Eisuke Sakakibara
Kres fundamentalizmu rynkowego

 

(I)

W 1926 roku John Maynard Keynes napisał swój słynny esej "The End of Laissez-Faire". Od tamtego czasu historia kroczyła przez okres Wielki Kryzys, "gorące" i zimne wojny, ustanowienie ustroju Brettona, zniesienie wymienialności dolara amerykańskiego na złoto, kryzys naftowy, oraz informatyczną i telekomunikacyjną rewolucję. Sytuacja pod koniec 20 wieku, po zatoczeniu pełnego koła, wydaje się dość podobna do tej z późnych lat 20tych.

Rzeczywiście, klasyczny system ekonomiczny oparty na złocie, który przetrwał od 1870 do 1913 roku pod Pax Britannica, osiągnął poziom integracji gospodarczej, który przyćmił nawet ten obecny, przynajmniej pod względem wielkości obiegu towarów, usług i kapitału między granicami państw pod względem PKB. W swoim wcześniejszym, zapowiadającym nową epokę eseju "The Economic Consequences of the Peace", opublikowanym w 1919 roku, Keynes pisał, że ta globalizacja czy integracja gospodarki światowej wydawała się zwykłym Brytyjczykom tamtych czasów jako coś "normalnego, oczywistego i trwałego, chyba żeby miało dojść do jej dalszego pogłębienia, a jakakolwiek zmiana kursu - jako coś patologicznego, obłędnego i podważalnego". Sama ta ufność w stosunku do globalizacji i leseferyzmu w pierwszym dziesięcioleciu naszego wieku przypomina silne i rosnące przekonanie co do globalnego kapitalizmu w latach 90tych. Oczywiście, globalizacja dzisiaj różni się znacząco od tej z czasów standardu złota pod tym względem, że rewolucja informatyczna i telekomunikacyjna kształtuje sposób przeprowadzania transakcji międzynarodowych, zwłaszcza międzynarodowe finansowe transakcje, jako wirtualne. Szybkość i złożoność tych wirtualnych transakcji jest nieporównanie większa niż tych z późnych lat 19 czy wczesnych 20 wieku.

Mimo to, powszechność ideologii leseferyzmu, która miała miejsce przed 1913 rokiem, razem z silną współzależnością państw ponad granicami narodowymi, wydaje się podobna do niedawnej dominacji fundamentalizmu rynkowego typu Thatcher-Reagan z postępującą gwałtownie globalizacją, która objęła cały świat, z krajami rozwijającymi się włącznie. Pytanie, które się tu pojawia, to czy przypływ rynkowego fundamentalizmu podczas jakichś ostatnich dwóch dekad okaże się tak nietrwały jak era leseferyzmu czy standardu złota. George Soros na przykład uważa, że zwycięstwo fundamentalizmu rynkowego jest tymczasowe i że w przyszłości stanie się z nim to, co stało się z rynkiem po jego zwycięstwie nad społecznymi i politycznymi instytucjami przed 1913 rokiem:

"Utrzymuję, że obecny stan rzeczy jest słaby i nietrwały. Rynki finansowe są z natury niestabilne, a dodatkowo istnieją potrzeby socjalne, które nie mogą zostać zaspokojone przez danie siłom rynkowym wolnej ręki. To fundamentalizm rynkowy, który sprawił, że globalny system kapitalistyczny jest słaby i nietrwały. Ten stan rzeczy istnieje od stosunkowo niedawna. Pod koniec drugiej wojny światowej międzynarodowy przepływ kapitału był ograniczony, a do życia powołano instytucje Brettona, aby ułatwiały handel pod nieobecność ruchu kapitału. Ograniczenia znoszono stopniowo i dopiero kiedy Margaret Thatcher i Ronald Reagan doszli do władzy, około roku 1980, fundamentalizm rynkowy stał się dominującą ideologią".

Soros ma rację, zaznaczając, że przez dłużej niż pół wieku po ogłoszeniu przez Keynesa "końca leseferyzmu" prywatny ruch kapitału był odpowiednio ograniczany, i że dopiero po dwóch kryzysach naftowych w latach 70tych międzynarodowe finansowe stosunki zaczęły znowu się rozbudowywać. Współczesna wersja ideologii leseferyzmu, fundamentalizm rynkowy, został zaaplikowany przez nowych konserwatystów, takich jak Thatcher, Reagan i Kohl, dzięki czemu dokonało się odnowienie rynków finansowych takich jak Londyn czy Nowy Jork jako rdzeni globalnego kapitalizmu.

