Edward Said
Kultura i imperializm

 

Chciałbym zacząć od faktu, który nie podlega dyskusji, mianowicie, że w 19 wieku niespotykana dotąd potęga, w porównaniu z którą siła, którą dysponowały Rzym, Hiszpania, Bagdad czy Konstantynopol w czasie swoich najświetniejszych dni, była o wiele mniej groźna, została skupiona w rękach Wielkiej Brytanii i Francji, a później i innych państw Zachodu, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych. Wiek ten, wiek 19, osiągnął punkt kulminacyjny w formie tego, co zostało nazwane "powstaniem Zachodu". Potęga, którą dysponował Zachód pozwoliła centrom kontynentalnym pod koniec wieku zdobyć i zgromadzić terytorium z poddanymi na naprawdę szokującą skalę. Biorąc pod uwagę to, że w 1800 roku potęgi zachodnie rościły sobie prawo do 55 procent, choć tak naprawdę miały w posiadaniu w przybliżeniu 35 procent powierzchni Ziemi. Ale do roku 1878 procent świata w rękach Zachodu wynosił 67, co oznacza skalę przyrostu 83.000 mil kwadratowych na rok. Do roku 1914 roczna wartość przyrostu terytoriów w posiadaniu zachodnich imperiów osiągnęła zdumiewające 247.000 mil kwadratowych. A Europa władała w sumie około 85 procentami powierzchni Ziemi, jako koloniami, protektoratami, terytoriami zależnymi, dominiami i częściami Wspólnoty Brytyjskiej, jedną z których była oczywiście Kanada. Żadna sieć zgrupowanych kolonii w historii ludzkości nie była tak wielka, żadna - tak zdominowana, żadna - tak pozbawiona możliwości konkurowania pod względem siły z metropoliami Zachodu. W rezultacie, twierdzi William McNeill w swojej książce "The Pursuit of Power", "świat był zjednoczony w jedną współzależną całość jak nigdy dotąd".

W samej Europie pod koniec 19 wieku jedynie jakieś odosobnione skrawki życia pozostawały poza wpływem faktu istnienia imperium. Gospodarki były spragnione zamorskich rynków, surowców mineralnych, taniej siły roboczej i przynoszących zyski ziem. Przedstawiciele obronności i polityki zagranicznej byli coraz bardziej przywiązani do utrzymywania rozległych szlaków odległych terytoriów i wielkiej liczby poddanych.

Gdy zachodnie potęgi nie znajdowały się w stanie ciągłej bezwzględnej rywalizacji o większą ilość kolonii - i dobrze jest przypomnieć sobie, że wielki szkocki historyk imperium, V.G. Kiernan powiedział, że wszystkie nowoczesne imperia naśladują się wzajemnie - to bardzo ciężko pracowały nad zasiedleniem, rozpoznaniem, badaniem i oczywiście rządzeniem terytoriami pod swoją jurysdykcją. Eksperyment Stanów Zjednoczonych od początku był oparty na idei imperium. USA zostały założone jako imperium, suwerenne państwo-dominium, które rozrastało się pod względem ludności i ziemi i stale rosło w siłę. Pojawiły się roszczenia do terytorium Północnej Ameryki, o które trzeba było walczyć. Z niesamowitym sukcesem. Byli ludzie rdzenni, których należało zdominować, nieraz wymordować, nieraz przesiedlić. Następnie, gdy republika amerykańska w 19 wieku stała się już starsza, a jej potęga na tej półkuli - większa, pojawiły się odległe ziemie, które zdefiniowano jako "kluczowe dla amerykańskich interesów", gdzie trzeba było interweniować i walczyć. Na przykład, Filipiny, Karaiby, Ameryka Środkowa, Wybrzeże Barbary, części Europy i Bliskiego Wschodu, Wietnam i Korea.

Jednak, co zastanawiające, dyskurs akcentujący amerykańską specyfikę, altruizm i równość szans był tak potężny, że imperializm w Stanach Zjednoczonych jako słowo lub ideologia prawie w ogóle się nie pojawiało i nie pojawia w obecnych rozważaniach na temat kultury, polityki i historii Stanów Zjednoczonych. Ale związek imperialistycznej polityki z kulturą w Ameryce Północnej, zwłaszcza w USA, jest zdumiewająco bezpośredni. Amerykańskie nastawienie do wielkości, hierarchii ras, niebezpieczeństwa ze strony innych rewolucji - Rewolucja Amerykańska jest uznawana za coś wyjątkowego i niepowtarzalnego gdziekolwiek indziej na świecie - to jest stale obecne, i zdefiniowało, przyciemniło, rzeczywistość imperium, podczas gdy apologeci zamorskich interesów amerykańskich wysławiali amerykańską niewinność, czynienie dobra, walkę o wolność.

Pyle, bohater powieści Grahama Greena The Quiet American z 1951 roku, wciela ten kulturowy schemat z bezlitosną dosłownością. Jednak dla obywateli 19-wiecznej Wielkiej Brytanii czy Francji, ale już nie Ameryki, imperium było głównym przedmiotem nieskrępowanej kulturowej uwagi. Brytyjskie Indie i francuska Afryka Północna same odgrywały rzeczywiście poważną rolę w wyobraźni, gospodarce, życiu politycznym i na arenie publicznej społeczeństw Anglii i Francji. Jeśli wspomnimy takie nazwiska jak Edmund Burke, Delacroix, Ruskin, Carlyle, James oraz John Stuart Mill, Kipling, Balzac, Nerval, Flaubert czy Conrad, udałoby nam się uchwycić jedynie wątły obszar o wiele większej rzeczywistości niż ta, którą wyznacza ogrom nawet ich połączonych talentów. W odległych posiadłościach dwóch potęg imperialnych miejsce dla siebie znaleźli naukowcy, przedstawiciele administracji, podróżnicy, handlowcy, parlamentarzyści, kupcy, pisarze, teoretycy, spekulanci, awanturnicy, wizjonerzy, poeci oraz wszelkiego rodzaju banici i nieprzystosowani, którzy przyczynili się do wytworzenia rzeczywistości kolonialnej w samym sercu metropolii.

"Imperializm", tak, jak będę tutaj używał tego pojęcia (i tak naprawdę nie jestem zbyt zainteresowany w tym miejscu terminologiczną ścisłością), oznacza praktykę, teorię i nastawienie dominującego metropolitarnego centrum, które rządzi odległym terytorium. "Kolonializm", który jest prawie zawsze rezultatem imperializmu, to przeprowadzanie osiedlania na odległym terytorium. Jak historyk Michael Doyle stwierdził, "Imperium to relacja, formalna lub nieformalna, w której jedno państwo kontroluje rzeczywistą suwerenność polityczną innej wspólnoty politycznej. Może to zostać osiągnięte z użyciem siły, przez współpracę polityczną, czy gospodarcze, społeczne lub kulturowe podporządkowanie".

