Immanuel Wallerstein
Islam, Zachód, cały świat

 


W zaproponowanym tytule zawarte są dwa terminy geograficzne, a zatem sądzę, że najlepiej będzie zacząć od spojrzenia na geografię. Na świecie istnieją trzy tak zwane "religie światowe": judaizm, chrześcijaństwo i islam, które czerpią swoje początki z tego samego, niewielkiego regionu świata - południowo-zachodniego zakątka kontynentu azjatyckiego. Wszystkie one mają specjalne nastawienie do tego obszaru, który jest postrzegany przez nie jako duchowe domostwo. Jednak żadne z tej trójki nie pozostało w tym rejonie świata.

W rezultacie podbojów żydów i zniszczenia ich państwa zostali oni przemieszczeni (lub sami się przenieśli) do Egiptu, następnie do Babilonii, później, w czasach Imperium Rzymskiego, w różne miejsca wybrzeża Morza Śródziemnego, dalej - do większości miejsc w Europie, a w końcu, w nowożytnych czasach, do półkuli zachodniej i innych zakątków świata. W ten sposób powstała tak zwana diaspora żydowska. Z kolei w dwudziestym wieku wielu żydów wróciło do regionu, z którego pochodzą i powołali do życia nowy polityczny organizm, państwo Izrael, który jest uznawany przez nich za odbudowaną ojczyznę narodu żydowskiego.

Chrześcijaństwo zaczęło się jako ruch religijny wśród żydów, właśnie w tym "domostwie". Jednak stosunkowo szybko chrześcijanie odłączyli się od wspólnoty żydowskiej i stali się prozelitami wśród nich, przemieszczając się przede wszystkim po rozległym obszarze Imperium Rzymskiego. Tylko trzy wieki wystarczyły, by chrześcijaństwo stało się religią państwową Imperium, a po następnych 500-700 latach chrześcijanie mogli już wdrożyć w życie politykę nawracania, której celem stał się cały kontynent europejski. Później budowla nowoczesnego sytemu światowego oznaczała tak zwaną ekspansję Europy, w sensie militarnym, politycznym, ekonomicznym i religijnym. Właśnie w takim "otoczeniu" działali misjonarze chrześcijańscy, którzy dotarli praktycznie do wszystkich zakątków świata, choć największy sukces osiągnęli w regionach, które nie były zdominowane przez pozostałe religie światowe. Ilość nawróceń w obszarach pod panowaniem islamu, buddyzmu, hinduizmu czy konfucjanizmu-taoizmu była stosunkowo niewielka, zwłaszcza na obszarach islamskich.

W końcu islam pojawił się w tej samej rzeczywistości geograficznej sześć wieków po chrześcijaństwie. Była to również religia prozelicka, która rozprzestrzeniała się gwałtownie na obszarze części świata znanych dziś jako Bliski Wschód, Północna Afryka i Półwysep Iberyjski. W 16 wieku islam został wyparty z tego ostatniego regionu, ale jednocześnie rozpoczął swoją penetrację rejon dzisiejszych Bałkanów. W międzyczasie rozszerzał on swoje strefy posiadania w kierunku wschodu, ku południowo-wschodniej Azji, i na południe - na kontynencie afrykańskim. W dwudziestym wieku proces rozprzestrzeniania się trwał dalej i w końcu, dzięki emigracjom i nawróceniom, dotarł na półkulę zachodnią i do zachodniej Europy.

Powyżej nie zrobiłem niczego więcej ponad podsumowanie pewnego rodzaju elementarnej wiedzy na te tematy. Odniosłem się tu do geografii w celu sformułowania tezy, że choć wszystkie trzy religie, a zwłaszcza chrześcijaństwo i islam w swoim zasięgu i pod względem roszczeń są "globalne", przyzwyczailiśmy się już, by tę pierwszą religię nazywać zachodnią, a tę drugą - wschodnią. Oczywiście, bez wątpienia istnieje geograficzna podstawa tego typu skrótu myślowego, jednak jest ona o wiele bardziej chimeryczna i obecnie coraz bardziej wątła. W związku z tym pojawia się pytanie, dlaczego używamy takich "skrótów geograficznych". Z pewnością ma to większy związek z polityką niż z geografią.

Dość niedawno zostały sformułowane pewne odpowiedzi na te kwestie, które z pewnością są nam wszystkim znane. Samuel Huntington postrzega Zachód i islam jako dwie "antytetyczne" cywilizacje, które znajdują się w stanie wzajemnego długotrwałego konfliktu. Dla Edwarda Saida orientalizm jest wadliwym konstruktem teoretycznym zbudowanym z pobudek ideologicznych w świecie zachodnim, którego wpływ jest w takim samym stopniu globalny, jak katastrofalny. Ze swojej strony chciałbym zaproponować alternatywne podejście do tego problemu i zadać pytanie, dlaczego stało się tak, że świat chrześcijański próbuje pozbyć się świata islamskiego, utrzymując, że jest on jakiegoś rodzaju wyjątkowym Złem, i to nie tylko w dzisiejszych czasach, ale właściwie od samego początku istnienia islamu. Tak naprawdę odwrotne twierdzenie, że islam postrzega chrześcijaństwo jako coś wyjątkowo złego, jest również prawdziwe, jednak nie czuję się tu kompetentny, aby ustalić, dlaczego tak się stało lub sprzeciwiać się argumentom podnoszonym na uzasadnienie tych stanowisk.

Choć skupię się tu na czasach nowożytnych, nie wydaje mi się, żebyśmy mogli wyjaśnić rozwój wypadków bez odniesienia się do średniowiecza europejskiego, ponieważ to właśnie w tamtym okresie narodziły się mity, na podstawie których budujemy swoją obecną wiedzę na temat stosunku między tymi dwoma kulturami. Wiemy, że zarówno islam, jak i chrześcijaństwo ogarnęły wówczas wielkie tereny, które w taki czy inny sposób ze sobą sąsiadowały. Choć obszary te były okupowane w warunkach wewnętrznego oporu, który przyjmował różnorakie postaci, to w obydwu tych światach panowało powszechne przekonanie o jednoczesnej integralności i odrębności kulturowej i gotowości na ewentualne starcia z drugą, "zewnętrzną" rzeczywistością. Powód takiego stanu rzeczy tkwił po części w obowiązujących tam systemach teologicznych, z których każdy rościł sobie prawo do posiadania totalnej i jedynej prawdy. Innym motywem mógł być też fakt wywodzenia początków swojego "ducha" z tego samego geograficznie regionu. Chrześcijanie wierzyli, że wypełnili prawo żydowskie i w związku z tym zastąpili je nowym, i ostatecznym kodeksem objawionym. Muzułmanie z kolei twierdzili, że otrzymali dostęp do prawdy, która była przekazywana przez żydów i chrześcijan, i która otrzymała nowy i finalny kształt dzięki oddaniu się Allahowi. A zatem jedna część sporu toczyła się wokół spraw "rodzinnych" dotyczących dziedzictwa i prawdy. Jest to ten typ kłótni, który często okazuje się najbardziej destrukcyjny dla danej wspólnoty, która wcześniej stanowiła harmonijną całość, i jednocześnie najbardziej przykry, ponieważ angażuje wiele namiętności i wzmaga rywalizację.