Stopniowe odchylenia od finansowego, zorientowanego na kapitale, rynkowego fundamentalizmu, zaczęło się podczas kryzysu meksykańskiego z lat 1994-95 oraz argentyńskiego z roku 1995. Inaczej niż w przypadku kryzysu w Meksyku z 1982, kiedy zewnętrzne czynniki, takie jak gwałtowny wzrost amerykańskich stóp procentowych i nagłe podwyższenie wartości dolara odegrały główną rolę w wywołaniu kryzysu, podczas kryzysu z lat 1994-95 nie pojawiły się żadne widoczne przyczyny zewnętrzne. Międzynarodowe warunki, włącznie z amerykańskim rynkiem, były stabilne, a reformy ekonomiczne, zarówno w Meksyku, jak i Argentynie były przyjmowane z serdecznością przez społeczność międzynarodową. Niektórzy ekonomiści, zwłaszcza Rudiger Dornbusch, utrzymywał, że bezpośrednią przyczyną były przewartościowanie walut, tak jak w przypadku kryzysu azjatyckiego z roku 1997. Rzeczywiście w czasie kryzysu od 1994 do 1998 roku przewartościowanie faktycznego kursu wymiany było jednym z czynników, które doprowadziły do paniki. Poza tym, krótkoterminowe kredyty Meksyku i Argentyny w 1994 roku przekroczyły poziom ich rezerw walutowych. W szczególności oficjalny krótkoterminowy dług Meksyku zdenominowany w dolarach amerykańskich (tesobonos) na około 28 miliardów, który miał być spłacony w czasie kilku miesięcy 1995 roku, znacznie przekroczył poziom rezerw walutowych, które w tamtym czasie wynosiły jedynie 6 miliardów dolarów. Podobna sytuacja jeśli chodzi o relację prywatnych krótkoterminowych kredytów do poziomem rezerw walutowych istniała w przypadku Tajlandii, Indonezji i Korei Południowej w połowie 1997 roku. W państwach azjatyckich miało dodatkowo miejsce nagromadzenie nie oficjalnych kredytów, jak tesobonos, ale tych prywatnych.

Mimo pewnych oznak niestabilności, kryzysy te, od Meksyku do Południowej Korei, nie były przepowiedziane przez uczestników w grze rynkowej i analityków aż do momentu, gdy określone wydarzenia, polityczna niepewność czy bankructwa wielkich korporacji, nie wywołały paniki. Ryzyko zabezpieczeń kredytów pozostało niskie, a firmy opiniujące, takie jak Standard & Poors and Moody's stosunkowo wysoko oceniały obligacje państwowe aż do początku samych kryzysów. Wielu analityków i finansistów, zwłaszcza w momencie pojawienia się pierwszych oznak krachu, utrzymywało, że brak możliwości ujawnienia czy wysokiego poziomu kontroli utrudniał dokładne oszacowanie ryzyka. Jednak obiektywne dowody oraz dane wydają się pokazywać, że adekwatne informacje były cały czas osiągalne, na przykład te dotyczące rzeczywistej stopy wymiany, krótkoterminowych kredytów zagranicznych dla sektora prywatnego, aktualne bilanse w finansach oraz bilanse sektora bankowego. Problem polegał na niewłaściwym zastosowaniu tych informacji w ocenie ryzyka rynkowego. W szczególności, jeśli ktoś opiera się na zachowaniu nie bankowych instytucji finansowych, takich jak fundusze powiernicze czy fundusze emerytalne, musi jednocześnie uznać, że zdanie się na mentalność tłumu jest o wiele powszechniejsze niż racjonalna decyzja czy obliczanie ryzyka dla wschodzących rynków. Co więcej, tak zwane "racjonalne" obliczenia, jak LTCM, okazały się mylące w swoich modelach zakładających pewną stabilną równowagę.

Tak więc, patrząc obiektywnie na szczegóły tych kryzysów, można dojść do przekonania, że są one świadectwami immanentnej niestabilności zliberalizowanych rynków międzynarodowych, gdzie nagłe odpływy zaufania w stosunku do rynku powodują okresową panikę o różnym natężeniu i czasie trwania. Ciekawe jest również to, że obydwa kryzysy, zarówno meksykański, jak i południowo-koreański pojawiły się zaraz po tym, jak kraje te wstąpiły do OECD, dostosowując się do kodeksu liberalizacji kapitału tej organizacji. Tak naprawdę, po gruntownej liberalizacji bilansu kapitałowego pięciu państw azjatyckich, Korei Południowej, Malezji, Tajlandii i Filipin około 1993 roku i później, do regionu tego w okresie od 1994 do 1996 roku przepłynęło w przybliżeniu 220 miliardów dolarów prywatnego kapitału. Odwrócenie tej fali w 1997 roku z powodu nagłej zmiany zaufania przybrało wartość około 100 miliardów. Żadne państwo czy region nie byłoby w stanie wytrzymać podobnych przesunięć co do sentymentów rynkowych, od euforii do paniki powodującej potężne odwrócenie kierunku cyrkulacji prywatnego kapitału.