W naszych czasach kolonializm bezpośredni, na przykład typu brytyjskiego w Indiach czy francuskiego w Algierii i Maroko, właściwie już nie istnieje. Jednak wciąż jest on obecny tam, gdzie zwykle przybierał formę pewnego rodzaju ogólnej kulturowej otoczki oraz jej politycznej, ideologicznej, ekonomicznej i społecznej praktyki. Chciałbym tutaj obronić tezę, że ani imperializm, ani kolonializm to nie kwestia prostego aktu zdobywania i gromadzenia. Nie chodzi tu jedynie o wyprawę, zdobycie terytorium i osiedlenie się na nim. Wszystkie te praktyki są wspierane, a może nawet i wprawione w życie, przez zdumiewającą formację kulturową związaną z ideami, że niektóre ludy i określone terytoria wymagają dominacji i proszą się o nią. Na przykład, jeśli spojrzy się na to, co pisano w Anglii na temat Indii od połowy do końca 19 wieku, można się dowiedzieć, że Indie istniały po to, aby być rządzone przez Anglię. Jak to przedstawił Kipling przede wszystkim w swojej powieści Kim, ale też w innych krótkich opowiadaniach; występuje tam indiański bohater, który mówi, że bez Anglii Indie by zniknęły. Po prostu nie byłoby to już to samo miejsce.

Tak więc dla tych ludzi i tych terytoriów dominacja jest niezbędna. Podobnie niezbędne są formy wiedzy związane z dominacją. Słownik klasycznej 19-wiecznej kultury imperialnej w miejscach takich jak Anglia czy Francja obfituje w słowa i pojęcia typu "rasa niższa" czy "rasa sług", koncepcje "ludu podporządkowanego", "zależności", "ekspansji" i "władzy". Poza doświadczeniami imperialnymi, idee związane z kulturą były tłumaczone, wzmacniane, krytykowane lub odrzucane. Jak w przypadku ciekawej, i może nie całkiem chybionej koncepcji propagowanej około sto lat temu przez historyka angielskiego. J.R. Seeleya, że niektóre z zamorskich imperiów Europy zostały zdobyte przez przypadek, w żadnym razie nie tłumaczy to ich niespójności, trwałości, systematycznego podboju i administracji, nie mówiąc już o ich rosnącej władzy czy czystej obecności. Jak stwierdził David Landes w swojej książce "The Unbound Prometheus", która mówi o przemysłowej ekspansji Europy na początku 19 wieku, "decyzje pewnych potęg europejskich co do zakładania plantacji, czyli traktowania swoich kolonii jako konsekwentnych przedsiębiorstw, były, bez względu na moralny wymiar tego faktu, doniosłą innowacją".

Prymat w 19 wieku, a także w większej części 20, imperiów brytyjskiego i francuskiego, w żaden sposób nie przyćmiewa dość znaczącej nowożytnej ekspansji Hiszpanii, Portugalii, Holandii, Belgii, Niemiec, Włoch, Japonii oraz, w innym sensie, Rosji i Stanów Zjednoczonych. Jednak Rosja zdobyła swoje imperialne terytoria w większości dzięki sąsiedztwu, czyli zabraniu terenów na wschód lub południe od obecnych granic Rosji. W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii czy Francji, które “skakały” tysiące mil poza własne granice na inne kontynenty, Rosja połykała ziemie i ludy, które istniały przy jej granicy, co na przestrzeni dziejów oznaczało posuwanie się coraz dalej na wschód i południe. Ale w przypadku Anglii i Francji zwykły fakt odległości atrakcyjnego terytorium wzmógł planowanie dalekosiężnych interesów. To jest to, nad czym chciałbym się tutaj zastanowić, częściowo dlatego, że interesuje mnie zbadanie form kulturowych i struktur emocji z nimi związanych, a częściowo dlatego, że zamorska dominacja to świat, w którym wyrosłem, i w którym wciąż żyjemy.

Status supermocarstw Związku Sowieckiego i Stanów Zjednoczonych, którym się cieszą przez mniej niż pół wieku, pochodzi z różnych historii i różnych trajektorii imperialnych niż te związane z Anglią i Francją w wieku 19. Istnieje kilka rodzajów dominacji i reakcji na nie, ale przedmiotem mojego wykładu jest ta zachodnia, razem z oporem, na który napotykała. Podczas ekspansji wielkich potęg Zachodu oczywiście niebywale istotne były korzyści i nadzieje na ich pomnożenie. Jak wskazują na to wystarczająco przykłady przypraw, cukru, niewolnictwa, grabieży, bawełny, opium, cyny, srebra. Ale podobnie było ze swoistą bezwładnością - jeśli dostaniesz się tam, będziesz musiał już tam zostać. Inwestowanie w już istniejące przedsięwzięcia. Tradycja. I rynek lub siły instytucjonalne, które sprawiają, że te przedsięwzięcia mogą być kontynuowane. Ale imperializm to coś o wiele więcej. Istniało przywiązanie do imperializmu poza i pomimo korzyści, przywiązanie do kontynuowania nieograniczonych transakcji i obrotu kapitałem, które z jednej strony umożliwiało, żeby przyzwoite kobiety i mężczyźni z Anglii i Francji, z Londynu i Paryża, mogli zaakceptować ideę, że odległe terytoria i ich rdzenne ludy powinny zostać podbite oraz, z drugiej strony, wypełnione energiami metropolitarnymi, aby ci przyzwoici ludzie mogli pojmować imperium jako przedłużony, wręcz metafizyczny obowiązek rządzenia podporządkowanymi, mniej ważnymi czy nie tak rozwiniętymi ludami. Nie wolno nam zapominać, i jest to bardzo ważny aspekt moich dociekań, że wewnątrz Francji i Wielkiej Brytanii istniał jedynie niewielka w stosunku do tego niechęć. Mieliśmy tam do czynienia z niesamowitą, gigantyczną jednomyślnością co do faktu posiadania imperium. Nie było prawie wcale sprzeciwu co do ekspansji imperialnej w 19 wieku, choć imperia te były przeważnie tworzone i utrzymywane w ramach niekorzystnych, a nawet będących gwarancją niepowodzeń, warunków. Pojawiły się nie tylko ogromne trudności na afrykańskich pustkowiach i dziczach, na "czarnym kontynencie", jak go nazywano w drugiej połowie 19 wieku, z którymi musieli się zmierzyć biali kolonizatorzy, poza tym istniała rzeczywiście ryzykowana fizyczna dysproporcja pomiędzy małą liczbą Europejczyków przebywających wiele set mil poza swoimi domami, i o wiele większą ilością tubylców, żyjących na swoim własnym terytorium. Na przykład w Indiach, do lat 30 20 wieku, jedynie 4.000 członków brytyjskich służb cywilnych, przy wsparciu 60.000 żołnierzy i 90.000 cywili, sprawowało kontrolę nad państwem z 300 milionami mieszkańców. Jeśli chodzi o rozmiary woli, ufności w siebie, a nawet arogancji koniecznych do utrzymywania takiego stanu rzeczy, to można się tylko domyślać. Ale jak można to zobaczyć w tekstach i powieściach takich jak Passage to India Forstera czy Kim Kiplinga, nastawienie to było przynajmniej tak samo ważne jak liczba ludzi pod bronią, służby cywilne czy miliony funtów, które Anglia wyciągała z Indii.