Spór ten miał jeszcze jeden wymiar, już nie tyle ideowy, co związany z bogactwem i władzą. W trakcie "mocowania się" związanego z podbojami prowadzonymi przez obie strony - wdarcie się Ommajadu w 8 wieku na Półwysep Iberyjski i do Francji, chrześcijańskie krucjaty penetrujące Ziemię Świętą, wyparcie Saracenów i Rekonkwista Hiszpanii, rozszerzenie Imperium Ottomańskiego i w końcu powstrzymanie jego ekspansji - oczywiste było, że świat chrześcijański rywalizował z islamem o wpływy nad rozległymi obszarami, ich zasobami naturalnymi i zamieszkującymi je ludźmi, i że podczas tych batalii jeden dla drugiego stanowił główne militarne zagrożenie. Oczywiście, obydwie potęgi musiały zmierzyć się w różnych momentach z jeszcze innymi siłami, które próbowały dokonywać podboju ich terytoriów, pochodzących z północnej Afryki. Jednak ci "obcy" najeźdźcy stali w końcu nie tylko pokonani, ale ponadto zostali oni w przeważającej większości nawróceni na "dominujące" religie, powstrzymując się tym samym od dalszej kulturowej agresji.

Wszystko to przygotowało kontekst, w którym narodził się nowożytny system światowy, w którym w Zachodniej Europie pojawiła się gospodarka kapitalistyczna, szybko rozszerzająca się i na pozostałe części świata. Rdzeń tego systemu był (zachodnio-) europejski i chrześcijański. Ale musimy też tu dostrzec zmianę w geograficznym zorientowaniu się Europy w tym czasie. Początkowa ekspansja Europy w 16 i 17 wieku starała się "przeskoczyć" ponad światem islamskim, lub przynajmniej jego jądrem znajdującym się na Bliskim Wchodzie. Potęgi europejskie skierowały się na zachód, do Indii, jak im się zdawało, jednak dotarły do Ameryki. Jednocześnie opłynęły Afrykę, by znowu spróbować dotrzeć do Azji. Stało się tak po części dlatego, że poszukiwały one znajdującego się tam rzekomo klejnotu Azji, a po części z tego powodu, że tak było prościej. Świat islamski wydawał się ciężkim orzechem do zgryzienia, zwłaszcza w tamtym czasie - w dniach szczytującej świetności Imperium Ottomańskiego. W każdym razie jednak stało się tak, że motyw przewodni historii, jakim w średniowieczu były napięcia między obydwiema potęgami wyblakł i stracił na znaczeniu. Oczywiście nie został on zapomniany, ale na jakiś czas zachodnioeuropejskie interesy i związane z nimi projekty geoekonomiczne i geopolityczne dotyczyły innych problemów.

Jeśli spojrzymy na historię nowożytnego systemu światowego od jego narodzin w długim 16 wieku, aż do początku 20 wieku, zauważymy, że dominacja europejska przybierała czasami postać bezpośrednich rządów kolonialnych, a czasami była realizowana w bardziej zamaskowany sposób; ta druga polityka jest nieraz określana jako ustanawianie pseudo-kolonii, przez co rozumie się podporządkowanie gospodarcze połączone z polityczno-militarną interwencją blokującą istniejące aktualnie rządy imperialne. No i znowu przydałby się rzut oka na geografię. Kolonizowanymi obszarami były Ameryki, znaczne części Afryki, południowej i południowo-wschodniej Azji oraz Oceanii. Rejony, które nie zostały do końca skolonizowane to Wschodnia Europa, Daleki oraz Bliski Wschód. Zaproponowany powyżej opis sytuacji jest oczywiście prowizoryczny i wymaga dalszych szczegółowych wyjaśnień.

Istnieje mnóstwo sposobów wyjaśnienia, dlaczego w obydwu przypadkach ani zbyt nie pożądano kolonizacji, ani nie była ona możliwa w jednych regionach, a dlaczego poszukiwano dla niej możliwości, i dlaczego była na nią szansa na innych terytoriach. Nie będę tutaj badał, wynikiem czego były różnice w sposobach sprawowania przez Europejczyków kontroli na poszczególnych obszarach. Skupię się raczej na tym, jakie były różnice w statusie poszczególnych narodów pozostających w stosunku do nowożytnej Europy albo na zasadzie podporządkowania kolonialnego, lub pseudo-kolonialnego. (Oczywiście od końca 19 wieku pojęcie Europy powinno być rozumiane w sensie kulturowym, i w taki sposób, aby mogło objąć również Stany Zjednoczone.)

Na razie ograniczę się do uwagi, że Europa w 20 wieku znajdowała się w stanie konfliktów politycznych przede wszystkim z trzema regionami skolonizowanymi częściowo: Związkiem Sowieckim, Chińską Republiką Ludową (i Koreą Północną) oraz "islamem". "Islam", oczywiście, to nie państwo, ale cała grupa krajów, z Iranem, Irakiem i Libią, żeby wymienić tylko trzy z tych, które zażarcie "walczyły" z paneuropejskim światem. Ponieważ te trzy regiony znajdowały się w stanie najbardziej burzliwego konfliktu z Europą, zrozumiałe się wydaje, że w dyskursie europejskim właśnie tam ulokowano wyobrażone siedlisko wszelkiego zła tego świata: komunizmu, "żółtej zarazy" oraz islamskiego terroryzmu. Naturalnie dzisiaj na Zachodzie demon komunizmu wydaje się już odległą przeszłością, a Chiny trudnym, ale konsekwentnie hołubionym przyjacielem (a nawet sojusznikiem). Pozostaje jeszcze tylko terroryzm islamski - demon najszerzej dyskutowany i obiekt najgłębszego lęku w świecie zachodnim, choć jednocześnie całkowicie nieprecyzyjny konstrukt będący następstwem rozmytej percepcji rzeczywistości. Dlaczego tak zwany terroryzm islamski stał się jednym z najważniejszych opisów dzisiejszego świata, szczególnie od momentu upadku komunizmu w latach 1989-91? Jak zapewne wiemy, od kilkudziesięciu lat w państwach islamskich mamy do czynienia z fenomenem, który został ochrzczony mianem "fundamentalizmu islamskiego" lub, rzadziej, "integryzmem islamskim". Pojęcia te, o ile wiem, nie są autodefinicjami ruchów, do których się odnoszą, lecz używane są w takim kontekście przez Zachód i media. W państwach islamskich nazywa się je przeważnie "islamistycznymi".

