Immanuel Wallerstein
Spadające sokoły

(komentarz nr 79, 15 grudnia 2001)

 

Czyżby nastały czasy sokołów? Biednych sokołów. Tak sponiewieranych przez prezydentów amerykańskich - nie tylko przez takich demokratycznych mięczaków jak Clinton czy Carter. George W. Bush nie był w stanie wysłać swoich żołnierzy przeciwko Chinom, które kilka miesięcy temu śmiały zestrzelić samolot amerykański, który przelatywał nad ich terytorium. George Bush, ojciec, nie pomaszerował na Bagdad. Sam Ronald Reagan zdecydował rozmiękczyć swój majestat, spotykając się z Gorbaczowem w Reykjawiku. O Fordzie nie wspominając. Richard Nixon (z Henry Kissingerem w roli pomagiera) właściwie dał się wykiwać Mao Tze-tungowi, a potem w 1972 podpisał ten hańbiący traktat ABM. Ostatnią sprawą, którą Ameryka załatwiła po męsku było zrzucenie bomb na Japonię. Dzieło Harry'ego ("do licha z nim") Trumana.

Ale Osma bin Laden wyświadczył przysługę sokołom, dyscyplinując Amerykę i odbudowując solidarność narodową, która stoi u podstaw ich przekonania, że USA mogą robić w świecie, co im się podoba, bo Ameryka to kraina wolności. Wygląda na to, że sokoły znowu wzlecą. Rząd USA wycofuje się z traktatu atomowego z 1972 roku. Rozważa też poważnie możliwość wojny z Irakiem, jak wynika z jasnych sygnałów, które dochodzą do nas z ust wice-prezydenta Cheneya. Ponadto postanowił on dać kres wszelkim przejawom neutralności w zamieszaniu izraelsko-palestyńskim. W końcu - demonstracyjnie wyciąga ręce w stronę całego świata, udowadniając, że nikt nie ma prawa przeciwstawić się jego decyzjom.

W chwili obecnej amerykańska opinia publiczna jest gotowa poprzeć każdy przejaw machoistycznej postawy swojego rządu. To, co udało się zrobić do tej pory zdobyło bezgraniczne uznanie. Potęga zbrojna USA unieszkodliwiła bandy wymachujących "kałasznikowami" mułłów z Afganistanu i doprowadziła do zainstalowania tam rządu złożonego z innej bandy rozbójników, dla przynajmniej tym razem są to rozbójnicy z poręczenia USA, przynajmniej na razie takim poręczeniem się cieszą. No bo przecież, koledzy, liczy się tylko wasza gotowość do współpracy z Pentagonem. W każdym razie wydaje się, że na razie problem mułłów został rozwiązany. Na razie, no właśnie - zobaczymy, co będzie za sześć miesięcy.

Co więcej, opinia publiczna USA gotowa jest oskarżyć i uznać za zdrajcę praktycznie każdego obywatela USA, który kwestionuje posunięcia rządu. Aktywna opozycja, Demokraci w Kongresie, drżą, czy nie zostaną oskarżeni nawet jako niezbyt entuzjastycznie nastawieni do programu militarystycznego, o którym wcześniej nawet Nixon czy Reagan, nie mówiąc już o starszym Bushu, nie ośmieliliby się ani wspomnieć. Były czasy, gdy USA miały największą władzę, ale wówczas przy władzy byli Johnson i McNamara. Sokoły ostatnio przybrały poważny ton - bez oporów moralnych, intelektualnych namysłów. Jeśli, przecież może tak się stać, poważnie ograniczyliby swobody obywatelskie w USA i przerzucili dziesiątki miliardów dolarów z podatków dla biednych, cierpiących mega-korporacji, przyjęlibyśmy to z radością. Ale wszystko to jest wtórne do najważniejszej sprawy - pokazania całemu światu, że jeśli USA coś mówią, to musi tak się stać. Reszta świata ma przyjąć, że ewentualny opór nie ma żadnego znaczenia.