Ponieważ zarządzanie imperium jest związane z samą ideą posiadania imperium, jak to chyba rozumiał i przedstawił w tak sugestywny sposób Joseph Conrad w Sercu ciemności. Mówi on, że różnica pomiędzy nami, w tym świecie, nowoczesnymi imperialistami, oraz Rzymianami polega na tym, że Rzymianie przychodzili na obce tereny jedynie po to, aby je łupić. Oni jedynie okradali. Ale my idziemy tam z pewną koncepcją w sercu. Miał on oczywiście na myśli idee w przypadku Afryki, na przykład ze strony Francuzów i Belgów, że jeśli przybywasz na inne kontynenty, nie polega to jedynie na rabowaniu ludzi, kości słoniowej, łapaniu niewolników i tak dalej. Przede wszystkim jesteś tam, aby nieść między nich postęp. Naprawdę tu nie żartuję. Pomysł, na przykład, imperium francuskiego polegał na tym, że Francja posiadała "mission civilisatrice", czyli przybycie w celu cywilizowania tubylców. Była to bardzo poważna koncepcja. Oczywiście, niezbyt wielu tubylców w nią wierzyło, ale Francuzi z pewnością ufali, że to jest właśnie to, co robią.

Idea posiadania imperium jest bardzo ważna, i jest to główny problem, którym tutaj jestem zainteresowany. W ramach kultury czynione są do tej idei wszelkiego rodzaju przygotowania, a następnie, w pewnym punkcie historii, imperializm nabywa swoistej spójności, zbioru doświadczeń i obecności rządzącego i rządzonego również w obrębie kultury.

W znacznym stopniu era wysokiego 19-wiecznego imperializmu jest już przeszłością. Francja i Anglia zrezygnowały z większości swoich okazałych posiadłości po 2 wojnie światowej, a ich osłabiona potęga również sprawiła, że spadły one z piedestału dalekosiężnych dominiów. Era ta z pewnością posiadała jakąś tożsamość - na przykład Eric Hobsbawm w trzeciej książce swojej trylogii Age of Revolution, Age of Capital, Age of Empire, mówi o drugiej połowie 19 wieku. Jednak mimo że wiek imperium zdecydowanie posiadało swoje specyficzne cechy, a historycy zamykają jego istnienie w ramy czasowe, mniej więcej od roku 1878 do 2 wojny światowej, to znaczenie imperialnej przeszłości nie zawiera się w nich w stu procentach. Musi ono zostać poszerzone o setki milionów ludzi. Jej istnienie jako podzielanej pamięci w ramach mocno konfliktowej rzeczywistości kulturowej i ideologicznej, z określoną polityką wciąż ma potężną moc. Franz Fanon uważa, że "powinniśmy po prostu odrzucić sytuację, do której zachodnie państwa chcą nas przypisać". Miało to miejsce w 1961 roku. "Kolonializm i imperializm nie wywiązały się ze swoich zobowiązań, kiedy wycofali swoje flagi i sił policyjne z naszych terytoriów. Przez wieki obcy koloniści zachowywali się w nierozwiniętych państwach jak zwykli kryminaliści". Właściwe zrozumienie imperializmu musi również uwzględnić obecność nostalgii za imperium, czyli - wciąż można znaleźć w tym, co piszą na przykład historycy francuscy i brytyjscy żal, że nagle przyszedł dzień, w którym musieli zrezygnować z Indii albo wycofać się z Algierii, i że takie były okoliczności. To wciąż istnieje. A ponadto wciąż mamy do czynienia ze złością i resentymentami, które pojawiają się przy wspomnieniach imperium wśród tych, którymi rządzono i dla których imperium nie było niczym innym jak absolutną zagładą, która przyszła na nich i innych rdzennych mieszkańców tych terenów.

W związku z tym musimy postarać się o bardzo dokładne i całościowe spojrzenie na kulturę, która kultywowała sentyment, usprawiedliwienie, a przede wszystkim wyobrażenie imperium. Musimy też zrozumieć hegemonię ideologii imperialnej, która do końca 19 wieku na dobre zakorzeniła się w rzeczywistości związanej z kulturami, z których mniej pożałowania godnymi cechami wciąż mamy do czynienia.

A zatem przechodzę do stanu obecnego. Imperializm tak naprawdę się nie zakończył, nie stał się nagle przeszłością, kiedy tylko przeprowadzono dekolonizację i rozpoczęto demontaż klasycznych imperiów. Dziedzictwo przywiązania wciąż łączy Algierię i Indię z, odpowiednio, Francją i Anglią. Ogromna nowa populacja Muzułmanów, Afrykańczyków i Hindusów Zachodnich z wcześniejszych terytoriów kolonialnych obecnie zamieszkuje, na przykład, metropolitarną Europę. Nawet Włochy, Niemcy i Skandynawia muszą dzisiaj zmierzyć się z tymi przemieszczeniami, które są w większości rezultatem imperializmu i kolonializmu, a także zwiększeniem ludności Europy. Poza tym koniec Zimniej Wojny i Związku Sowieckiego zdecydowanie zmienił mapę światową. Triumf Stanów Zjednoczonych jako ostatniego supermocarstwa sugeruje, że świat zostanie zorganizowany według nowych układów sił. Zaczęły się one pojawiać już w latach 60-tych i 70-tych.

Jakie są najbardziej rzucające się w oczy cechy "re-prezentacji" starych imperialnych nierówności, "trwanie", według słów Arno Mayera, "starego reżymu"? Jedną z nich jest zapewne ogromne ekonomiczne pęknięcie pomiędzy Północą i Południem, pomiędzy biednymi i bogatymi państwami, którego w sumie dość prosta topografia została nakreślona w najbardziej bezpośredni sposób przez tak zwany "Raport Willy'ego Brandta", który nosi tytuł "Północ-Południe: Program przetrwania". Został on opublikowany w 1980 roku. Jego wnioski są sformułowane w języku kryzysu i stanu zagrożenia. Mówi, że podstawowe potrzeby najbiedniejszych narodów na południowej półkuli muszą zostać wreszcie odpowiednio rozpoznane. Głód powinien zostać wyeliminowany, siła nabywcza waluty - zwiększona. Produkcja na półkuli północnej powinna umożliwić prawdziwy przyrost południowych centrów produkcyjnych. Na działalność korporacji ponadnarodowych powinny zostać nałożone ograniczenia. Globalny system monetarny ma być zreformowany. Rozwój i finanse - dopasowane tak, aby wyeliminować to, co nazywane jest "pułapką kredytową". Istota sprawy, według wyrażenia raportu, to "podział władzy", czyli danie południowym państwom o wiele większego udziału w sprawowaniu władzy i procesie podejmowania decyzji w ramach instytucji monetarnych i finansowych.