(II)

W centrum fundamentalizmu rynkowego spoczywa generalna aprobata ogólnego modelu równowagi Walrasa, czy też paradygmat neoklasyczny. Choć wielu ekonomistów zaczęło podważać powszechną ważność takich modeli ze względu na fragmentaryczność ekonomii, "skokową" racjonalność, asymetryczność informacji i inne rodzaje niedoskonałości rynku, i zdecydowało się na analizę instytucjonalną, ciągle istnieją zwolennicy ortodoksji, którzy głoszą określone typy racjonalności zatomizowanych jednostek oraz rynku, który jest pośrednikiem między tymi jednostkami i który zmierza do osiągnięcia określonej stabilnej równowagi. George Soros w swoich nowych książkach przeciwstawia racjonalność i atomizację pojęciom, które określa jako "zawodność" i "zwrotność". Definicje tych terminów przedstawione przez Sorosa apelują przede wszystkim do naszych zdroworozsądkowych rozumowań odnoszących się do społeczeństwa i historii. Kiedy założymy racjonalność i atomizację jednostek, natychmiast przeskakujemy do bezczasowego świata pozbawionego jakichkolwiek interakcji społecznych. Po prostu uznajemy dane za stałe i istniejące poza czasem przedmioty, które należy analizować za pomocą prymitywnych i upraszczających modeli matematycznych. Ekonomia w taki sposób staje się pozbawioną historii i społeczeństwa ponurą nauką naśladującą nauki naturalne w ich klasycznej formie. Jeśli ktoś pragnie głosić, że ludzka wiedza jest całkowicie ograniczona, a naszej przyszłości, zarówno osobistej, jak i społecznej, nie da się przewidzieć, bez względu na dane czy analizy, które posiadamy, moglibyśmy z łatwością wyciągnąć stąd wniosek, że "wiele z ekonomicznego zła w naszych czasach jest owocem ryzyka, niepewności i ignorancji", jak stwierdził w swoim eseju Keynes.

Biorąc pod uwagę ograniczoną wiedzę i skokową racjonalność podmiotów ekonomicznych oraz zarówno jednoczesny, jak i zachodzącą w czasie zależność podmiotów od rynku, niezwykle trudno jest wnioskować, że rynek zawsze nakierowuje swoje podmioty na stabilną równowagę. Jednak, według systemu ogólnej równowagi Walrasa, klasyczni lub neoklasyczni ekonomiści zakładają, że te problemy nie są istotne, dzięki wnioskowaniu, że akcjonariusz reprezentuje, w sensie abstrakcyjnym, całą publiczną infrastrukturę niezbędną do wykonania poszczególnych ekonomicznych transakcji na rynku w swobodny i uzasadniony sposób. Problem asymetrycznej informacji, monopolu, oszustw i kradzieży nie istnieje, ponieważ akcjonariusz ma być wszechwładny w zarządzaniu "rynkiem". Fundamentalna kwestia relacji między instytucjami, politycznymi i społecznymi, a rynkami jest tutaj po prostu nieobecna. Jak słusznie spostrzegł Karl Polanyi w latach 40tych, o dziewiętnastowiecznych rządach leseferyzmu można myśleć jako o takich, w których społeczeństwo jest zmuszone dostosowywać się do potrzeb mechanizmów rynkowych. W tych ramach "zamiast dopasowania ekonomii do stosunków społecznych, mamy do czynienia z dostosowywaniem stosunków społecznych do systemu ekonomicznego". Jednak to właśnie z tego powodu system ten ulegał stopniowej korozji od początku 20 wieku, aż został osiągnięty ekonomiczny i społeczny chaos. "Ponieważ społeczeństwo miało dostosować się do wymagań mechanizmu rynkowego, niedoskonałości w funkcjonowaniu tego mechanizmu spowodowały zaistnienie narastających obciążeń na strukturę socjalną".