Skąd pochodzi ta zachodnia terminologia i do czego się ona odnosi? Pamiętajmy, że obydwa te terminy pojawiły się po raz pierwszy nie w rzeczywistości islamskiej, a w świecie chrześcijańskim. Nazwa "fundamentalizm" pochodzi od działających na początku 20 wieku w Stanach Zjednoczonych protestanckich grup religijnych, zwłaszcza wśród kościołów baptystów, które wzywały do powrotu do "fundamentów". Chciały w ten sposób przestrzec przed różnego rodzaju modernistycznymi, a nawet sekularystycznymi ideami, które jakoby opanowały ówczesne życie chrześcijanina, jego wiarę i codzienne życie, wiodąc go na manowce. Głosiły konieczność powrotu do wiary i sposobu życia znanych z wcześniejszych epok. Integryzm, termin wyprowadzony z historii katolicyzmu w Europie zachodniej, zwłaszcza we Francji, odnosi się do podobnego jak wyżej wezwania do "integralnej" wiary, bez skażenia modernistycznymi czy narodowymi poglądami i praktykami. Zatem, przez analogię, fundamentalizm (lub integryzm) islamski stał się etykietką, którą zaczęto wyróżniać te grupy w świecie islamskim, które utrzymywały, że modernistyczne poglądy i sposób życia wypaczają sens wiary, i głosiły powrót do starszych, czystszych, bardziej słusznych poglądów i postępowania. Głównym celem ataków tak zwanych fundamentalistów są zawsze ci, którzy wyznają tę samą religię, ale ich sposób życia jest totalnie zsukularyzowany, lub ci "współwierzący", którzy przestrzegają praw, które zdaniem "fundamentalistów" są rozmazaną i zniekształconą wersją danej religii. Historycy idei religijnych zgodnie zauważają, że grupy "fundamentalistów" nigdy nie reprezentowały z całkowitą dokładnością tego, czym były starsze, czystsze i słuszne formy religijności i życia. Historycy ci bez problemów udowadniają, że te tak zwane grupy fundamentalistyczne zawsze na nowo wymyślały tradycję, różniącą się, czasami znacznie, od tego, czym były rzeczywiste formy pobożności i sposoby życia poprzednich epok.

Historycy ci nie należą oczywiście do grupy renke-istów, poszukujących prawdy religijnej wie es eingentlich gewesen ist. Raczej należą oni do zwolenników poglądu, że wszyscy powinni wyznawać pewne przekonania i być zaangażowani w określone formy życia. Nie są oni w żaden sposób zainteresowaniu pedantycznymi wnioskami płynącymi z ewentualnej wiarygodności ich historycznych osądów. Wnioski te nie mają też być w jakikolwiek sposób użyteczne dla współczesnych, nie będących członkami tych grup, którzy chcieliby pojąć, jakie prawdy oni głoszą i dlaczego.

Fakt, że używana tu terminologia pochodzi z historii religii chrześcijańskiej daje nam pierwszą istotną wskazówkę, by pojąć, o co w tym wszystkim chodzi. Czymkolwiek ona jest, nie wypływa z samego islamu. W 20 wieku mamy nie tylko chrześcijańskich i islamskich "fundamentalistów", ale też żydowskich, hinduistycznych, buddyjskich. Wszyscy oni wydają się posiadać pewne wspólne cechy: odrzucenie "modernizmu", tendencji sekularystycznych wśród współwyznawców, nacisk na purystyczne wersje praktyk religijnych, kult integralności tradycji religijnej oraz głoszenie jej wiecznej, niezmiennej ważności. Ale jest coś jeszcze, co ich łączy, włączając w to nawet chrześcijan: opozycja w stosunku do dominujących struktur władzy nowoczesnego systemu światowego. Mamy tu zatem do czynienia z następującą kombinacją roszczeń: reformistyczne nawoływanie do powrotu do "podstaw" danej religijności oraz retorykę anstysytemową, która wykracza poza czysto religijne kwestie. To są zarówno definiujące cechy tych ruchów, jak i klucz do zrozumienia ich wagi w rozwijającej się historii nowożytnego systemu światowego.

Odejdźmy na chwilę od spraw religijnych i spójrzmy na ekonomię polityczną systemu światowego. Cóż tam widzimy? Kapitalistyczna gospodarka-świat jest systemem historycznym, który zawiera w sobie zarówno osiowy podział pracy zintegrowany w ramach stanowczo niedoskonałego w swej autonomii rynku światowego związanego z systemem międzypaństwowym składającym się z rzekomo suwerennych państw, jak i geokulturę, która dostarczała legitymizacji etosu naukowego mającego wspierać przemiany gospodarcze i nastawienie na zysk, oraz reformizm liberalny jako sposób łagodzenia napięć związanych z niepokojącym stałym wzrostem polaryzacji społecznej i ekonomicznej, którą zapoczątkował rozwój kapitalizmu. System ten narodził się w Europie Zachodniej i w ciągu kilku wieków rozrósł się, obejmując w końcu cały świat.

W 19 wieku wewnątrz tego systemu pojawiły się ruchy antysytemowe, oparte o roszczenia grup, które w systemie były uciśnione. Ruchy te za cel swoich dążeń obrały transformację systemu w coś, co byłoby bardziej demokratyczne i egalitarystyczne. Dwie główne postaci, które te ruchy przybrały to dążenia socjalne i narodowościowe. Do lat po drugiej wojnie światowej ruchy te były świetnie zorganizowane i obecne na całym świecie, zapewniając faktyczny trójpodział geograficzny. Tak zwane ruchy społeczne rozdzieliły się do pierwszej wojny światowej na dwa główne obozy - socjaldemokratów i komunistów, które uformowały się na arenie międzynarodowej w oparciu o zasady 2 i 3 Międzynarodówki. Obydwa te obozy chciały reprezentować interesy klasy robotniczej. Odróżniały się one jednocześnie od ruchów narodowościowych wewnątrz "imperiów", które przemawiały w imieniu "ludów", których tożsamość narodowa nie była wówczas uznana. Dążyły one do stworzenia państw narodowych.

Te trzy rodzaje ruchów powstały w okresie pomiędzy 1850 a 1945 rokiem i były początkowo dość słabe w sensie politycznym. Wierzyły one jednocześnie, że racje historyczne są po ich stronie i że ich sprawa w końcu zwycięży. Ruchy te, po długich wewnętrznych debatach opowiedziały się za dwuetapową strategią historyczną: po pierwsze zdobyć kontrolę nad strukturami danego państwa, a następnie przekształcić cały świat. Można powiedzieć, że 25 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej osiągnęły one stadium pierwsze. Sukces ten z pewnością zadziwiłby kogoś z początku 20 wieku, ale jednocześnie był on potwierdzeniem przekonania, że historia stała po ich stronie.