Trudno jest nie zgodzić się z diagnozą Willy Brandta, której należy zaufać jeszcze bardziej ze względu na jej wyważony ton i cicho założony obrazek nieskrępowanej zachłanności, chciwości i niemoralności Północy. Z pewnością i jego zalecenia nie są błędne. Ale jak sobie można wyobrazić przeprowadzanie tych zmian? Pogrupowanie powojenne wszystkich narodów na trzy światy, pierwszy, drugi i trzeci, pierwotnie ukute przez francuskiego dziennikarza w 1950 roku, zostało w większości odrzucone. Willy Brandt i jego koledzy po cichu przyznają, że Narody Zjednoczone i szanowane organizacje w ogóle, nie są tu odpowiednie. Nie wydaje się dzisiaj, że to jest odpowiednie, nawet teraz, w stosunku do niemożliwych do policzenia globalnych i lokalnych konfliktów, które pojawiają się z przyspieszoną częstotliwością: w Jugosławii ONZ jest bezsilne, przede wszystkim z powodu woli tak zwanych stałych członków Rady Bezpieczeństwa, z decydującą rolą odgrywaną wśród nich przez Stany Zjednoczone Ameryki.

Z wyjątkiem pracy niewielkich grup, na przykład World Order Models Project (Projekt Modeli Porządku Światowego), myślenie globalne zmierza do reprodukowania supermocarstw, Zimnej Wojny, regionalnych, ideologicznych czy etnicznych sporów “starego”. Jugosławia to w tym momencie doskonały przykład. Nawet bardziej niebezpieczny w erze nuklearnej i postnuklearnej, jak pokazuje horror tego kraju. Potężni prawdopodobnie staną się bardziej potężni i bogaci, słabi - jeszcze słabsi i biedniejsi. I Afryka, oczywiście, jest tego żywym świadectwem. Przepaść między tymi dwoma, Północą i Południem, usuwa poprzednie rozróżnienie pomiędzy ustrojami socjalistycznym i kapitalistycznym, które przynajmniej w Europie stało się mniej istotne. Noam Chomsky wnioskuje, że w latach 80-tych "konflikt pomiędzy Północą i Południem nie ucichnie". Myślę, że pozostaje to ważne również w latach 90-tych. "Nowe formy dominacji będą musiały zostać wymyślone, aby zapewnić uprzywilejowanym warstwom zachodniego społeczeństwa industrialnego znaczną kontrolę nad zasobami światowymi, ludzkimi i materialnymi, i pozwolić czerpać z tej kontroli nieproporcjonalne korzyści. Stąd zapewne nie jest żadnym zaskoczeniem, że odnowienie ideologii w Stanach Zjednoczonych" - powiedziałbym zwłaszcza po zakończeniu Zimnej Wojny - "znajduje swoje echo w całym industrialnym świecie. Ale jest to absolutny przymus dla zachodniego systemu ideologicznego, żeby powstała ogromna wyrwa między cywilizowanym Zachodem, z jego tradycyjnym przywiązaniem do godności ludzkiej, wolności i samookreślenia, a barbarzyńską brutalnością tych, którzy, z jakiegoś powodu, może uszkodzonych genów, nie potrafią rozpoznać głębi tego historycznego przywiązania, tak bardzo ukazywanego w trakcie amerykańskich wojen w Azji, na przykład". Przeniesienie akcentu przez Chomsky'ego z dylematu Północ-Południe na amerykańską i zachodnią dominację jest, jak mi się zdaje, generalnie trafne. Chociaż osłabienie amerykańskiej siły ekonomicznej, urbanistyczny, ekonomiczny i kulturowy kryzys w Ameryce na przykład, myślę, że mnóstwo obecnych dyskusji dotyczących "kanonu", czym jest zachodnia literatura - wszystko to jest połączone z rekonstytucją ideologii. Zmierzch potęgi amerykańskiej i te różne kryzysy w USA, podobnie jak wpływ państw "węzła atlantyckiego", jak Tajwan i Japonia, i zamieszanie związane z wielobiegunowością dzisiejszego świata stłumiły hałas towarzyszący erze Reagana i Busha. Po pierwsze pokazuje to ciągłość potrzeby ideologicznej, by wzmacniać i usprawiedliwiać dominację w sensie kulturowym, co miało miejsce w przypadku Zachodu od 19 wieku, a nawet wcześniej. Po drugie - dokładnie pokazuje wątek, oparty na powtarzanych projekcjach i teoretycznych obróbkach potęgi Ameryki, rozwijany przeważnie w obliczu zagrożenia, i dlatego przesadzony, że żyjemy dzisiaj w erze amerykańskiego panowania.

Badania w czasie ostatnich dziesięciu lat głównych amerykańskich osobistości z połowy 20 wieku dobrze pokazują, co mam na myśli. Weźmy przykład Waltera Lippmana, najsłynniejszego mędrca i dziennikarza z połowy 20 wieku. Reprezentuje on formację umysłową typową dla amerykańskiej dominacji i był dziennikarzem z największym prestiżem i władzą w tym wieku. To co jest niezwykłego w związku z karierą Lippmana, to nie fakt, że miał on rację lub był jakoś specjalnie bystry w swoich raportach czy przewidywaniach dotyczących wydarzeń na świecie. Bo tak nie było. Chodzi raczej, że z pozycji kogoś w układzie, czyli człowieka, który był w pobliżu źródła władzy i zawsze próbował przemawiać w jej imieniu, wyrażał on amerykańską globalną dominację bez sprzeciwu, poza Wietnamem, kiedy sprzeciwił się Johnsonowi. Widział swoją misję mędrca w ramach pomocy swoim rodakom, aby uświadomili sobie, że należy "dostosować się do rzeczywistości", rzeczywistości niezakłóconej potęgi amerykańskiej w świecie, którą uczynił bardziej do zaakceptowania, akcentując jej "moralizm", realizm i altruizm, z zadziwiającą zdolnością do nie oddalania się zbyt mocno od prawdziwego kierunku polityki publicznej.

