Immanuel Wallerstein
11 września 2001 - Dlaczego?

(komentarz nr 72, 15 września 2001)

 

11 września 2001 cały świat oglądał ludzką tragedię i prawdziwy dramat - wszyscy byli wstrząśnięci. Cztery amerykańskie komercyjne linie lotnicze padły wcześnie rano ofiarą porywaczy, których było od 4 do 5 w każdym samolocie. Uzbrojeni w noże i posiadając w swoich szeregach przynajmniej jedną osobę zdolną sterować samolotem (nawet jeśli potrafił on pilotować tylko maszynę w locie), porywacze opanowali samoloty, skrępowali (lub zabili) pilotów i skierowali maszyny w misje samobójcze. Trzy samoloty trafiły cele: dwie wieże Światowego Centrum Handlu w Nowym Jorku oraz Pentagon w Waszyngtonie.

Dzięki znacznej ilości paliwa w zbiornikach samolotów i technicznej wiedzy dotyczącej tego, na jakiej wysokości należy uderzyć w budynki, porywaczom udało się zniszczyć całkowicie wieże Centrum oraz wyciąć potężną wyrwę w Pentagonie. Jak na razie raporty donoszą o ponad 5000 ofiar śmiertelnych (nikt nie jest w stanie podać dokładnych liczb), oraz wielu rannych i poszkodowanych. Amerykańskie sieci lotnicze oraz instytucje finansowe praktycznie przestały działać, co najmniej na tydzień, a skutkiem tego wszystkiego są trudne do oszacowania straty ekonomiczne, zarówno bezpośrednie, jak i pośrednie.

Pierwszą rzeczą, którą należy stwierdzić co do tych ataków była ich zuchwałość i niezwykły sukces. Grupa osób, związanych ideologią i gotowością do męczeństwa, postanowiła zaangażować się w tajną operację, której pozazdrościłaby jej niejedna agencja wywiadowcza na świecie. Udało im się dostać na terytorium Stanów Zjednoczonych, wejść z nożami na pokład samolotów, które wyruszyły z trzech lotnisk prawie równocześnie - były to loty śród-kontynentalne, co oznaczało, że samoloty posiadały w zbiornikach potężne ilości paliwa. Porywacze przejęli samoloty i udało im się trzy z nich naprowadzić na zamierzony cel. Ani CIA, ani FBI, ani wywiad wojskowy USA, ani nikt inny niczego nie spostrzegł, ani nie był w stanie zrobić niczego, żeby powstrzymać porywaczy.

Wynikiem był najbardziej druzgocący atak w historii tego, co nazywamy atakami terrorystycznymi. Żadna wcześniejsza akcja tego typu nie przyniosła więcej niż 400 ofiar. Nawet w Pearl Harbor, do którego często dziś czynione są analogie, gdzie atak został przeprowadzony przez państwowe siły militarne, zginęło o wiele mniej osób. Ponadto, po raz pierwszy od Wojny Domowej (1861-1865) rozgorzała walka wewnątrz granic kontynentalnych Stanów Zjednoczonych. USA od tamtego czasu angażowały się w wiele poważnych konfliktów - wojna hiszpańsko-amerykańska, pierwsza wojna światowa, Korea, Wietnam (nie mówiąc już o mniejszych wojnach), jednak wszystkie one toczone były w rzeczywistości poza tymi granicami. Fakt, że wojna dotarła na ulice Nowego Jorku i Waszyngtonu był dla Amerykanów największym szokiem związanym z tym atakiem.