W sensie geograficznym te trzy rodzaje ruchów podzieliły świat. Siły komunistyczne doszły do władzy na obszarze rozciągającym się od Europy Środkowej po północne rejony Pacyfiku i objęły trzecią część świata. Ruchy socjaldemokratyczne zdobyły wpływy (sprawując od czasu do czasu władzę) w świecie zachodnim - w Europie, Ameryce Północnej (jeśli za socjaldemokratów uzna się zwolenników Nowego ładu) oraz Australazji. Ruchy narodowościowe, zwane obecnie zwykle ruchami wyzwolenia narodowego, doszły do władzy w Azji i Afryce; podobnego rodzaju ruchy wywalczyły też swoje wpływy w Ameryce Łacińskiej.

Są dwie rzeczy, które warto odnotować w związku z tym niesamowitym parciem naprzód ruchów antysytemowych. Miało ono miejsce dokładnie w momencie, kiedy potęga Stanów Zjednoczonych w systemie-świecie osiągnęła szczyty, czyli, jednocześnie, w chwili gdy siły prosystemowe działały w sposób najbardziej skoordynowany, zintegrowany i, w związku z tym - były najsilniejsze. Po drugie praktycznie wszystkie te ruchy antysystemowe osiągnęły pierwszy etap swojej strategii - zdobyły władzę, w związku z czym, będąc przy władzy, mogły być oceniane w stosunku do swoich możliwości wykonania tego, co obiecały po wejściu do drugiego stadium swojego rozwoju - przemiany świata.

Rewolucja na świecie w roku 1968 pokazała reakcję całego świata na istnienie tej podwójnej rzeczywistości: światowej hegemonii Stanów Zjednoczonych i ustanowienia zgodnego z nią porządku światowego, oraz powszechnej na całym świecie realizacji przez ruchy antysystemowe etapu pierwszego swojej historycznej strategii i dochodzenia do władzy różnych ruchów zwykle określanych zbiorczym terminem Starej lewicy. Rewolucjoniści potępili pierwszego "bohatera" - Stany Zjednoczone, za opresję, którą wywołują jego rządy, oraz drugiego - Starą lewicę, za jej niewystarczający opór w stosunku do sił hegemonicznych, a może i pokątną z nimi kooperację. O ile pierwsze oskarżenie było oczywistością dla ruchów radykalnych na całym świecie, to zarzuty w stosunku do tradycyjnych ruchów antysystemowych musiały mieć swoje poważne konsekwencje.

Drugie oskarżenie było krzykiem zdradzonych. Aby zrozumieć, na czym polegała zdrada, musimy rozpoznać oczekiwania oraz, być może, złudzenia tych, którzy uważali się za zdradzonych. Z perspektywy roku 1968 świat spoglądał w dzieje historii walk antysystemowych, cofając się w wyobraźni ludzi przynajmniej do Rewolucji Francuskiej, choć ich początek powinien być ulokowany trochę później w historii, gdzieś na początku 20 wieku. W każdym razie istniała długa pamięć historyczna. Jakie były jej główne elementy? Po pierwsze, miała miejsce trudna walka, w której rzeczywiste ruchy narodziły się jako słaba siła, a następnie powoli nabywały mocy, mobilizując poparcie społeczne, zarówno lokalne, jak i braterskie - od swoich towarzyszy skądinąd. Pamięć ta, ponadto, odnosiła się nie tylko do walki, ale też do opresji, zwykle bardzo krwawej, ze strony sił pozostających u władzy w danym regionie, opresji wspieranej przez siły rządzące na całym świecie (a w sposób najbardziej jawny - przez rząd Stanów Zjednoczonych).

Drugim rodzajem pamięci odnosiła się do taktyki opozycyjnej w stosunku do sił opresyjnych, związana z dostosowaniem się, która podzieliła w sensie historycznym antysystemowe ruchy na tych, którzy czerpali z owoców tej strategii oraz tych, którzy w żaden sposób nie mieli do tego dostępu. Ci drudzy, jeśli nie tkwili w marazmie, postanowili poszukać sobie jeszcze radykalniejszych stronników. Ale ponieważ proces koopcji, wchodzenia w układy, co przyniosło korzyści dla wielu, choć nie wszystkich, był w trakcie, i zachodził regularnie co jakiś czas, przynosił on z sobą też wiele zamieszania, ponieważ każde następne pokolenie musiało na nowo doświadczać skutków tego procesu, co osłabiało zdolność różnych warstw uciśnionych do znalezienia wspólnego języka i do przyczynienia się do pojawienia się jakichś istotnych zmian.

Istniał też trzeci typ pamięci, który neutralizował dwa poprzednie - represji i dostosowania się. Była to pamięć o osiągnięciach - osiągnięciach mierzonych rosnącą siłą samych tych ruchów w sensie liczby swoich zwolenników, na których mogły one zawsze liczyć oraz pod względem uznania ze strony opinii publicznej jako prawdziwych aktorów sceny politycznej. Osiągnięcia te były też związane z coraz bliższą współpracą z innymi siłami, co było skutkiem procesu dostosowywania się. Właśnie ten rodzaj pamięci był źródłem politycznej i historycznej nadziei - mocnym przekonaniem, że "historia stoi po ich stronie", że lepsze życie pojawi się na horyzoncie zmian i stanie się dostępne dla przyszłych pokoleń. Ten trzeci rodzaj pamięci oparty był na tym, co można by nazwać kwantytatywnym odczytywaniem aktualnych wydarzeń - większa ilość sprzymierzonych członków i poprawa standardu życiowego (to znaczy więcej pieniędzy na kontach oszczędnościowych w bankach, lepsze wyposażenie mieszkań). Tak szczere pokładanie nadziei w przyszłości, poczucie pewności, że nadejdzie czas większej równości i demokracji, zwłaszcza w powiązaniu z faktem, że klasy uciśnione ciężko walczyły, aby to osiągnąć i że to dzięki ich walce udało się dojść do tego stanu, było paradoksalnie najbardziej antypolityczną postawą z możliwych. Otwierała ona drogę do lekceważenia teraźniejszych osiągnięć, kiedy można było antycypować w zmianach, które zajdą w przyszłości.