Sytuacja, z którą musimy się zmierzyć dzisiaj, na końcu 20 wieku, wydaje się bardzo podobna. Fundamentalizm rynkowy, współczesna wersja 19wiecznego leseferyzmu, nałożyła na społeczeństwa wielu państw mechanizmy rynkowe, a rozstrój rynków zaczął wywoływać różnorodne społeczne i polityczne problemy, zwłaszcza w państwach w okresie transformacji i w przypadku gospodarek rozwijających się. Kryzys rosyjski z 17 sierpnia 1988 roku był dość symboliczny w tym sensie. Siedem lat tak zwanych reform w celu przystosowania rosyjskiego społeczeństwa i polityki do mechanizmów rynkowych nie zakończyło się zbyt wielkim sukcesem. Zamiast przekształcenia się w całkowicie urynkowioną ekonomię, Rosja rozwinęła raczej ekonomię wirtualną, gdzie znaczną ilość transakcji ekonomicznych przeprowadza się na zasadzie barteru. Po tym, jak Indonezja została zmuszona do natychmiastowego wprowadzenia mechanizmu rynkowego w ramach programu IMF w latach 1997-98, obecnie musi borykać się z trwającym cały czas procesem dostosowania swoich społecznych i politycznych systemów do systemu rynkowego.

W czasie przezwyciężania kryzysów z lat 1997-98 nauczyliśmy się jednego - tego, że swobodny ruch cen, zarówno stóp wymiany, jak i stóp procentowych, niekoniecznie pozwala odzyskać równowagę na rynkach. Wielu neoklasycznych ekonomistów argumentowało, że jeśli stopy wymiany, na przykład za indonezyjską rupię, spadną odpowiednio, podaż i popyt odpowiednio się wyrównają. Zamiast tego, w wielu przypadkach, rynki po prostu upadły i pojawił się swobodny spadek stopy wymiany. Ekonomiści nazywają to przypadkiem wie krotnej równowagi i twierdzą, że kiedy wychodzimy z otoczenia jednej równowagi, możemy zostać wrzuceniu w stan chaosu lub eksplozji. Innymi słowy, system, za wyjątkiem otoczenia równowagi, jest immanentnie niestabilny. Jeśli to zachodzi, ruchy w stopach wymiany, w sytuacjach kryzysowych, nie doprowadzą do stabilizacji sytuacji, ale mogą stać się przyczyną upadku transakcji walutowych. To samo może się stać w przypadku pozwolenia, by kursy wymiany wzrosły w celu obrony ogólnego kursu walut w niektórych sytuacjach kryzysowych. Wysokie stopy wymiany nie doprowadziłyby do stabilnej równowagi podaży i popytu pieniądza krajowego i waluty obcej, ale przyczyniłyby się po prostu do upadku transakcji finansowych w sensie ogólnym. Według mnie właśnie to stało się w Indonezji pod koniec 1997 i na początku 1998 roku.

Istnienie wielokrotnej równowagi i stabilność równowagi poza jego otoczeniem wydaje się wynikać z fundamentalnych cech rynków generalnie, ale zjawiska te mogą być szczególnie silne w przypadku rynków finansowych. Zatem, tak zwany cykl hoss i bess jest elementem wpisanym w naturę rynków finansowych. Kryzysy finansowe w Japonii czy Azji niekoniecznie pojawiły się w następstwie błędów w polityce makroekonomicznej, ale były naturalną konsekwencją rynków, których zawodni uczestnicy współdziałali ze sobą bez zdolności przewidywania. Czyli, by tak powiedzieć, odpowiednie zabezpieczenie jawności i przejrzystości dzięki dobrej polityce makroekonomicznej niekoniecznie zapobiega tego rodzaju kryzysom, których doświadczyliśmy w kilku ostatnich latach.

(III)

W kwietniu 1990 roku John Williamson zdefiniował to, co nazwał "konsensem waszyngtońskim" w stosunku do rzeczywistości związanej z państwami Ameryki Łacińskiej podczas kryzysu kredytowego z lat 80tych. Konsens ten służył od tamtego czasu jako wiodąca zasada dla państw G-7 oraz międzynarodowych instytucji finansowych w zarządzaniu globalną gospodarką w latach 90tych. Określił on ten konsensus i poddał go szczegółowej analizie za pomocą instrumentów polityki ekonomicznej, ale tutaj wystarczy, jak stwierdzimy, że istota konsensu sprowadza się zasadniczo do reguły "wolne rynki i zdrowe finanse". Ponieważ już tu wspomniałem o aspekcie wolnorynkowym tego konsensu, chciałbym jedynie zainteresować się jego postulatem "zdrowych finansów". Państwa Ameryki Łacińskiej w latach 80tych i wcześniej doświadczyły wiele razy hiperinflacji, a dla władz politycznych absolutnym priorytetem stały się sposoby jego kontroli. Co do teorii hiperinflacji, monetaryzm wydawał się najodpowiedniejszym planem makroekonomicznym.