Jeśli jednak istnieje parę osób, dziwaków, którzy nie chcą przyjąć tych oczywistości, zastanówmy się nad możliwym rozwojem wypadków. Co USA zrobią? Nadęta agresja przeważnie jest przejawem słabości, a nie siły. Jeśli rządowi USA rzeczywiście wydawało się, że wszystko toczy się według jego planu, to bombardowanie Bagdadu nie byłoby konieczne. Nie trzeba znać Machiavellego czy Gramsci'ego, żeby mieć świadomość, że siła to nie najbardziej skuteczny sposób kontrolowania świata - są dwa lub trzy lepsze od niego. Nie chcę tu powtarzać argumentów z Komentarza 76 ("Superpower?"), a stwierdzić tylko po raz kolejny, że USA dzisiaj to mocarstwo hegemoniczne chylące się ku upadkowi.

Gdy następuje upadek mocarstwa, pojawiają się tylko dwie możliwe alternatywy: mądre dostosowanie się do rzeczywistości, i zbieranie owoców wcześniejszej akumulacji; albo pociągnięcie za sobą reszty. Nasze sokoły kroczą ku temu drugiemu rozwiązaniu. Niektórzy z nich sądzą, że w zawierusze uda się przetrwać im i kilku ich przyjaciołom. Armageddon, ale wciąż jesteśmy górą! Może tylko z niewielkimi "pobocznymi stratami". Inni, bardziej konsekwentni, mogą w ogóle się nie troszczyć (aplres moi, le deluge!) Jeszcze inni będą tacy jak Dr. Strangelove - szaleni!

Jesteśmy świadkami niebezpiecznych wydarzeń. Niełatwo być sokołem. Nie ma on zbyt wielu okazji. To jeden z takich wyjątkowych momentów. Jeśli nie uda im się go wykorzystać, znaleźć się w nim, to następna taka szansa może się nie pojawić bardzo długo. Oznacza to, że jeśli teraz uda się ich powstrzymać, ominie nas najgorsze. Od czego to zależy?

Przede wszystkim - od stopnia świadomości zagrożenia, nie tylko wśród tych, którzy mogą stać się bezpośrednim celem ataku, ale i tych, którzy znajdują się rzekomo po stronie rządu USA - centrów politycznych w Stanach Zjednoczonych, rządów państw członkowskich NATO, przywódców wojskowych zdających sobie sprawę z konsekwencji. Zależy to od stopnia inteligencji i natychmiastowej mobilizacji tych, których Franklin Roosevelt nazywał "na lewo od centrum".

Przez ostatnie trzy miesiące nie byli oni zbyt głośni - częściowo ze względu na reakcję emocjonalną na wydarzenia z 11 września, częściowo z powodu utraty sympatii na świecie do postawy i środków używanych przez ludzi takich jak Osama bin Laden, oraz częściowo, od niedawna, w efekcie nagłego upadku Talibów. Właśnie na to liczyły sokoły. Jeśli właśnie nadeszły czasy sokołów, najwyższa pora, żeby przeciwstawić im się na drodze zdecydowanej akcji.

Immanuel Wallerstein

Prawa autorskie: Immanuel Wallerstein. Wszelkie prawa zastrzeżone. Dozwolone jest pobieranie, przekazywanie za pomocą elektroniczną lub poczty e-mail niniejszego tekstu innym osobom, a także publikacja w niekomercyjnych serwisach WWW, pod warunkiem, że esej pozostanie w niezmienionej formie, wraz z informacją o prawach autorskich. W celu tłumaczenia, publikacji w formie drukowanej i (lub) wszelkiej innej postaci, w tym na komercyjnych stronach internetowych, czy też jako skrótów, prosimy o kontakt z autorem: iwaller@binghamton.edu, fax: +1-607-777-4315.

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.

Wyślij Komentarz znajomym i przyjaciołom

 

Wrocław, 20.12.2001