Immanuel Wallerstein
21 wiek - następnych sześć miesięcy

(komentarz nr 80, 1 stycznia 2002)

Sześć następnych miesięcy to szczególnie niebezpieczny czas - dla Stanów Zjednoczonych, oraz dla całego świata. Jaki jest stan amerykańskiej "wojny z terroryzmem" w chwili obecnej, gdy wkroczyliśmy w wiek 21? Z jednej strony rząd USA osiągnął kilka ze swoich celów, które postawił przed sobą po 11 września. Obalił reżim Talibanu w Afganistanie. Dokonał tego posługując się prawie wyłącznie siłami powietrznymi, z minimalnymi stratami po stronie sił wojennych USA. Władzę w Kabulu objął nowy rząd koalicyjny, który na razie dostosowuje się do wymagań ze strony USA. USA zdobyły to bez większego sprzeciwu ze strony innych krajów - ani z Europy, ani z Dalekiego Wschodu, ani z Rosji, ani z Chin, również większość rządów z Południa poparła politykę amerykańską.

Nie pojawił się też żaden poważny protest ze strony opinii publicznej w USA. Przeciwnie. Polityka Busha, i co najważniejsze - jej sukces militarny, zdobyła potężne poparcie. W związku z tym poprawiły się też bezpośrednie polityczne perspektyw Partii Republikańskiej (wybory do Kongresu odbędą się w listopadzie 2002 roku). Oczywiście, Bushowi nie udało się "dostać" bin Ladena "żywego bądź martwego" i szanse na to coraz bardziej topnieją. A jeśli nie uda się tego zrobić, wizerunek Busha z pewnością ucierpi.

Sokoły amerykańskie, o których mówiliśmy w Komentarzu 79, postrzegają obecną sytuację jako życiową szansę i starają się za wszelką cenę ją zdyskontować. Aktualnie mogą zdobywać poparcie w administracji USA ze strony tych, których jedyną troską jest wygranie następnych wyborów. Bush "wojenny" może wydawać się tym menadżerom politycznym o wiele lepszym "kwestorem" głosów niż Bush walczący z recesją gospodarczą. Stąd całkiem realna, stojąca wysoko na liście priorytetów polityki Waszyngtonu, stała się możliwość zaatakowania kolejnego obszaru (Irak i Somalia są wymieniane najczęściej).

Z drugiej strony jest wiele rzeczy, które rozwijają się niezbyt po myśli USA. Nieunikniona wydaje się czwarta wojna indyjsko-pakistańska. Indie mówią, że jeśli USA posiadają prawo moralne do wykorzystania machiny wojennej do walki z terroryzmem, to i one mają takie prawo. Waszyngton jest rozdarty między logiką żądań Indii a faktem, że jeśli wybuchnie prawdziwa woja, żołnierze pakistańscy przemieszczą się z granicy afgańskiej na granicę z Indiami. A wówczas będzie można zapomnieć o jakiejkolwiek nadziei na zablokowanie przepływu "elementów" z Al.-Kaidy z Afganistanu do Pakistanu. Co więcej, w obliczu w warunkach takich, o ile bin Laden rzeczywiście przebywa w Afganistanie, rząd pakistański nie będzie ryzykował wywołania niepokoju społecznego wydając go w momencie konfliktu indyjsko-pakistańskiego.

A co sprawi, że wojna indyjsko-pakistańska może się zakończyć? W przeszłości czynnik pokojowy pochodził ze Związku Radzieckiego. Jeśli w związku z tym nie nastąpi szybki koniec konfliktu, co stanie się w samym Pakistanie? Nie zapominajmy, że jednym z celów bin Ladena jest obalenie rządu a Pakistanie. USA zaciskają ręce, ale czy mają w nich jakiekolwiek karty, które mogą zapewnić im zwycięstwo w tej rozgrywce?

Następnie mamy tę drobną kwestię argentyńską. Kraj jest praktycznie bankrutem, dzięki połączeniu chciwości i sztywności ze strony Skarbu USA i MFW. Prawdopodobnie gospodarczy wpływ tego załamania na pozostałe kraje Ameryki Łacińskiej oraz resztę systemu-świata zostanie zminimalizowany. Ale czy przykład rewolucji pod przywództwem klasy średniej okaże się godny do naśladowania? Z pewnością fiasko Argentyny umocni jedynie te siły na świecie, które pragną powstrzymać jeszcze bardziej niebezpieczne edykty MFW.

Nie zapomnijmy też o Izraelu-Palestynie. Sytuacja jeszcze nigdy nie wyglądała bardziej ponuro, w sensie jakiejkolwiek nadziei na szybkie polityczne rozwiązanie, które mogłoby uspokoić nastroje. Izrael ma rząd, który z pewnością nie jest zainteresowany podobnym rozwiązaniem, nie bierze nawet pod uwagę stworzenia państwa palestyńskiego. A sokoły, które również w tym momencie znalazły szansę na zmuszenie rządu USA i Partię Pracę do praktycznie całkowitego zaniechania starań na rzecz prawdziwych politycznych układów z władzami Palestyny, czyli z ludnością palestyńską.