Próbuję tu zasugerować, że rola potęgi amerykańskiej w świecie naprawdę zależy nie tylko od rzeczywistego potencjału militarnego, którym dysponują Stany Zjednoczone, co jest przyczyną kryzysów w opiece medycznej, ekonomii, na uniwersytetach itd., które zalewają to państwo. Oprócz tego mamy tu do czynienia z potężnym ideologicznym, kulturowym konsensem, który sugeruje w przypadku karier takich ludzi jak Lippman, że rola Ameryki ma polegać na byciu liderem świata. Podobny pogląd można znaleźć we wpływowych pismach George'a Kennana. Jest on autorem polityki obejmowania, która rządziła polityką amerykańską przez większą część okresu Zimnej Wojny. Kennan wierzył, że jego państwo ma być strażnikiem zachodniej cywilizacji. Takie przeznaczenie dla świata nie-europejskiego oznaczało, zdaniem Kennana, rezygnację z rozszerzania starań, aby sprawić, żeby USA stały się popularne. Nazywał to "rotariańskim idealizmem". Ale to, na czym ta idea się opierała nazywał on "pojęciami bezpośredniej siły". Ponieważ żadne ze wcześniej skolonizowanych ludów czy krajów nie posiadało tego, co jest potrzebne, aby sprzeciwić się USA, i wszystko to po upadku klasycznych imperiów, nikt nie miał możliwości zakwestionowania potęgi militarnej lub ekonomicznej Stanów Zjednoczonych, ostrzegał roztropnie. Mimo to w notatce, którą napisał w 1948 roku dla Policy Planning Staff (Wydział Planowania Strategii) Departamentu Stanu, zgodził się na ponowne skolonizowanie Afryki. W innym tekście, który powstał w 1971 roku, zatwierdził również apartheid w Afryce Południowej. Nie zgadzał się na jego nadużycia, jak stwierdził, ale uważał, że idea jest całkiem dobra. Choć krytykował amerykańską interwencję w Wietnamie, ogólnie nie miał nic przeciwko temu, co nazywał "czysto amerykańskim rodzajem nieformalnego systemu imperialnego". Nie miał oczywiście żadnych wątpliwości co do tego, że Europa i Ameryka znajdowały się w niepowtarzalnej sytuacji przymusu rządzenia światem. Pogląd ten sprawił, że uważał on swoje państwo za pewnego rodzaju młodzieńca dojrzewającego, aby w przyszłości odgrywać rolę, która kiedyś była przypisana imperium brytyjskiemu.

Inne siły poza Lippmanem i Kennanem kształtowały powojenną politykę Stanów Zjednoczonych. Obydwaj byli samotnymi ludźmi, wyalienowanymi z masowej świadomości społeczeństwa, w którym żyli, nienawidzili oni szowinizmu i bardziej prymitywnych form agresywnych zachowań ze strony Ameryki. Wiedzieli, że izolacjonizm, interwencjonizm, antykolonializm, imperializm wolnorynkowy były związane z wewnętrznymi cechami amerykańskiego życia politycznego, które zostało opisane przez historyka Richarda Hofstadtera jako "anty-intelektualne i paranoidalne". Wygenerowało to niespójności, postępy i zacofania w polityce zagranicznej przed zakończeniem drugiej wojny światowej i oczywiście po jej zakończeniu. Mimo to idea amerykańskiej wyjątkowości i przywództwa nigdy nie zanikła. Po tym, jak imperia brytyjskie i francuskie odeszły w zapomnienie, i oczywiście po 2 wojnie światowej, Ameryka weszła na scenę. Bez względu na to, co USA robią, te autorytety nie chcą zwykle, żeby były one potęgą imperialną, jak wszystkie wcześniejsze, preferując zamiast tego pojęcie "odpowiedzialności globalnej" - co według mnie jest tym samym - jako uzasadnienie ich postępowania. Wcześniejsze uzasadnienia, Doktryna Monroe, Manifest Przeznaczenia i tak dalej, doprowadziły do globalnej odpowiedzialności, która koresponduje dokładnie ze wzrostem udziału USA na arenie międzynarodowej po 2 wojnie światowej i z koncepcją ich niezwykłej potęgi, wyrażonej w sposobie prowadzenie polityki międzynarodowej i wspieranej przez intelektualne elity.

W bardzo przejrzystej ocenie, jakiego rodzaju szkody to spowodowało, Richard Barnet zauważa, że amerykańska militarna interwencja w Trzecim Świecie miała miejsce co roku pomiędzy 1945 a 1967. Od tamtego czasu USA były niezwykle aktywne na arenie światowej, przede wszystkim podczas Wojny w Zatoce w 1991 roku, kiedy 65.000 żołnierzy zostało wysłanych 6.000 mil od domu, aby odeprzeć irakijską inwazję na produkującego ropę sojusznika Ameryki. Interwencje takie, stwierdza Barnet w swojej książce The Roots of War, posiadają "wszystkie elementy potężnego imperialnego credo: poczucie misji, konieczność historyczna i ewangeliczny zapał. Credo imperialne polega na teorii tworzenia prawa według wnikliwych globalistów takich jak prezydent Johnson czy ukrytych globalistów jak Nixon. Celem polityki zagranicznej USA jest sprawienie, aby rządy prawa zdobyły coraz więcej poddanych. Ale to Stany Zjednoczone organizują pokój i określają prawo. USA wpływają na sytuację na świecie, ustanawiając dla niego obowiązujące reguły gospodarczego i militarnego rozwoju. W taki sposób USA ustaliło reguły dla zachowania Sowietów na Kubie, Brazylijczyków w Brazylii czy Wietnamczyków w Wietnamie. Dzisiaj, amerykańskie, wyznaczone przez siebie, rozporządzenia są rozsyłane po świecie, włączając w to Związek Sowiecki i Chiny, nad terytoriami których Ameryka zagwarantowała sobie prawo do przeprowadzania przelotów wojskowych samolotów. USA, wyjątkowo błogosławione ze względu na swoje nadzwyczajne bogactwo i niepowtarzalną historię, istnieją ponad systemem międzynarodowym, a nie w jego ramach. Jako hegemon wśród narodów trwają w pogotowiu, aby stać się nosicielem Prawa". Choć słowa te zostały opublikowane w 1972 roku, nawet jeszcze bardziej trafnie opisują one USA podczas inwazji na Panamę i w czasie Wojny w Zatoce, gdzie nadal trwał dyktat dotyczący poglądów na prawo i pokój na całym świecie. Niezwykłą rzeczą z tym związaną jest nie to, że jest tu mowa o zamiarach, ale że chodzi tu o to, co jest wprowadzane w życie z tak wielkim konsensem i wręcz jednomyślnością w sferze publicznej skonstruowanej jako rodzaj przestrzeni kulturowej zdefiniowanej dla przedstawiania i wyjaśniania tej polityki. W czasach wielkich kryzysów wewnętrznych, na przykład rok lub dwa po Wojnie w Zatoce, ten rodzaj moralizatorskiego triumflizmu zostaje zawieszony i oddalony. Jednak podczas gdy trwa to nadal, media odgrywają nadzwyczajną rolę w "fabrykowaniu zgody", jak określa to Chomsky, co ma sprawić, by przeciętny Amerykanin czuł, że to przed nami jest postawione zadanie naprawiania zła tego świata, i do diabła ze sprzecznościami i niespójnościami. Interwencja w Zatoce została poprzedzona łańcuchem interwencji w Panamie, Grenadzie, Libii - wszystkie one były szeroko dyskutowane, większość zaakceptowana, czy przynajmniej nie spotkała się z oporem, i uznana za "nasze prawo". Jak stwierdza Kiernan "Ameryka lubiła myśleć, że czegokolwiek pragnie ona, jest to tym, czego pragnie cały rodzaj ludzki". Aby uzupełnić ten raczej ponury obrazek, dodajmy jeszcze kilka obserwacji podsumowujących, które dotyczą warunków w Trzecim Świecie. Oczywiście nie możemy rozważać nie-zachodniego świata jako niezależnego od tego, co dzieje się na Zachodzie. Spustoszenia wojen kolonialnych w Afryce, Ameryce Łacińskiej, Azji, przedłużające się konflikty między nacjonalizmem a kontrolą imperialną, aktywność nowych fundamentalistycznych i tubylczych ruchów karmionych rozpaczą i złością, rozprzestrzenienie się systemu światowego na świat rozwijający się - wszystkie te okoliczności są bezpośrednio związane z tym, co naprawdę dzieje się na Zachodzie. Z jednej strony, jak twierdzi Eqbal Ahmad w jednym z najbardziej trafnych opisów tych warunków, w których żyjemy, rolnicy oraz klasy przedkapitalistyczne, których było więcej w okresie klasycznego kolonializmu, rozproszyły się i w nowych państwach przyjęły postać nowych, często gwałtownie zurbanizowanych i niezaspokojonych klas uwięzionych przez pochłaniające wszystko ekonomiczne i polityczne siły metropolitarnego Zachodu. Na przykład w Pakistanie i Egipcie skłóceni ze sobą fundamentaliści nie są prowadzeni przez wieśniaków lub intelektualistów z klasy robotniczej, ale przez wykształconych na Zachodzie inżynierów, lekarzy, prawników. Pojawiają się rządzące mniejszości, deformując na nowo pojawiające się właśnie struktury władzy. Patologie te i "odczarowania" wobec autorytetów, które one stworzyły przechodzą przez cały wachlarz opcji, od neofaszystowskich do dynastycznych i oligarchicznych, gdzie jedynie kilka państw zdobywa funkcjonujący parlamentarny i demokratyczny system.

