Immanuel Wallerstein
9/11 - rok później

(komentarz nr 97, 15 września 2002)

Wszyscy wiedzą, do czego odnosi się symbol 9/11. Odnosi się do dnia, w którym grupa zwolenników Osamy bin Ladena opanowała cztery amerykańskie samoloty pasażerskie, z których pomocą udało im się zniszczyć wieże Twin Towers w Nowym Jorku oraz spowodować zniszczenia Pentagonu na peryferiach Waszyngtonu. Kilka tysięcy osób zginęło. W konsekwencji, prezydent Bush ogłosił "wojnę z terroryzmem", którą, jak stwierdził, "z pewnością  wygramy". Wezwał wszystkich na całym świecie, aby poparli USA w ich wojnie, a także oznajmił, że ci, którzy nie pójdą z nami, będą przeciwko nam. Obiecał schwytać Osamę bin Ladena, "martwego bądź żywego".

Bezpośrednią reakcją obywateli amerykańskich na atak było wszechstronne poparcie dla prezydenta Busha i dla jego propozycji. Co więcej, fala sympatii dla zaatakowanych Amerykanów przetoczyła się również po całym świecie. Ku zaskoczeniu niektórych nawet artykuł wstępny w Le Monde następnego dnia głosił w tytule "Dzisiaj wszyscy jesteśmy Amerykanami". Bush zabrał się za realizację swojego pierwotnego planu na dwa sposoby: w sensie międzynarodowym, rozpoczął wcielanie w życie ogólnoświatowej koalicji antyterrorystycznej, wysyłając do Afganistanu wojska mające za zadanie obalić reżim Talibów i zniszczyć Al-Kaidę, która, jak sądzono, posiada swoje bazy w Afganistanie. W sensie polityki wewnętrznej, Bush znacznie zaostrzył środki bezpieczeństwa, przede wszystkim w oparciu o ustawę Patriot Act, która dawała rządowi USA nieograniczoną władzę przezwyciężania wszelkich barier prawnych, które może on napotkać podczas realizacji swoich założeń. Ustawa ta przeszła w Kongresie prawie jednogłośnie.

Początkowy sukces polityki Busha wydawał się całkowity. Notowania Stanów Zjednoczonych w światowej opinii publicznej były bardzo wysokie. Taliban bez większych trudności został pozbawiony władzy militarnej. A mimo że nie udało się pochwycić ani bin Ladena, ani większości przywódców Al-Kaidy, wydawało się, że faktycznie "mamy ich w garści". Wówczas sytuacja zaczęła się zmieniać. Przede wszystkim Stany Zjednoczone zmieniły "cel" swoich działań. Pościg za bin Ladenem i Al-Kaidą stracił na znaczeniu na rzecz nowego zadania - "zmiany ustroju" w Iraku. Zadanie to nie spotkało się nawet z częścią światowego poparcia, które uzyskała "wojna z terroryzmem". Wręcz przeciwnie. W krytyce "działań zapobiegawczych" pojawiło się tak wiele głosów, że rząd Stanów Zjednoczonych musiał rozpocząć wytężoną pracę, żeby nie zostać osamotnionym w swoich usiłowaniach. Le Monde rok później opublikował kolejny artykuł wiodący, w którym czytamy: "poczucie solidarności sprzed roku zmieniło się w falę, która może sugerować, że wszyscy na całym świecie staliśmy się anty-amerykańscy". Kanclerz Niemiec, kraju, który jeszcze rok temu miał być bezdyskusyjnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, wygrywa w oczach opinii publicznej nowe głosy wyborców, i walkę o reelekcję, właśnie dlatego, że odrzucił możliwość wysłania żołnierzy niemieckich do inwazji na Irak, nawet jeśli poprze ją Rada Bezpieczeństwa.

Co stało się w ciągu tego roku? Odpowiedź na to pytanie zależy od tego, do kogo się je kieruje. Zacznijmy do tych, którzy w administracji USA nazywani są jastrzębiami (przodującymi aktualnie). Powiedzą, że w ten sposób Ameryka odcina się od nieszczerego poparcia, na którym do tej pory polegała i że wreszcie nadszedł czas, aby po 50 latach zacząć troszczyć się o prawdziwy interes narodowy Stanów Zjednoczonych. Stwierdzą, że USA nie tylko mają prawo angażować się w akcje zapobiegawcze, ale wręcz jest to ich moralny obowiązek. Wiedzą, że może to kłopotać wielu ludzi i rządów na całym świecie, jednak ich zdaniem, jak wyraził to ostatnio Sekretarz Rumsfeld, jeśli Stany Zjednoczone postanowią, że coś jest słuszne, i zaczną to realizować, inni też ocenią to jako słuszne i w końcu wyrażą swoje poparcie. "Jednostronność" zdaniem jastrzębi nie jest ani czymś złym, ani nierozważnym, przeciwnie - to oznaka mądrości.