Tak więc USA oraz cały świat mają przed sobą trzy grożące wybuchem problemy jednocześnie - w żadnym z nich potęga militarna USA nie jest w stanie odegrać kluczowej roli. USA ograniczone są do dyplomacji, a, trzeba przyznać uczciwie, administracja Busha nie jest zbyt biegła w tej dziedzinie, brak jej najważniejszego - zdolność do pojęcia tego, skąd "wzięła się" reszta świat.

Co mogą zrobić USA w takiej sytuacji? Są dwie możliwości: albo niezbyt wiele, na co większość ma nadzieję, lub to, co Francuzi nazywają fuite en avant - gwałtowne uderzenie w nowy cel, aby odwrócić uwagę i energię od wielu innych kryzysów. I tu pojawia się propozycja jastrzębi - zbombardujmy Bagdad (nie biorę na poważnie możliwości interwencji w Somalii, gdyż co USA mogłyby tam robić po znalezieniu się już tam?). A gdy rzeczywiście USA zbombardują Bagdad, czy możliwe będzie powtórzenie chirurgicznego zwycięstwa, które udało się osiągnąć w Afganistanie? Bardzo wątpliwe. Chodzi nie tylko o to, że armia Saddama jest o wiele poważniejsza niż ta Talibanu, ale że nie ma tu również odpowiednika Sojuszu Północnego. Co więcej, bezpośredni sąsiedzi z pewnością niezbyt entuzjastycznie przyjmą podobną akcję ze strony USA. Turcja nie zamierza ryzykować powstania państwa kurdyjskiego na północy Iraku, z wszystkimi tego konsekwencjami dla polityki wewnętrznej Turcji. Arabii Saudyjskiej zagrażają niepokoje wewnętrzne na wypadek użycia baz tego państwa do ataków na Irak. Iran z ochotą dołączy do USA, co również doprowadzi do histerii w Arabii Saudyjskiej. Takie są komplikacje historii i polityki....

Co do reszty świata, spójrzmy na ostatnie badania opinii publicznej przeprowadzone przez Pew wśród elit światowych. Centrum to zadało pytania wiodącym przedstawicielom świata biznesu, polityki, mediów itd. z Francji, Niemiec, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii; Polski, Rosji, Ukrainy; Argentyny, Brazylii, Meksyku, Wenezueli; Bangladeszu, Indii, Japonii, Korei, Filipin; Egiptu, Pakistanu, Turcji, Uzbekistanu; Nigerii i Republiki Południowej Afryki. Okazało się, że o ile 50% spośród elit USA popiera interwencję w Iraku, odsetek popierających wśród elit innych krajów wynosi jedynie 29%, bez większych wahnięć na całym świecie. Z badań wynika również, że o ile 70% elit amerykańskich uznaje, że USA działają w tej kwestii w porozumieniu z wieloma stronami, podobnie przyznaje tylko 33% elit z innych krajów. Okazało się również, że o ile tylko 18% przedstawicieli elit USA sądzi, że ataki z 11 września spowodowane były polityką ich państwa, opinię taką wyraża 58% badanych w pozostałych krajach (najmniejszy odsetek dotyczy przedstawicieli krajów Europy Zachodniej, ale i tu sądzi tak 36%). I w końcu, ogromna ilość badanych, 70% (rozłożona równomiernie wśród badanych) twierdzi, że dobrze się stało, że USA poczuły swoją niemoc.

(Por.: http://www.people-press.org/121901rpt.htm)

Jak widać, jastrzębie z USA nie mogą liczyć na wspaniałomyślną aprobatę swojej polityki wśród elit (nie mówiąc już o zwykłych ludziach) na całym świecie. Ich poglądy nie zdobyły również bezkrytycznego poparcia w kraju. Znaczna część przedstawicieli sił wojskowych USA nie wierzy, żeby obalenie Saddam Husejna było bułką z masłem. Może i amerykańska opinia publiczna w tej chwili nie jest już tak blokowana przez syndrom wietnamski, jak przed 11 września, jednak nie sądzę również, żeby siły militarne USA były w stanie wymóc na niej wszystko. Nie są w stanie prowadzić długotrwałej, wyniszczającej wojny, która z pewnością w pewnym momencie spotka się ze społecznym sprzeciwem, wojny bez jasnych i konkretnych celów politycznych, jak to często określają. Poza tym, żadna z amerykańskich korporacji wielonarodowych nie będzie rada z ekonomicznych i politycznych konsekwencji tego "jastrzębiego" zachowania.

Mimo to, stajemy przed sytuacją "teraz albo nigdy". Sześć następnych miesięcy będzie decydującym okresem. Mamy tu do czynienia ze znaczną ilością elementów nieprzewidywalnych. Czy nastąpi kolejny, na podobną skalę, atak terrorystyczny? Czy będziemy mieli do czynienia z jeszcze jednym nagłym załamaniem gospodarczym? Czy rząd afgański utrzyma się w jedności? To z pewnością będą chwile poważnego zagrożenia. Jeśli miną, będziemy mogli zacząć się martwić kolejnymi pięcioma latami.

 

Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.

 
 
Wrocław, 08.01.2002