Z powodu całej swojej oczywistej potęgi, ten nowy wzorzec dominacji, który jest, według mnie, repliką, reprodukcją starego porządku imperialnego, który się rozwijał podczas ery masowych społeczeństw prowadzonych na szczyty przez potężnie scentralizowaną kulturę i złożoną ekspansywną ekonomię, jest generalnie niestabilny. Teraz chciałbym przejść do części dotyczącej dyskursu przeciwnego imperializmowi. Jak zauważył wyśmienity francuski socjolog miasta, Paul Virilio, ta polityka [świat, w którym obecnie żyjemy] jest oparta na szybkiej, ciągłej komunikacji, sięganiu po to, co odległe, trwanie w stanie zagrożenia, braku bezpieczeństwa związanym z narastającymi kryzysami, z których niektóre doprowadziły do wojny. W takich warunkach główną prerogatywą militarną nowoczesnego państwa staje się gwałtowne zajmowanie rzeczywistej, jak również publicznej przestrzeni, jak pokazały Stany Zjednoczone, gdy rozlokowały potężną armię w Zatoce Arabskiej i zawładnęły mediami, aby pomogły im one w przeprowadzeniu tej operacji.

Innymi słowy, jest to tak niestabilne, że jeśli czujesz się zagrożony, jeśli twoje interesy są zagrożone, wtedy wysyłasz potężną armię z całym tym niewiarygodnym zapleczem logistycznym i zaczynasz okupację i wojnę. Jako przeciwnik tej sile nowoczesnych państw imperialnych jak USA, Virilia sugeruje, że modernistyczny projekt emancypacji języka i mowy dzisiaj ma swój odpowiednik w wyzwalaniu krytycznej przestrzeni: szpitali, uniwersytetów, teatrów, fabryk, kościołów, pustych budynków. Jako przykład Virilio przytacza ludzi, którzy sprzeciwiają się imperialnym najeźdźcom, których obecny status jest skutkiem dekolonizacji: robotnicy-emigranci, uchodźcy, gastarbeiterzy w Niemczech - to oni są głosem sprzeciwu wobec imperializmu, ponieważ w tym przypadku są to ludzi przybywający z południowych części naszego globu do zachodnich metropolii i wywołujący niestabilność w centrum. Ludzie, których obecny status jest konsekwencją dekolonizacji, jak robotnicy-emigranci, lub głównych demograficznych i politycznych zmian: czarni, imigranci, dzicy lokatorzy w miastach, studenci, powstańcy ludowi. Tworzy to rzeczywistą alternatywę w stosunku do autorytetu państwa. Jeśli lata 60-te wspomina się teraz jako dekadę masowych demonstracji w Europie i Ameryce, lata 80-te musiałyby być z pewnością okresem masowych powstań poza zachodnimi metropoliami. Pomyślmy o miejscach, gdzie masowe powstania zostały wywołane: Iran, Filipiny, Argentyna, Korea, Pakistan, Algieria, Chiny, Afryka Południowa, praktycznie cała Europa Wschodnia, terytoria okupowane przez Izrael na Zachodnim Brzegu i w Gazie. Oto niektóre z najbardziej zadziwiających miejsc uaktywnionych przez tłum, z których każde zostało zapchane przez w większości nieuzbrojoną ludność cywilną, występującą przeciwko przymusowemu ubóstwu, tyranii i nieustępliwości rządów, które rządziły nią zbyt długo.

Te dwa ogólne obszary porozumienia prawie wszędzie to polecenie, żeby wolność osobista była zawsze strzeżona, oraz że środowisko naturalne ziemi powinno być chronione, aby uniknąć przyszłej zapaści w tym względzie. Demokrację i ekologię, każde osadzone w lokalnym kontekście i w wielkiej ilości stref, w których toczone są zażarte boje ustawia się w kosmicznym tle. Czy to w przypadku walki o narodowe wyzwolenie, czy problemów z pustynnieniem krajobrazu, ociepleniem klimatu, epidemią AIDS, zależności między tożsamością jednostkową wpisaną w kontekst różnego rodzaju aktywności, jak palenie tytoniu, używanie puszek z aerozolami, oraz ogólny schemat, są niezwykle bezpośrednie, a uzależnione od czasu konwencje związane ze sztuką, historią i filozofią nie wydają się do nich zbyt dobrze pasować. Większość z tego, co przez ostatnie cztery dekady tak poruszało w zachodnim modernizmie i w tym, co nastąpiło potem, wydaje się dzisiaj prawie całkowicie abstrakcyjne i rozpaczliwie europocentryczne. Obecnie daje się większą wiarę sprawozdaniom z linii frontu, gdzie toczą się boje pomiędzy domowymi tyranami a idealistyczną opozycją, hybrydowej kombinacji realizmu i fantazji, kartograficznych i archeologicznych opisów, eksploracji przyjmujących wielorakie formy - eseju, wideo, filmu, fotografii, wspomnień, opowieści czy aforyzmów o doświadczeniach ucieczki, braku domu.