Tak więc pojawia się wielkie pytanie - Dlaczego? Praktycznie każdy twierdzi, że osobą odpowiedzialną za ten atak jest Osama bin Laden. Wydaje się to rozsądną konstatacją, ponieważ wyraził on wcześniej swój zamiar przeprowadzenia podobnych akcji, i prawdopodobnie w najbliższej przyszłości władze USA ujawnią nam jakieś dowody podtrzymujące tę opinię. Załóżmy, że to prawda. Jakie nadzieje mógłby bin Laden pokładać w ataku na USA w tak spektakularny sposób? Można by to na przykład postrzegać jako wyraz gniewu i odwetu za to, co bin Laden (i inni) rozumieją jako amerykańskie przestępstwa w tym świecie, a zwłaszcza na Bliskim Wschodzie. Czy bin Laden mógłby pomyśleć, że dzięki takiej akcji przekona rząd USA do zmiany swojej polityki? Obawiam się, że nie jest on aż tak naiwny, żeby zakładać właśnie taki efekt swego ataku. Prezydent Bush stwierdził, że to, co się stało uznaje za "akt wojny" i prawdopodobnie bin Laden, jeśli rzeczywiście to on jest sprawcą, myśli w ten sam sposób. Wojen nie prowadzi się po to, aby przekonać przeciwnika do zmiany swojego nastawienia, ale żeby go do tego zmusić.

Postawmy się na chwilę w sytuacji bin Ladena. Co udowodnił za pomocą tego ataku? Najbardziej oczywistą rzeczą, którą dowiódł było to, że Stanom Zjednoczonym, jedynemu supermocarstwu świata, państwu wyposażonemu w najpotężniejsze i najbardziej zaawansowane technologie militarne na świecie, nie udało się ochronić swoich obywateli przed atakiem. To, co bin Laden, oczywiście zakładając, że faktycznie stoi on za tym atakiem, pragnął osiągnąć to pokazanie, że USA są tygrysem tylko na papierze. Chciał to udowodnić, przede wszystkim, Amerykanom, a następnie wszystkim ludziom na świecie.

To było tak samo oczywiste dla rządu USA, jak było oczywiste dla bin Ladena. Stąd ta reakcja. Prezydent Bush obiecał, że użyje w odpowiedzi siły, a amerykańskie elity polityczne z obydwu stron dały mu natychmiast patriotyczne upoważnienie. Ale teraz spróbujmy spojrzeć na sytuację z pozycji rządu USA. Co może on zrobić?

Najłatwiejszą rzeczą jest uzyskanie wsparcia dyplomatycznego w celu potępienia ataku i usprawiedliwienia wszelkiego możliwego kontrataku. Colin Powell, Sekretarz Stanu, stwierdził, że będzie robił właśnie to. I oto mamy owoce. NATO stwierdziło, że na mocy Artykułu 5 traktatu atak militarny na USA (i właśnie tak akcja ta została określona) oznacza, że wszyscy jego członkowie mają zagwarantować wsparcie kontrofensywy, jeśli takie będzie życzenie USA. Każdy rząd na świecie, z Afganistanem i Koreą Północną, potępiły atak. Jedynym wyjątkiem jest Irak. To prawda, że popularnym poglądem w krajach arabskich i muzułmańskich jest powstrzymywanie się z entuzjazmem co do planów amerykańskich, ale dla USA nie ma to żadnego znaczenia.

Fakt, że USA otrzymały całe to wsparcie dyplomatyczne, może później i rezolucja ONZ, z pewnością nie sprawią, że bin Laden zacznie trząść się ze strachu. Wsparcie dyplomatyczne również dla samych Amerykanów z pewnością nie wystarczy. Będą chcieli więcej. Najpewniej jakiegoś rodzaju akcji zbrojnej. Ale jakiej? Na kogo spadną bomby Sił Lotniczych USA? Jeśli zamach był dziełem bin Laden możliwe są tylko dwa cele, w zależności od zebranych dalszych dowodów: Afganistan i (lub) Irak. Jak wiele zniszczeń to za sobą pociągnie? W przypadku na wpół-zniszczonego Afganistanu wydaje się to bezużyteczne. USA powstrzymały się od bombardowania Iraku z wielu powodów, przede wszystkim z niechęci do ponoszenia ofiar. Może i USA zbombarduje kogoś. Ale czy przekona to Amerykanów i wszystkich ludzi na świecie, że Stany Zjednoczone to cel na tyle groźny, że nikt nie powinien się na niego porywać? Nie wydaje mi się.