A zatem centralnym sposobem myślenia w trakcie dyskusji dotyczących planowania strategicznego dla państw Ameryki Łacińskiej w latach 80tych był, z istoty, monetaryzm. Finansowe programy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który jest w swojej orientacji teoretycznej zdecydowanie monetarystyczny i dla którego monetaryzm był kamieniem węgielnym, miały swoje początki w Departamencie Półkuli Zachodniej już w latach 60tych, ale to nie przypadek, że wydział ten zajmował się kontynentem amerykańskim, a zwłaszcza krajami Ameryki Łacińskiej.

Kolejnym osiągnięciem, które przyspieszyło szerzenie monetarystycznego sposobu myślenia była unifikacja Europy, a w szczególności ujednolicenie europejskiej waluty. Różnice między stopami inflacji i stopami procentowymi między państwami było kluczowym problemem unifikacji pieniądza. Tak więc, polityka anty-inflacyjna za pośrednictwem redukowania deficytów płatniczych i dzięki programom umacniania pieniądza stała się jednym z kluczowych elementów w trakcie programu jednoczenia Europy. Najważniejsze państwo w tym procesie, czyli Niemcy, miało za sobą, tak jak wiele państw Ameryki Łacińskiej, doświadczenie hiperinflacji.

Na razie wszystko w porządku. Jednak jeśli monetaryzm będzie propagowany jako uniwersalna teoria zarządzania programami makroekonomicznymi, która byłaby wzorcem zmagania się z hiperinflacją czy potencjalnymi problemami inflacyjnymi, znowu może pojawić się problem. Dyrektor Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który odwiedził mnie w moim biurze kilka lat temu w żartach powiedział mi o pewnym eksperymencie, który przeprowadził w Funduszu. Zakreślił w jednym z dokumentów konsultacyjnych nazwę państwa i rozprowadził go wśród zebranych z prośbą o odgadnięcie, o jaki kraj chodzi - chodziło o małe, rozwijające się państwo w Azji. Nikt nie domyślił się, o jakie państwo chodzi w tym dokumencie, który był zapełniony żargonem waszyngtońskim, takim jak podaż pieniądza, dług wewnętrzny czy zasady obsługi kredytu.

Ślepe zastosowanie modelu uniwersalnego, neoklasycznego czy monetarystycznego, do gospodarek rozwijających się wydaje się dominującą praktyką ze strony międzynarodowych instytucji czy innych publicznych czy prywatnych kredytodawców. Do pewnego stopnia same rozwijające się gospodarki zaakceptowały taki "dyktat" dogmatycznych formuł ze strachu przed negatywną reakcją rynku w razie odrzucenia tych "zaleceń". W tym sensie konsens waszyngtoński był nie tylko konsensem w Waszyngtonie, ale reprezentował on oficjalne stanowisko G-7 i innych państw członkowskich MFW i Banku Światowego, zarówno kredytodawców, jak i kredytobiorców, oraz uczestników rynku. Taka doskonała koordynacja, z jednej strony, wytworzyła trwałe doskonalenie zdecydowanie optymistycznych, a potem pesymistycznych oczekiwań co do państw, których dotyczą programy.