Właśnie ta wizja była tak naprawdę istotą przesłania reform liberalnych, lansowanych jak na ironię, całkiem owocnie, przez same ruchy antysystemowe. A za im radykalniejsze te ruchy się uważały, tym łatwiej mogły one przekonać swoich zwolenników, że trzeba być cierpliwym w stosunku do efektów, które mają przynieść ich "niecierpliwe" i żarliwości demonstracje. To właśnie w ten sposób różne ruchy antysystemowe Starej lewicy służyły, wbrew swojej logice, jako najwartościowszy gwarant stabilności politycznej systemu-świata, jeśli spojrzy się na to z bardziej odległej perspektywy. Było tak nawet pomimo ciągłych nawoływań z ich strony do wywoływania zaburzeń w polityce. Był tylko jeden minus w tym wezwaniu do ewentualnej bierności pod przykrywką przeprowadzanych manifestacji, wezwaniu usprawiedliwionym ze względu na ilość osiągniętych celów, w sensie lokalnym i globalnym. Otóż w końcu ktoś mógł dokonać określonych "obliczeń" i ocenić wagę przeprowadzonych zmian oraz ich rzeczywistą "rewolucyjność". Stało się to dokładnie w momencie, gdy ruchy antysystemowe mogły się chwalić swoimi najbardziej spektakularnymi osiągnięciami. Rewolucja, która dokonała się na świecie w 1968 roku była skutkiem przeprowadzenia kalkulacji efektywności strategii liczącej już sobie sto lat. Orzeczenie było miażdżące. Po propagandzie sukcesu nastąpiło rozczarowanie. Osiągnięcia okazały się nie całkowicie rzeczywiste, garstką byli ci, którzy z nich skorzystali (w systemie sowieckim znalazło się dla nich określenie - nomenklatura), polaryzacja pomiędzy uprzywilejowanymi a "całą resztą" osiągnęła nie odnotowane dotąd rozmiary. I wszystko to pomimo rzekomych reform i sukcesów Starej lewicy.

Czas by powrócić z tej generalnej oceny sytuacji do świata islamskiego. Oczywiście, procesy właśnie opisane odnosiły się do niego na takiej zasadzie, jak w stosunku do pozostałych regionów kuli ziemskiej znajdujących się poza strefami "rdzeniowymi". Choć z drugiej strony każdy obszar posiadał swoje historyczne wyróżniki, a reakcja zachodziła z uwzględnieniem lokalnych czynników. Jaka była historyczna specyfika świata islamskiego, a w szczególności jego historycznego, arabskiego rdzenia?

Gdy spojrzy się na wszystkie skuteczne ruchy w różnych państwach arabskich od, powiedzmy, 1900 roku, wezwanie do nahda, arabskiej rebelii, do przebudzenia narodowego, miało z gruntu modernistyczną retorykę. Skupiły się one na analizie opresji, którą uważały za po części rezultat kontroli z zewnątrz (imperializmu), a po części jako efekt "wewnętrznego" tradycjonalizmu. W związku z tym ich celem było równoczesne odrzucenie zewnętrznej kontroli i kulturowa przemiana "od środka". Obydwa te roszczenia towarzyszyły sobie i wzajemnie się wzmacniały - wręcz wzajemnie się umożliwiały. Oczywiście ruchy, które spowodowały pojawienie się tych żądań wnikały w określone grupy społeczne i były podzielone co do wizji społeczeństwa przyszłości. Niektóre z nich miały konserwatywne, a inne bardzie radykalne wyobrażenie na temat "dobrego społeczeństwa".

W ogólnym sensie jednak dla wszystkich tych ugrupowań islam jako religia odgrywał jedynie niewielką rolę, a dla niektórych wręcz negatywną. Jak najbardziej, mogły one akcentować swoje muzułmańskie źródła, ale przede wszystkim z myślą o więzi kulturowej, a może i po to, aby usatysfakcjonować swoich mniej światłych popleczników. Przyszłość, której oczekiwały była związana z modernizacją, która miała dla nich wydźwięk czysto świecki. Różne ruchy arabskie podzielały idee, którymi w Turcji kierował się Kemalizm. Liga Muzułmańska w kolonialnych Indiach nie różniła się zbytnio od tego trendu.

Ruchy te, zwłaszcza najbardziej radykalne, odniosły znaczne sukcesy w okresie po drugiej wojnie światowej. Ich dojście do władzy przejawiało się na wiele sposobów: naseryzm w Egipcie, partia Baath w Syrii i Iraku, neo-desturyzm w Tunezji, FLN (Front Wyzwolenia Narodowego) w Algierii. Wszystkie te rządy chciały nawiązać stosunki z innymi częściami tego, co dziś nazywa się Trzecim Światem w ramach tak zwanego ruchu państw niezaangażowanych, zainicjowanego podczas konferencji w Bandung. Tak naprawdę, jak wiemy, Gamal Abdel Nasser odegrał osobiście wielką rolę w powołaniu do życia tego obozu, a algierski FWN stał się inspiracją dla wszystkich jego członków - podobnie ruch wietnamski.

Z drugiej strony okres powojenny był dla świata arabskiego, a zwłaszcza dla islamu jako całości, czasem ciężkiej próby. Największym z wyzwań było powstanie państwa Izraela. Nie chciałbym tutaj omawiać całej historii, która do tego doprowadziła, ani oceniać jej. Skupię się tylko na paru faktach. Ruch syjonistyczny pojawił się mniej więcej w tym samym czasie, co arabski ruch narodowościowy - na przełomie wieków. Korzystał z te samej retoryki - potrzeby stworzenia niezależnego państwa, poczucie opresji ze strony możnych tego świata, konieczność doprowadzenia do wewnętrznej przemiany psychologicznej wśród ludu żydowskiego, niejasny (i powściągliwy) stosunek do judaizmu jako religii. W świadomości syjonistycznej przed 1948 rokiem arabowie nie odgrywali zbyt wielkiej roli. Głównym wrogiem był świat chrześcijański, a w szczególności, po roku 1918 - Wielka Brytania.

Ale ta świadomość zmieniała się radykalnie w momencie powołania do życia państwa Izraela. Opór militarny państw arabskich przed powstanie Izraela oznaczał, że największym nieprzyjacielem staje się świat arabski - w głównej mierze rozumiany jako islam. Nastawienie to umocniło się jeszcze bardziej po zwycięstwie izraelskim podczas wojen z 1967 roku, które z wielu arabów uczyniły poddanych państwa izraelskiego. Właśnie w tym momencie zaczęła się organizacja nowoczesnego palestyńskiego ruchu narodowościowego - OWP. OWP była ruchem, który kierował się tą samą retoryką jak i inne narodowościowe ugrupowania nastawione na modernizację, o których już mówiłem. Miała ona podobne ostrożne i problematyczne nastawienie do islamu jako religii, zwłaszcza że Palestyna składa się w znacznej części z populacji arabskich chrześcijan, którzy w rzeczywistości wspierają OWP.

