest na trzech stosunkach w polityce zagranicznej: ze Stanami Zjednoczonymi, Rosją i, ogólnie, Południem (przede wszystkim z Afryką i Bliskim Wschodem). Stany Zjednoczone oznaczają NATO. Europa zaczyna prace nad swoją własną armią. USA nie podoba się to. Europejczycy twierdzą, że ich armia będzie działała w ramach i we współpracy z NATO. Jednak nikt tak naprawdę nie wierzy, że na dłuższą metę byłoby to możliwe. Armia europejska powstanie tylko wtedy, gdy przestanie istnieć NATO. USA chce trwania NATO przede wszystkim dlatego, żeby mieć pewność, że nie pojawi się żadna poważna europejska armia. Europa pragnie swojego wojska, żeby zapewnić sobie właściwą pozycję na światowej scenie. Obydwa te cele niezbyt do siebie przystają.

Środkowa/Wschodnia Europa, jeśli miałaby wybierać między NATO a armią europejską wybrałaby NATO. Jest tak z powodu Rosji. Europie Zachodniej nie wydaje się, żeby istniało "rosyjskie zagrożenie" (przynajmniej już nie). Przeciwnie - Europa Zachodnia uważa, że umocnione centrum rosyjskie mogłoby stać się siłą stabilizacji. Dodatkowo dzięki temu mógłby powstać dobrze rokujący partner gospodarczy. Nie są to poglądy szeroko podzielane przez byłe kraje satelickie Rosji. Znowu - stoją one dokładnie w opozycji do tego.

Jest jeszcze jeden element rozdźwięku między (Zachodnią) Europą a byłymi sowieckimi krajami satelickimi. Chodzi o stosunki z Południem. Europa Środkowa pragnie zyskać coś z pieniędzy zachodnioeuropejskich. W tym wypadku mielibyśmy do czynienia z dwoma rodzajami strat: mała ilość pieniędzy, które popłynęłyby na Południe i dość poważna ilość gotówki, którą otrzymują "mniej" rozwinięte kraje obecnej UE, czyli Grecja, Hiszpania, Portugalia i Irlandia.

Tak więc pytanie o to, kto jest Europą decyduje o tym, jaka Europa jest i jaki będzie geopolityczny status Europy. To gordyjski węzeł, który należy uciąć. Mamy do czynienia z poważnym oporem ze strony liderów europejskich, którzy nie spieszą się do podjęcia decydujących kroków w sprawie uporania się z wszystkimi tymi, wzajemnie ze sobą powiązanymi problemami. Jest tak przede wszystkim z tego powodu, że każdy rząd obawia się reperkusji, które może to wywołać w polityce wewnętrznej, oraz w jakimś sensie reakcji USA. Z drugiej strony ten sam brak zdecydowania wywarł efekt w postaci spadającego poparcia dla idei Unii wśród państw członkowskich - trudno jest zdobyć poparcie ze strony obywateli dla struktury, co do której są wątpliwości, w którym kierunku zmierza, jeśli chodzi o jej niektóre kluczowe kwestie.


Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.

 
 
Wrocław, 26.07.2001