Kryzys azjatycki wydaje się dobrym przykładem tego fabrykowanego waszyngtońskiego optymizmu na wyrost, gdy obrócił się on w panikę. Azja, zwłaszcza południowo-wschodnia Azja, była w pewnym sensie terenem świetnie dostosowanym do globalnych finansowych i handlowych transakcji typu leseferystycznego. Azja południowo-wschodnia dobrze odpowiadała prowadzonej pod kierunkiem Waszyngtonu globalizacji ze swoją tradycyjną strukturą globalnego uhandlowienia. Między 8 a 18 wiekiem Azja była centrum aktywności handlowej między islamskimi, hinduskimi i chińskimi kupcami, a później i kupcami weneckimi, holenderskimi i angielskimi. Tak więc, kraje te dysponowały odpowiednimi zasobami "światopoglądowymi", aby zamorskie Chiny i Indie szybko zaadoptowały właśnie pojawiające się globalne rynki. Jednak po kryzysie azjatyckim dochodzimy do wniosku, że to odniesienie tradycji azjatyckiej do konsensu waszyngtońskiego posiadało pewne mankamenty. Tak długo, jak długo zaufanie rynków co do zysków z wprowadzania konsensu waszyngtońskiego w Azji były wysokie, tak długo azjatycka euforia trwała i miała swój rezultat w postaci potężnego napływu kapitału w latach 1993-96. Jednym z głównych aspektów połączenia azjatyckiego komercjalizmu z finansowym i telekomunikacyjnym globalizmem było to, że starał się on wydostać na powierzchnię struktur ekonomicznych i osłabił bazę produkcyjną. Projekty zaczęły się koncentrować na usługach i przemyśle budowlanym, na przykład budowie centrów finansowych, zamiast na rozwijaniu podstawowej infrastruktury czy wytwórczości. W ten sposób edukacja i szkolenie pracowników czy udoskonalanie przedsiębiorczości zaczęło zostawać w tyle. Tak więc, jak wielu autorów zwróciło uwagę, na przykład Paul Krugman, produktywność robotników i efektywność nie były zbyt wysokie, nawet w sektorze eksportowym, na który wpłynęło zwiększenie stóp wymiany walut. Jednorazowy przyrost pod względem konkurencyjności, z powodu niskich kosztów siły roboczej przeminął, a na utratę konkurencyjności miały też wpływ wywindowane koszty biur dla sektora biznesowego.

Tak więc nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że kryzys azjatycki został spowodowany niekoniecznie przez jednostronne nałożenie konsensu waszyngtońskiego przez instytucje w Waszyngtonie, ale był rezultatem ogólnej euforii związanej z mechanizmem rynkowym, włączając w to państwa azjatyckie, co spowodowało rozgrzanie koniunktury w regionie.

Jednak czymś zupełnie innym może być stwierdzenie, że radzenie sobie z kryzysem przez państwa G-7 i instytucje międzynarodowe w lipcu 1997 miało, przynajmniej na początku, wiele poważnych słabości. Decydenci na świecie wciąż ufali paradygmatowi neoklasycznemu z orientacją monetarystyczną, a to mogło spowodować wymyślenie recept, które były w punkcie wyjścia zbyt radykalne i pozwoliły instytucjom międzynarodowym domagać się nierealistycznych reform strukturalnych, które trudno było wprowadzić tak od razu ze względów społecznych i politycznych. Ponieważ byłem osobiście zaangażowany w ten proces i zgodziłem się w końcu, choć z oporem, na to, co było zalecane, nie mogę tu krytykować innych za to, co się stało. Mogę jedynie powiedzieć, że jeśli będę musiał się zmagać z podobnymi sytuacjami w przyszłości, prawdopodobnie podejmę inne kroki. Ponieważ stanowisko Japonii w tej sprawie zostało jasno wyrażona przez ministra Miyazawę 15 grudnia 1998 roku podczas jego przemówienia na temat nowej międzynarodowej architektury finansowej, wystarczy, jak powiem tutaj, że zarówno ustanowienie nowego paradygmatu dla nowej międzynarodowej architektury, jak i strategie rozwoju to palące zadania na dzisiaj.

(IV)