Bez dokonywania przeglądu historii stosunków izraelsko-arabskich i izraelsko-palestyńskich od roku 1948 do dzisiaj, można stwierdzić, że Izraelczycy przeważnie byli górą w sensie militarnym i politycznym. Ale nie da się też pominąć faktu, że mobilizacja Palestyńczyków była wystarczająco skuteczna, aby zmusić Izraelczyków, niezbyt palących się do tego, do rozpoczęcia przeciągających się niemiłosiernie, do niczego nie prowadzących i przygnębiających tak zwanych rozmów pokojowych, rozmów, które mogą w każdej chwili całkowicie się załamać.

Pojawienie się Izraela postawiło przed arabskim nacjonalizmem problem, sprawiając, że od tego czasu musiał on zmierzyć się nie tylko z oddalonym, zachodnim wrogiem, ale miał też przeciwnika "lokalnego", który był o wiele mniej gotowy do ustępstw niż "wspólnota Zachodu". Można go porównać chyba tylko, przynajmniej w wieku 20, do systemu państwowego apartheidu w Afryce Południowej, który zresztą niedawno został rozwiązany na podstawie zmian w konstytucji i w konsekwencji dojścia do władzy Afrykańskiego Kongresu Narodowego.

Świat arabski miał jeszcze jeden dodatkowy problem, prawie tej samej wagi jak kwestia izraelska, który nieodłącznie się z nim kojarzy. Chodzi tu o fakt, że jego terytorium pokrywa się z miejscem występowania jednych z największych na świecie złóż ropy naftowej. Nie wiedziano o tym w 19 wieku. Problem ten stanął po Pierwszej Wojnie Światowej i od tamtej pory, a zwłaszcza po 1945 roku, definiował on w kluczowych punktach całą geopolityczną rzeczywistość tego regionu. Stany Zjednoczone nie mogły być obojętne w stosunku do polityki bliskowschodniej właśnie z tego powodu. Podobnie Rosja i Europa Zachodnia. Utrzymanie regularnej dostawy ropy oraz rozsądnych ograniczeń na jej wydobywanie stało się głównym zadaniem wielkich mocarstw. Dało im to dodatkowy bodziec zarówno do popierania Izraela, jak i podejmowania ogromnych wysiłków, by zapewnić utrzymanie się przy władzy bardziej konserwatywnych rządów w regionie. Jeśli spojrzy się na dzieje ruchów islamistycznych w świecie arabskim, widać, że pokrywa się ona z historią ruchów narodowościowych, a w przypadku niektórych państw jest od nich praktycznie nieodróżnialna. Ruchy Wahabitów na pustyni arabskiej czy Senusich w Cyrenajce miały pewne cechy wspólne ze świeckimi ruchami narodowościowymi. Również one niepokoiły się opresją zewnętrzną i nawoływały do odnowy od wewnątrz, akcentując potrzebę powrotu do czystszych, bardziej purytańskich norm. One też obrały sobie za cel stworzenie nowoczesnej struktury państwowej. Oczywiście w przeciwieństwie do ruchów świeckich posługiwały się one retoryką religijną. Również one doszły do władzy. Rządy Senussich zostały zastąpione przez świeckie rządy w 1969 roku. Reżym Saudich opiera się z powodzeniem próbom takich przemian aż do dzisiaj.

Co widzimy, gdy rzucimy okiem na tak zwane ruchy islamistyczne? Widzimy, sformułujmy to w ten sposób, zespoły dwóch cech. Po pierwsze twierdzą one, że żadnemu z tych ruchów, które doszły do władzy w różnych krajach nie udało się usunąć czy zmniejszyć roli mocarstw zewnętrznych w ich polityce wewnętrznej, nawet jeśli w sensie formalnym są one państwami niepodległymi. Akcentują one trwałą obecność interesów USA w regionie oraz aktywność Izraela, który uznawany jest przede wszystkim za przyczółek Zachodu, państwo osadnicze zbliżone do państw Krzyżowców w średniowieczu. Po drugie utrzymują one, że sytuacja ta jest utrzymywana, i w ogóle stała się możliwa, dzięki samym tym rządom, które mają jakoby się jej przeciwstawiać - nie tylko rządom świeckim, ale też, jak jest to podnoszone, z istoty religijne reżimy takie jak w Arabii Saudyjskiej. Tak więc islamiści twierdzą, że jeśli pragnie się zlikwidowania opresji zewnętrznej i przeprowadzenia odnowy wewnętrznej, trzeba odsunąć od władzy wszystkie te modernistyczne rządy w świecie arabskim, zaliczając do nich również Wahbitów. Jest to jak najbardziej zbliżone do tego, co Ajatollah Homeini twierdził o reżimach szachów w Iranie oraz do tego, co mówią Talibowie na temat pseudo-komunistycznego reżimu w Afganistanie oraz o jego następcach. Jak dotąd w całym świecie arabskim, poza Sudanem, nie doszedł do władzy żaden reżim islamistyczny.

Co więcej, jeśli spojrzy się na sposoby, jak przebiegała mobilizacja polityczna tych grup islamistycznych, można stwierdzić, że przyczyniły się one nie tylko do promowania retoryki, która stanowiłaby jakąś alternatywę w stosunku do rywali, przeciwko którym występuje, czyli alternatywne spojrzenie na sposoby funkcjonowania nowożytnego systemu-świata, ale też do ukazania, że te modernistyczne rządy poniosły klęskę w realizacji głównego zadania nowoczesnych państw, czyli zapewnienia minimalnej opieki ze strony państwa oraz bezpieczeństwa obywatelom. Doskonale wiemy, że organizacje islamistyczne dostarczają szerokiej pomocy socjalnej znajdującym się w potrzebie oraz z powodzeniem wypełniają różnego rodzaju luki w funkcjonowaniu państwa. Inną godna uwagi cechą ruchów islamistycznych jest to, że dokonują one szerokiej, i udanej, rekrutacji wśród studentów technicznych i nauk przyrodniczych, by następnie wykorzystać ich wiedzę do realizacji wspólnego celu.

Obydwie te cechy - działalność socjalna oraz atrakcyjność dla młodych inżynierów i naukowców - pokazują, że islamiści nie są jedynie romantykami żyjącymi w zamierzchłych społeczeństwach rolniczych. Są oni raczej dostarczycielami pomysłów na alternatywne formy nowoczesności, otwartymi na postęp technologiczny, ale odrzucającymi sekularyzm i cnoty jego popleczników. Niejasny jest tylko ich stosunek do struktur państwowych. Będąc pozbawieni władzy, są jednocześnie potężną siłą antypaństwową, nie tylko w sensie politycznym, ale też pod względem ideologicznym. Odrzucają one to, co stanowi istotę modernizującego sekularyzmu - budowanie wszechstronnego, neutralnego od podstaw państwa jako moralnego i politycznego centrum. Kładą nacisk na pierwszeństwo wartości duchowych, w postaci proponowanej przez uznane autorytety. Stwarza to problemy w momencie, gdy islamiści faktycznie dochodzą do władzy, jak dzieje się to obecnie na przykład w Iranie i może być źródłem potencjalnych trwałych napięć pomiędzy państwem a zwierzchnikami religijnymi. A właśnie tego problemu stara się uniknąć modernizujące państwo świeckie. Jak na razie jednak islamizm jako siła polityczna w dalszym ciągu jest obecny przede wszystkim jako retoryka ponadpaństwowa.