Prawda jest taka, że w rzeczywistości USA niewiele mogą zrobić. CIA od lat próbuje zlikwidować Castro, ale on wciąż żyje. USA od dawna szuka bin Ladena, ale ten ciągle działa. Pewnego dnia agenci amerykańscy mogą go zabić, dzięki czemu operacja ta zostanie spowolniona. Z pewnością też wielu odczuje z tego powodu radość. Ale problem i tak pozostanie.

Z pewnością należałoby zrobić coś raczej w sferze politycznej. Ale co? Tutaj cała zgoda wewnątrz USA (czy też, szerzej, w świecie pan-zachodnim) znika. Ci nastawieni najbardziej bojowo twierdzą, że wszystko to dowodzi racji Sharona (i obecnego rządu Izraela): "oni" są terrorystami i należy się z nimi obchodzić ostro. Ale jak na razie strategia ta nie za bardzo sprawdzała się w przypadku Sharona. Dlaczego ma być inaczej w przypadku George'a W. Busha? I czy Bush gotowy jest zmusić Amerykanów, żeby zapłacili za to? Takie "jastrzębie" nastawienie kosztuje niemało. Z jednej strony, gołębiom trudno jest udowodnić, że zaistniały problem można rozwiązać na drodze negocjacji. Z kim należy negocjować i z nadzieją na osiągnięcie jakich celów?

Może chodzi tu o fakt, że ta "wojna" - jak od tygodnia wydarzenia te nazywane są przez prasę - nie może być w ogóle wygrana, ani przegrana; ona będzie po prostu trwała. Zniknięcie poczucia bezpieczeństwa osobistego to aktualnie fakt, który może dotykać Amerykanów po raz pierwszy. Dla wielu ludzi na świecie jest to rzeczywistość, z którą mają do czynienia od bardzo dawna. Kwestią polityczną, która leży u podstaw tych chaotycznych wahnięć systemu-świata nie jest cywilizacja kontra barbarzyństwo. Albo musimy sobie przynajmniej zdać sprawę, że wszystkie strony konfliktu utrzymują, że to oni są cywilizowani, a barbarzyńcy to ich przeciwnicy. Kwestią, o którą tu chodzi to kryzys naszego systemu-świata i walka o to, jakiego rodzaju nowy system-świat mamy zbudować. (1) Nie oznacza ona potyczek między Amerykanami i Afgańczykami czy muzułmanami i kimkolwiek innym. To walka pomiędzy różnymi wizjami na temat świata, który chcemy stworzyć. 11 września 2001 już niedługo stanie się, przeciwnie do tego, co dzisiaj się o nim twierdzi, niewielkim epizodem w walce, która będzie trwała bardzo długo i stanie się erą mroku dla większości ludzi żyjących na tej planecie.

Immanuel Wallerstein

Prawa autorskie: Immanuel Wallerstein. Wszelkie prawa zastrzeżone. Dozwolone jest pobieranie, przekazywanie za pomocą elektroniczną lub poczty e-mail niniejszego tekstu innym osobom, a także publikacja w niekomercyjnych serwisach WWW, pod warunkiem, że esej pozostanie w niezmienionej formie, wraz z informacją o prawach autorskich. W celu tłumaczenia, publikacji w formie drukowanej i (lub) wszelkiej innej postaci, w tym na komercyjnych stronach internetowych, czy też jako skrótów, prosimy o kontakt z autorem: iwaller@binghamton.edu, fax: +1-607-777-4315.

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.

Wyślij Komentarz znajomym i przyjaciołom

Moje argumenty na potwierdzenie tezy, że mamy obecnie do czynienia z kryzysem systemu-świata, przedstawiłem w: Utopistics, or Historical Choices for the Twenty-first Century (New York: New Press, 1998) <powrót>
 

Wrocław, 19.09.2001