Jakich "innych" Rumsfeld ma na myśli? Chodzi mu o wszystkich tych, którzy deklarując przywiązanie do tych samych wartości, które wyznają USA, obruszają się na myśl o "jednostronności" i zamiast tego nawołując do powrotu do "multilateralizmu" - w Stanach Zjednoczonych niezłomni republikanie tacy jak Jamek Baker czy wszyscy "Clintoniści"; a na całym świecie (w Kanadzie i Europie) ci, którzy są tradycyjnymi sojusznikami Stanów Zjednoczonych oraz w świecie islamskim - tak zwani umiarkowani. Rumsfeld uważa, że ich obiekcje to mgła, która, gdy tylko smok zionie ogniem, rozproszy się całkowicie. Czy Rumsfeld ma rację - czy gdy się ich zignoruje, rzeczywiście zareagują tak, jak to opisuje? Zobaczymy, choć można powiedzieć, że po części ma rację. Niektórzy z nich już "rozpraszają" się i proszą jedynie o miraż własnej twarzy, nawołując do konsultacji, w których przystaliby na proponowane warunki.

Jeśli zapytalibyśmy umiarkowanych w świecie islamskim, z zatroskaniem pokręciliby głowami nad niedorzecznością jastrzębi. Oni mają codzienną styczność ze swoją lokalną rzeczywistością. Znają granice własnej potęgi. Wiedzą też, lepiej niż Stany Zjednoczone, o granicach władzy USA w tym regionie. Ich zdaniem przypominają one Samsona obalającego świątynię - znajdują się pod dachem i też zostaną zgniecione. Zdają sobie jednak sprawę, że ich głosy dzisiaj dla Waszyngtonu znaczą niewiele. Z pewnością wielu z nich oddaje swoją osobistą przyszłość w ręce Allacha, a czasami i bankierów szwajcarskich.

Jeśli zapytalibyśmy bin Ladena, odpowiedziałby, jeśli tylko byłby w stanie użyć cynicznego języka geopolityków, że wszystko idzie zgodnie z planem. (Szersze wyjaśnienia - w komentarzu nr 96). Prezydent Bush twierdzi, że celem USA jest umocnienie szans dla demokracji na Bliskim Wschodzie. Ale ta garstka oddanych ludzi, którzy rzeczywiście oddani są realizacji tego celu, słysząc tego typu deklaracje - załamuje ręce w desperacji. Zdają sobie sprawę, że kolejna wielka eksplozja na Bliskim Wschodzie z pewnością nie przyniesie z sobą demokratycznych rządów. Oczekiwać raczej należy fanatycznych islamistów i silnych rządów wojskowych, którzy na dobre pozbawią mieszkańców regionu ostatnich wycinków wolności, którymi mogą się jeszcze cieszyć. Ich przyszłością będą tortury, a nie wolność.

Saddam Husejn to nieprzyjemny gość. Ale nigdy nie był lepszy, a dość długo cieszył się silnym poparciem ze strony rządów Stanów Zjednoczonych, Związku Radzieckiego (Rosji) oraz Francji. Jest tak naprawdę, mimo wszystko, dość marginalną postacią na arenie międzynarodowej, ale dość rozsądną historycznie. Jego głównym celem jest pozostanie przy władzy. Poza tym, pragnąłby umocnić militarnie świat arabski i stanąć na jego czele (właśnie to czyni z niego kogoś niezwykle rozsądnego).

Są trzy rodzaje zagrożeń, które wiążą się z wojną w Iraku: 1. Może doprowadzić do spełnienia wizji, którą Huntington nazwał "zderzeniem cywilizacji", która nagle z błędnej oceny rzeczywistości stanie się zasadą ją organizującą. 2. Z pewnością w jej trakcie zostanie użyta broń atomowa, w efekcie naruszone zostanie tabu i otworzą się drzwi do regularnego jej stosowania w czasie trwania wszelkich przyszłych konfliktów. 3. Usprawiedliwi "akcje zapobiegawcze", czyli to, czego system międzynarodowy starał się unikać od około 500 lat. Co najważniejsze jednak - nie wiadomo, jakie skutki ona wywoła, do czego doprowadzi. Żyjemy w świecie chaosu. Nie musimy jednak tak stanowczo dążyć do zamętu. Ale niestety chyba właśnie tak się dzieje


Immanuel Wallerstein

Niniejsze komentarze mogą być pobrane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych, jednak nie można ich powielać w jakimkolwiek medium drukowanym bez zgody właściciela praw autorskich (iwaller@binghamton.edu).

Komentarze te, publikowane dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego świata, postrzeganego z nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi prasa, a w kontekście długotrwałych zmian.

 

Wrocław, 16.09.2002