Główne zadanie zatem to sposób dopasowania nowych pozaczasowych ekonomicznych i społecznych braków, przesunięć i konfiguracji, z zaskakującymi rzeczywistościami ludzkiej współzależności na skalę światową. Jeśli japońskie, wschodnio-europejskie, islamski i zachodnie przykłady wyrażają cokolwiek wspólnego, jest to - i to jest właśnie to, czym najbardziej jestem zainteresowany - że potrzeba jest nowej krytycznej świadomości, pewnego rodzaju anty-dyskursu w stosunku do imperium. Może to zostać osiągnięte jedynie za pomocą zrewidowanego podejścia do edukacji. Po prostu nacisk na to, aby studenci zwracali uwagę na swoją tożsamość, tradycję, z której pochodzą, historię, swoją niepowtarzalność - może to początkowo sprawić, że zaczną oni nazywać swoje podstawowe potrzeby i pragnienia demokracji, praw, które muszą zostać im zapewnione i godnej ludzkiej egzystencji. Ale musimy potem iść dalej i usytuować tożsamości naszych studentów i nas samych w geografii innych tożsamości, ludów, kultur, a następnie studiować jak, pomimo takich różnic, zawsze się ze sobą spotykają, nachodzą na siebie w ramach nie hierarchicznych wpływów, wymiany, zatwierdzania, przyjmowania, wspominania, rozważania możliwości zapomnienia, i oczywiście konflikt. W żadnym razie nie jesteśmy na końcu historii, ale w dalszym ciągu niekoniecznie wolno nam monopolizować i przyjmować w stosunku do niej imperialne nastawienie.

Nie było w przeszłości z tym dobrze, mimo wszystkich tych manifestacji polityki zróżnicowanych tożsamości, multikulturalizmu, dyskursu o prawach mniejszości. I im szybciej nauczymy się, jak znajdować alternatywy, tym lepiej i bezpiecznej. Prawda jest taka, że jesteśmy wzajemnie wymieszani w sposób, o którym większość narodowych systemów edukacji nawet nie śmiałaby marzyć. Jak dopasować wiedzę nauk społecznych i humanistycznych do tych zintegrowanych rzeczywistości - oto, jak sądzę, intelektualne i kulturowe wyzwanie naszych czasów. Nie powinno się zapominać o umiarkowanej krytyce nacjonalizmu z punktu widzenia prawdziwej emancypacji. Ponieważ nie możemy skazać siebie samych na powtarzanie imperialnej przeszłości, mimo że wszędzie wokół nas jest ona powtarzana. Jak w tej zdefiniowanej na nowo, a mimo to bardzo bliskiej relacji między kulturą a imperium, relacji, która umożliwia niepokojące formy dominacji, możemy utrzymać energie emancypujące, które zostały wypuszczone w czasie wielkich dekolonizujących ruchów oporów i masowych powstań z lat 80-tych? Czy energie te są w stanie ukryć się przed homogenizującymi procesami związanymi z nowoczesnym życiem? Czy przetrwają interwencje nowego imperialistycznego ujednolicania?

"Nic się nie zgadza, wszystko jest nowe, rzadkie, dziwne". To wers z wiersza Geralda Manleya Hopkinsa, Pied Beauty. Pytanie brzmi: gdzie są wszystkie te rzeczy? Oraz z drugiej strony gdzie, możemy zapytać, jest miejsce na zadziwiająco harmonijną wizję czasu przecinającym się z tym, co bezczasowe, które pojawia się na końcu ostatniego z czterech kwartetów Eliota, "Little Gidding", co Eliot widział jako słowa w "łatwym targowaniu się nowego ze starym, potoczne słowa, dokładne bez wulgarności, forma słów wyrafinowana, ale bez pedantyczności, doskonała para we wspólnym tańcu". Przywołując teraz Paula Virilio i jego rozumienie, jak można żyć w świecie, w którym nic się nie zgadza, który jest nowy, rzadki, dziwny, gdzie istnieje wiele różnych tożsamości, nie tylko twoja, i gdzie nie chcesz nakładać jakiejś dominacji na wszystkich. Koncepcja Virilio polega na tym, co nazywa on anty-domostwem - aby żyć tak jak emigranci w notorycznie niezamieszkanych (habitually uninhabitted), jednak mimo to publicznych przestrzeniach. Możemy to dojrzeć na mapie politycznej współczesnego świata, ponieważ oczywiście jest to jedna z najmniej miłych charakterystyk naszego wieku, by pojawiało się coraz więcej uchodźców, emigrantów, osób wysiedlonych, i ucieczek takich, jakich jeszcze nigdy historia nie widziała, większość z nich w następstwie, i wystarczająco ironicznie machinalnie, wielkich kolonialnych i imperialnych konfliktów. Podobnie jak walka o niepodległość stworzyła nowe państwa i nowe granice, wywołała ona również bezdomnych włóczęgów, koczowników, wagantów, którzy nie mogli zostać wpisani w powstające struktury potęgi instytucjonalnej, i zostali odrzuceni przez ustanowiony porządek za ich nieprzejednaną i bezkompromisową buntowniczość.

Jak mi się wydaje, najnowszym ucieleśnieniem takiego braku zdyscyplinowania się i podporządkowania w stosunku do starego status quo są 4 tysiące Palestyńczyków na tym wzgórzu w Libanie. Zostali wyrzuceni do państwa, które ich nie chce, a nie mogli wrócić do własnego kraju. Tak długo jak ludzie ci będą istnieli pomiędzy starym a nowym, pomiędzy starym imperium a nowym państwem, ich warunki wyraża napięcie, brak wyjścia z sytuacji i sprzeczności w stykających się terytoriach widocznych na kulturowej mapie imperium. Jednak istnieje poważna różnica pomiędzy optymistyczną mobilnością, intelektualną żwawością i logiką odwagi z jednej strony, a potężnymi eksportacjami, niszczeniem, nieszczęściem i koszmarami kojarzącymi się z 20-wiecznymi migracjami i okaleczonymi życiami, z czego większość jest rezultatem imperium.