Ostatecznym i prawdopodobnie najbardziej fundamentalnym problemem, który spotyka nas przy próbach rozważenia kwestii nowej międzynarodowej architektury finansowej jest globalizacja. Globalizacja rozwija się gwałtownie od jakichś dziesięciu lat, a, jak już zauważyłem wcześniej, rewolucja informacyjna i telekomunikacyjna, która zasila globalizację w latach 90tych wydaje się nieodwracalna. Tak więc, potężna ilość ludzi, obecnie chyba większość, utrzymuje, że globalizacja, lub jej ostateczny cel, czyli ustanowienie prawdziwie globalnego kapitalizmu, bez względu na jego "wirtualny" charakter, jest pożądana lub przynajmniej nie do uniknięcia, biorąc pod uwagę raptowny rewolucyjny rozwój technologii komputerowej i telekomunikacyjnej. To prawda, że dzisiejszy rynek finansowy jest w coraz większym stopniu zintegrowany, a transakcje w czasie rzeczywistym dokonywane są przez 24 godziny na dobę. W tym sensie można uważać, że już mamy globalny kapitalizm, przynajmniej w przypadku państw rozwiniętych. Wciąż istnieją suwerenne państwa narodowe, a ich polityka i programy wpływają na rynek w podstawowy sposób, choć znaczenie ich bezpośredniego nacisku na rynki może dramatycznie regularnie słabnąć od jednej lub dwóch ostatnich dekad. Niektórzy autorzy, jak Daniel Yergin i Jospeh Staniolau, określili to, co się działo po 2 wojnie światowej jako walkę pomiędzy rządami a rynkiem. Ale czy to jest rzeczywiście prawdą? Dla mnie o wiele bardziej satysfakcjonujące, w sensie intelektualnym, jest postrzeganie rządów i rynku raczej jako dwóch uzupełniających się elementów, a nie jako tych, które dążą do zastąpienia się. To prawda, że jeśli ktoś będzie brał pod uwagę poglądy fundamentalistów rynkowych z jednej strony, a perspektywę komunistyczną z drugiej, te dwa światy można będzie pojmować jako zwalczające się, a rozwój od roku 1945 może być postrzegany właśnie z tej perspektywy. Jednak bardziej właściwe wydaje się dłuższe przyjrzenie się historii obejmującej ten najkrótszy wiek. Historia, zdaniem Fernanda Braudela, posiada trzy fazy czasowe: ewenementów (lub wydarzeń), koniunktur (lub cykli), oraz struktury. Pięćdziesięcioletni okres ok. 1945 roku jest zbyt krótki, aby poddać go analizie pod względem struktury i powinien być pojmowany jako cykl lub część cyklu. Mój prowizoryczny pogląd, który chciałbym tu wyrazić, jest taki, że okres pomiędzy latami 30tymi a 90tymi może być postrzegany jako długi cykl, od przewagi silnej interwencji ze strony rządu po kryzysie, do ery rynkowego fundamentalizmu. Jak stwierdziłem wcześniej, okres rynkowego fundamentalizmu w latach 80tych i 90tych pod silnym wpływem Stanów Zjednoczonych wydaje się podobny do okresu lat 1870-1913, czyli Pax Britannica. Zamiast systemu opartym na złocie, z lat 1870-1913, od dekady lub dwóch mamy de facto system oparty na dolarze amerykańskim. Pytanie, które się tu pojawia to, czy ta nowa wersja ustroju laissez-faire pod panowaniem, powiedzmy, Pas American, przetrwa w 21 wieku, dzięki wsparciu komputerowej telekomunikacyjnej rewolucji. Moja odpowiedź, jak zapewne można się domyślić, będzie negatywna.

Po pierwsze, dominacja amerykańska, która była zabezpieczona przez jakiś czas po upadku socjalizmu wydaje się zanikać, zarówno na podłożu politycznym, jak i gospodarczym, z powodu zjednoczenia Europy i częściowo ze względu na częściowo antyamerykańskie sentymenty, które pojawiły się w różnych częściach świata w ostatnich latach. Po drugie, i to jest ważniejsze, kapitalizm globalny okazał się z natury niestabilny, a świat nie jest w stanie znosić zbyt długo dalszych zawirowań o znacznym natężeniu. Podstawowy dylemat to ten dotyczący relacji między swobodnie kręcącymi się rynkami globalnymi a suwerennymi państwami narodowymi. Dani Rodik bardzo zwięźle wyraża ten pogląd cytując Karla Polanyi'ego.

"Palanyi ciągle uzasadnia tezę, że rynki mogą się rozwijać tylko jeśli są wplecione w sieci społecznych i politycznych instytucji. Instytucje te spełniają trzy funkcje, bez których rynki nie są w stanie przetrwać: regulują, stabilizują oraz legitymizują wyniki działań rynkowych. To właśnie dlatego każde realnie istniejące społeczeństwo posiada organy, które zapobiegają niesprawiedliwej rywalizacji i sprzeniewierzeniu, instytucje monetarne i fiskalne, które pomagają złagodzić cykle wahnięć koniunktury, a także systemy zabezpieczeń społecznych ułatwiające dostosowanie osiągnięć rynkowych do preferencji społecznych dotyczących dystrybucji ryzyka i nagród".