Jak zatem możemy zinterpretować to, co dzieje się w państwach islamskich od jakichś dwudziestu lat? Myślę, że najważniejszym elementem jest rozczarowanie, zarówno wśród elit intelektualnych, jak i w szerszych warstwach obywateli, skutecznością historycznych ruchów antysystemowych, ruchów odnowy narodowej i wyzwolenia, które były głównym sposobem wyrażania swoich roszczeń przez lud w 29 wieku. Ruchy te, we wszystkich swoich postaciach, okazały się niewiarygodne. Oskarża się je o prowadzenie nieefektywnej strategii, o to, że dały one szansę czerpania korzyści z toczącego się sporu garstce wybranych, o to, że nie udało im się osiągnąć głównego celu - umożliwienia ludziom w danym regionie uzyskania rzeczywistej autonomii politycznej lub faktycznego polepszenia swojego losu pod względem ekonomicznych porównywalnego do procesów dokonujących się w głównych centrach świata. Czy oskarżenia te naprawdę są wyważoną oceną aktywności tych ruchów nie jest tu istotne, istotne jest natomiast, że mamy tu do czynienia z rozczarowaniem na naprawdę masową skalę.

Rozczarowanie to miało swoją konsekwencję w osądzeniu, że tak bardzo akcentowana powolna strategia reformistyczna ruchów antysytemowych wydawała się bezsensowna, zwłaszcza pod względem dwóch głównych taktyk: przekształcenia mas na drodze sekularyzacji oraz stworzenie silnych struktur państwowych. Została otwarta w ten sposób przestrzeń dla alternatywnego rozwiązania, takiego, które nie opierałoby się na żadnym z tych rzekomych rozwiązań. W świecie islamskim ta alternatywa przybrała postać islamizmu. W innych częściach świata podobne rozczarowanie zaowocowało pojawieniem się jeszcze innych idei. Wszystkie one jednak zgadzały się co do konieczności przezwyciężenia tego, co nie przynosiło już efektów. Z punktu widzenia tych, którzy dzierżyli władzę w systemie-świecie takie alternatywne wizje były z jednej strony lepsze, a z drugiej gorsze od tego, co niosły z sobą przestarzałe jeż taktyki ruchów wyzwolenia narodowego. Są one lepsze dlatego, że Stara Lewica bezustannie patrzy im na ręce. Alternatywne propozycje odwróciły uwagę ludzi od wnikliwych analiz rzeczywistych struktur nowoczesnego systemu-świata, ułatwiając w ten sposób klasom uprzywilejowanym w tym systemie utrzymywanie tych struktur w codziennym biegu wydarzeń. Ich niepokój budził fakt, że gdy stronnicy alternatywnych idei, takich jak islamizm, dochodziły do władzy państwowej, to okazywało się, że albo nie posiadają oni żadnej wizji polityki zagranicznej albo jest ona nieefektywna, lub że ta naprawdę łatwo jest ich wciągnąć w działalność nie naruszającą reguł działania tego systemu. Jak na razie zarzuty te pozostają w mocy. Z drugiej strony dojście do władzy zwolenników alternatywnych w stosunku do klasycznej wersji ruchów antysysytemowych programów politycznych oznacza poważne kłopoty dla sił sprawujących w systemie-świecie władzę z jednego prostego powodu: jedną z kluczowych cech świata-systemu, zapewniających mu pomyślność jest wiara, którą ludzie pokładają w danych strukturach państwowych jako autentycznych gwarancjach obrony przeciwko całej masie sił pochodzących z zewnątrz, które cały czas mogą przeniknąć do ich życia codziennego. W tym sensie struktury państwowe, zwłaszcza po dojściu do władzy świeckich ruchów antysystemowych pełnią tak naprawdę funkcję demobilizującą. Nakłaniają one do zdania się na przywódców, jednocześnie przekonując o konieczności uzbrojenia się w cierpliwość. Gdy ruchy alternatywne podkopały zaufanie do struktur państwowych, pozbyły się w ten sposób przeszkód, które prowadziły do demobilizacji politycznej.

Ocena plusów i minusów, z punktu widzenia możnych systemu-świata, pojawienia się alternatywnych ruchów pozwala nam lepiej zrozumieć demonizację islamu na Zachodzie, z którą obecnie mamy do czynienia. Podczas gdy wciąż próbuje się prowadzić kooperatywną grę nastawioną na włączenie sił islamistycznych do systemu-świata, jednak przede wszystkim akcentowane jest zagrożenie, które niesie z sobą utrata poparcia społecznego dla danych struktur państwowych. W stosunku do świata islamskiego sprzeciw ten podnosi się w oparciu o dwa czynniki, które są związane z jego specyfiką: istnienie Izraela oraz pozycja islamu jako centrum naftowego świata. Czynniki te rozważane oddzielnie nie wyjaśniają zbyt wiele, ale jako nastawienie kształtujące ewentualną reakcję na islamizm okazują się kluczowe.

O ile istnienie zasobów ropy naftowej jest zarówno zbawieniem, jak i klątwą ciążącą na świecie arabskim, jest ono faktem, na który nie ma się żadnego wpływu, nawet jeśli ten stan rzeczy nie będzie się utrzymywał wiecznie. Istnienie Izraela, z drugiej strony, jest czymś przygodnym w sensie historycznym i w ten sposób możliwym do zakwestionowania, i rzeczywiście - czymś, przeciwko czemu postanowiono prowadzić walkę. W tym momencie musimy zerknąć bardziej dokładnie na źródła bardzo silnego poparcia Zachodu dla państwa Izraela. Jego powstanie wcale nie było nieuniknione. Należy też pamiętać, że taki stan rzeczy utrzymywał się jeszcze w roku 1945, a nawet 1948. Tak naprawdę wątpię, czy w ogóle było ono uwzględniane w strategii politycznej, czy to Stanów Zjednoczonych, czy też Zachodniej Europy aż do roku 1967.