Mimo to nie będzie pewnie przesadą stwierdzenie, że liberalizacja jako misja intelektualna narodzona z oporu i sprzeciwu w stosunku do okrucieństw i spustoszenia spowodowanego przez imperium przesunęła się obecnie z umiejscowionych, ustanowionych i ukierunkowanych wewnętrznie dynamik kultury na niezamieszkane, zdecentrowane, związane z ucieczką energie, których dzisiejszym wcieleniem jest emigrant, a świadomością - intelektualista i artysta na uchodźstwie. Postać polityczna pomiędzy konkretnymi obszarami, formami, domami i językami. Zatem z tej perspektywy wszystkie rzeczy są rzeczywiście niezgodne, nowe, rzadkie, dziwne. Z perspektywy tej można też zobaczyć, jak twierdzi Eliot, "całe bractwo razem w tańcu". I chociaż stwierdzenie, że brawurowe wyczyny związane z wypędzeniem intelektualnym i nędza osób wysiedlonych są tym samym, byłoby naciąganą nieuczciwością, sądzę, że jest możliwe uznanie intelektualisty przede wszystkim jako wyciągającego i obnażającego kłopoty, które dręczą nowoczesność: masowe deportacje, uwięzienia, przesiedlenia ludności, masowe pozbawianie własności i przymusowe emigracje. Na przykład wstępne rozpoznanie doświadczenia kobiecego w "A Room of One's Own" Virginii Woolf, lub wspaniałe ponowne uporządkowanie czasu i postać, która powołuje do życia podzielone pokolenie w powieści Salmana Rushdiego "Midnighgt's Children", albo niezwykłe upowszechnienie doświadczenia afro-amerykańskiego, jak przedstawione tak szczegółowo w "Tar Baby and Beloved" Toni Morrison. Nacisk lub presja pochodzi z otaczającego środowiska, imperialistycznej potęgi, która w przeciwnym wypadku sprawiłaby, że albo byś zniknął, albo zgodził się na jakąś miniaturkową wersję samego siebie, jako doktryna, która ma być forsowana w programie zajęć na studiach.

Z innej perspektywy, te związane z ucieczką, marginalne, subiektywne, migracyjne energie nowoczesnego życia, które zostały wyzwolone przez walki o emancypację gdy energie te są zbyt ciasno sprężone, aby zniknąć, pojawiły się również w tym, co Immanuel Wallerstein nazywa "ruchami antysystemowymi" (anti-systemic movements). Trzeba pamiętać, że główną cechą imperialistycznej ekspansji historycznej było gromadzenie, proces, który przyspieszył w 20 wieku. Argument Wallersteina polega na tym, że u swoich podstaw akumulacja kapitału jest irracjonalna. Jego dodatkowe, pełne zachłanności przyrosty cały czas są poza kontrolą, nawet jeśli jego koszty są wygórowane i niewarte przyrostu. Tak więc, twierdzi Wallerstein "sama nadbudowa władzy państwowej i kultur narodowych, która wspiera samą ideę władzy, która została ustanowiona, aby zmaksymalizować swobodny przepływ czynników produkcji w gospodarce światowej, jest zalążkiem ruchów narodowych, które mobilizują się przeciwko nierównościom wpisanym wewnętrznie do struktury systemu światowego". Ludzie ci zmuszeni przez system do zajęcia podporządkowanych lub uwięzionych ról w jego ramach jawią się jako świadomi antagoniści, zakłócając go, zgłaszając roszczenia, rozwijając argumenty, które mówią o wewnętrznych przymusach światowego rynku. Nie wszystko da się przekupić. Wszystkie te hybrydyczne anty-energie ustanawiają anty-dyskurs, działający w wielu dziedzinach, jednostki i chwile tworzą wspólnotę lub kulturę składającą się z wielu antysystemowych wskazówek i praktyk dla kolektywnego istnienia ludzkości, które nie jest oparte na przymusie czy dominacji. Nimi właśnie karmiły się powstania z lat 80-tych. Autorytatywny, związany z przymusem obraz imperium, które wtargnęło i przejęło tak wiele praktyk związanych z aktywnością intelektualną, które są kluczowe dla nowoczesnej kultury, znajduje stąd swoje przeciwieństwo w odnawialnych, natrętnie, wręcz dla sportu, nieciągłości w intelektualnych i świeckich niedoskonałościach, wymieszanych gatunkach, nieoczekiwanych kombinacjach tradycji i nowości, doświadczeń historycznych opartych raczej na wspólnotach starań a nie klasach czy korporacjach posiadaczy, konfiskowaniu czy władzy.

W końcu, nikt dzisiaj nie jest po prostu czymś jednym. Etykietki takie jak indiańska czy kanadyjska, kobieca, muzułmańska czy amerykańska nie są niczym więcej niż punktami wyjścia, które, jeśli doprowadzą do rzeczywistego doświadczenia choć na moment, są całkowicie porzucane. Imperializm doprowadził do pojawienia się mieszanki kultur i tożsamości na skalę światową. Ale jego najgorszym i najbardziej paradoksalnym darem było pozwolenie ludziom, aby uwierzyli, że są jedynie, przede wszystkim, wyjątkowo biali, czarni, zachodni lub wschodni. Gdy ludzie komponują swoją własną historię, jednocześnie tworzą swoje kultury i tożsamości etniczne. Nikt nie może zakwestionować ciągle istniejące kontynuacje długich tradycji, utrzymywanych przyzwyczajeń, języków narodowych i geografii kulturowych. Ale nie ma chyba powodów, poza strachem lub przesądem, aby ciągle akcentować ich odseparowanie i różnice, tak jakby tylko o to chodziło w ludzkim życiu. Przetrwanie, tak naprawdę, jest związane z połączeniami między różnymi rzeczami. Słowami Eliota, rzeczywistości nie można pozbawić jej "tych innych ech, które zamieszkują ogród". Bardziej obiecujące i o wiele trudniejsze jest myślenie konkretnie i z otwartością o innych, a nie tylko o "nas". Ale oznacza to również zrezygnowanie w związku z tym z prób rządzenia innymi, klasyfikowania ich lub układania ich w hierarchie, przede wszystkim, zrezygnowanie z zaznaczania, jak to kultura naszego państwa jest najlepsza lub nie jest najlepsza. Dla intelektualisty są jeszcze inne wartościowe sprawy, wystarczające żeby się bez tego obyć. Dziękuję. [długie oklaski]

Wykład wygłoszony w York University, Toronto, 10 lutego 1993

Edward W. Said urodził się w Jerozolimie w Palestynie. Uczył się w szkołach w Jerozolimie i w Kairze. Uzyskał tytuł B.A w Princeton, a M.A. oraz Ph.D. na Harvardzie. Jest profesorem na Uniwersytecie Columbia. Napisał między innymi: "Orientalizm", The Question of Palestine, Covering Islam, After the Last Sky oraz Culture and Imperialism. <powrót>

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 
Wrocław, 10.07.2000