Czyli społeczne i polityczne instytucje, czy rządy, uzupełniają i wspierają rynki, a nie rywalizują z nimi. Sprawa rząd versus rynek nie powinna być przenoszona na problem niezgodności regulacji i rywalizacji. Rząd jest potrzebny, aby zapewnić sprawiedliwą rywalizację, a rynki finansowe mogą działać właściwie i generować na rynku pożądane społecznie zyski tylko przy zadowalającym nadzorze. Problem, z którym musimy się zmierzyć w kontekście ogólnoświatowym polega na tym, że nie posiadamy takich globalnych instytucji. Jak długo istnieją suwerenne rządy z niezależnie prowadzoną polityką, instytucje międzynarodowe takie jak MFW i Bank Światowy nie mogą z konieczności odgrywać roli uzupełniającej i wspierającej globalny kapitalizm w pełni zadowalający sposób. Koordynacja polityki rzeczywiście do pewnego stopnia wspiera globalizację, ale o ile w dalszym ciągu mówimy o suwerenności, to przyczynia się ona do kresu możliwości uzupełniania globalnego kapitalizmu. Paradoksalnie, zanik hegemonii amerykańskiej mógłby osłabić poziom koordynacji, który dzisiaj istnieje.

Tak więc, kierując się zwykłą logiką możemy zdać sobie sprawę, że kapitalizm globalny nie jest w stanie przetrać dopóki nie powstanie rząd światowy czy imperium światowe zdominowane przez USA czy inny pojedynczy naród. We wczesnych latach 90tych patrzyliśmy na Stany Zjednoczone tak, jakby zbliżały się one do zajęcia pozycji imperium finansowego, ale nie jest to z pewnością rzeczywistość, z którą mamy do czynienia pod koniec 20 wieku. A więc jaka jest alternatywa? Po pierwsze, musimy przyznać, że państwa narodowe lub federacje państw narodowych, w takiej czy innej postaci, w dalszym ciągu będą istniały, a kapitalizm globalny musi być powściągany w swoich ponadnarodowych transakcjach, czy to przez zapewnienie ich jawności, nadzór czy uczciwe regulacje, lub też dzięki bezpośredniej kontroli.

Po drugie, aby ograniczyć jednostronne akcje związane, które powodują osłabienie suwerenności w imię polepszenie funkcjonowania rynków, muszą zostać ustanowione wspólne prawa międzynarodowe, zarówno w sferze finansów, jak i handlu. Musi zostać tu zwrócona uwaga na utrzymywanie efektywnej rywalizacji, a niekoniecznie na zabezpieczenie wolności uczestników rynku.

Po trzecie należy dokonać koordynacji działań rządów na poziomie politycznym tak bardzo jak to tylko możliwe, dzięki kompetentnym technokratycznym poradom ze strony narodowych, jak i międzynarodowych agencji. Powinna być szanowana wola polityczna suwerennych państw, nawet w stosunku do podejmowania decyzji dotyczących polityki globalnej. Nie oznacza to, że koordynacja polityki nie jest konieczna. Przeciwnie - w tej epoce po rewolucji informacyjnej potrzeba koordynacja polityki jest absolutnie zasadniczą kwestią, ale koordynacja powinna pozostać koordynacją, a nie przymusem.

Po czwarte, co się mocno łączy z poprzednim punktem, powinny zostać uznane różnice pomiędzy narodowymi kapitalistycznymi strukturami, co pozwoli osiągnąć efektywne współdziałanie. Ponieważ rynki muszą być efektywnie wplecione w sieci społecznych i politycznych instytucji państw narodowych, oraz dlatego że instytucje takie są odzwierciedleniem historii i kultury, różnice co do postaci kapitalizmu pozostają. System każdego państwa narodowego musi dopasować się do uzgodnionych reguł międzynarodowych i praw, ale nie może przejmować wewnętrznych reguł i praw innego państwa. Świat jako całość prawdopodobnie dojdzie do systemowego rozróżnienia narodów, które w nim istnieją, o ile tylko będą przestrzegały norm międzynarodowych. W 21 wieku chciałbym ujrzeć globalny system światowy, który tworzy sieci połączeń między wszystkimi regionami i państwami z ich niepowtarzalnymi kulturami i ustrojami społeczno-gospodarczymi. Globalizacja towarzysząca kultywowaniu różnorodności to moja wizja na następne stulecie i mocno wierzę, że tak koegzystencja wielości cywilizacji i sieci globalnych stworzy o wiele lepszy świat niż to zakładało jednostronne narzucanie monolitycznej ideologii, takiej jak fundamentalizm rynkowy.

Tekst niniejszy został zaprezentowany w Klubie Korespondentów Zagranicznych 22 stycznia 1999 roku. Poglądy wyrażone tutaj są osobistymi przekonaniami autora i nie reprezentują stanowiska rządu Japonii. <powrót>

 

 
 
Wrocław, 10.07.2000