Z polityką tą związane są trzy elementy. Po pierwsze historyczny antysemityzm świata chrześcijańskiego, który był obecny praktycznie od początku chrześcijaństwa, osiągnął odrażający moralnie szczyt w nazizmie i Holocauście, co wywołało bardzo głębokie poczucie winy. Błędem byłoby niedocenianie roli, którą to poczucie winy odgrywa w obecnej sytuacji. Doprowadziło ono do radykalnej zmiany w retoryce wśród szerokich kręgów społecznych na Zachodzie - świeckich intelektualistów, Kościoła Katolickiego oraz ugrupowań fundamentalistów protestantów, z których niektóre posługują się obecnie językiem wskazującym na konieczność utrzymania państwa Izraela jako warunku wstępnego ponownego przyjścia Chrystusa.

Gdyby nie doszło do zwycięstwa Izraela w wojnach z roku 1967, kompleks winy nie byłby w stanie przezwyciężyć innych geopolitycznych uwarunkowań. Zwycięstwo do dokonało dwóch rzeczy. Z jednej strony spowodowało szerokie poparcie dla Izraela ze strony żydów na świecie, które do tej pory nie było zbyt wyraźne. Zwycięstwo nad Arabami miało też efekt psychologiczny, będąc jednocześnie kompensacją za Holocaust i przekonaniem, że świat arabski groził jego drugą wersją. I znowu, nie rozważam tu prawomocności takich przekonań, jednak zwracam uwagę na ich wystąpienie. Drugiego skutku wojen z 1967 roku nie da się zakwestionować - po raz pierwszy świat zachodni został przekonany, że Izrael może wypełniać funkcję militarnej kontroli nad niespokojnym światem arabskim, i w ten sposób został on zintegrowany ze strategią geopolityczną Zachodu. Cena tej decyzji podskoczyła znacznie, kiedy rozpoczęła się Intifada, która sprawiła, że Zachód zaczął się martwić losami tak zwanego procesu pokojowego i jest coraz mniej zadowolony z postępowania rządu izraelskiego. Jednak samo w sobie poparcie dla Izraela jeszcze nie znikło.

W każdym razie, połączenie chrześcijańskiej winy wywołane antysemityzmem, światowe poparcie ze strony żydów dla Izraela oraz przekonanie Zachodu o użyteczności Izraela jako elementu decydującego o politycznej stabilizacji regionu, w którym występują jedne z największych na świecie zasoby ropy naftowej przyniosło skutek w postaci nagłośnienia przez media tak zwanego terroryzmu islamskiego jako głównego zła naszych czasów. Taki stan rzeczy stał się jeszcze bardziej wyraźny po zniknięciu innych "głównych demonów" w postaci Komunizmu sowieckiego i "Żółtego zagrożenia". Poza tym o wiele łatwiej jest demonizować islamizm z powodu duchowego pokrewieństwa islamu z chrześcijaństwem, co nie ma miejsca w przypadku buddyzmu czy hinduizmu. Retoryka waśni rodzinnej potęguje jeszcze irracjonalność i upór, z którym prowadzona jest demonizacja. Kolejnym elementem, który dopełnia ten obraz islamu jako istotnego zagrożenia jest fakt, że tak naprawdę większa część rdzenia świata islamskiego nigdy nie została skolonizowana. Pod pewnym ważnym względem Zachód czuje zaufanie do swoich eks-kolonii. Przecież już kiedyś udało mu się je podbić militarnie i rządzić nimi, tak więc wydaje mu się, że zna ich słabości. Stefy nie skolonizowane lub skolonizowane niezupełnie pokrywa w dalszym ciągu mgła tajemnicy i, w konsekwencji, zagrożenia.

Chciałbym teraz podsumować swoje dotychczasowe rozważania. Z jednej strony to, co się stało w świecie islamskim, a zwłaszcza w momencie powstania islamizmu jako siły społecznej i politycznej, jest po prostu jednym z wariantów wydarzeń, które zachodziły wszędzie w peryferyjnych strefach systemu-świata. Wszystkie interpretacje muszą wziąć pod uwagę historyczne pojawienie się ruchów antysystemowych, ich rzekomy sukces polityczny oraz ich rzeczywiste polityczne porażki, a w rezultacie - rozczarowanie i poszukiwania alternatywnych strategii. Wszystko to jest częścią i segmentem rozwoju nowoczesnego systemu-świata jako historycznego systemu społecznego.

Z drugiej strony istnieje kilka specyficznych elementów w stosunkach między Zachodem a islamem, których konsekwencją jest nieprawdopodobna demonizacja islamu na Zachodzie. Usiłowałem zaakcentować złożoność tej sytuacji: tysiącletni związek chrześcijaństwa z islamem oraz równie tyle liczące sobie stosunki między chrześcijaństwem a judaizmem; no i fakt, że wszystkie te religie są połączone ze sobą za pomocą pewnego rodzaju bujnych zależności rodzinnych. Zwróciłem ponadto uwagę na trwałą, ale w sensie teoretycznym akcydentalną rzeczywistość geoekonomiczną - umiejscowienie zasobów ropy naftowej. W końcu zauważyłem pozbycie się możliwych demonów z obszarów świata nie-skolonizowanego.

W ten sposób mogę dojść do ostatniego już punktu swoich rozważań. Czy Zachód może istnieć bez demonów? W chwili obecnej - wątpię. Zachód zmaga się z ogromnym kryzysem - nie tylko ekonomicznym, ale przede wszystkim politycznym i społecznym. Kapitalistyczna gospodarka-świat znajduje się jako historyczny system-świat w kryzysie. Nie mogę go tutaj przedstawić w szczegółach, zrobiłem to już w innym miejscu (1), ale podniosłem tu te problemy, aby podkreślić, że sytuacja ta wywołuje dezorientację i załamanie wiary w swoje wartości na Zachodzie, co zawsze musi doprowadzić do przywołania demonów. Taka sama dezorientacja i wątpliwości ogarnia świat islamu, co widać na podstawie kluczącej taktyki, którą posługują się wszyscy aktorzy na tamtejszej scenie. Siły sekularyzujące trafiły w ślepy zaułek. Siły islamistyczne nie są zbyt jasno zdefiniowane i istnieje wśród nich sporo kłótni co do rzeczywistego lub potencjalnego programu politycznego.

Jeszcze raz, powinniśmy umieścić te kwestie w perspektywie systemu-świata jako całości, i nie ograniczać się tylko do islamu. Systemy znajdujące się w kryzysie wchodzą w fazę chaosu, z którego w końcu wyłoni się nowy porządek. Ich trajektorie rozczepiają się i praktycznie nie jest możliwe stwierdzenie, które z danych odgałęzień przetrwa. Ma to dwie konsekwencje. Nawet niewielkie parcie w wybranym kierunku może okazać się rozstrzygające, ponieważ system jest daleki od równowagi. Zmiana społeczna w takich warunkach przybierze radykalny charakter. Pytanie, które pojawia się w związku z tym brzmi: jakie stanowiska przyjmą strony sporu o ukształtowanie przyszłego systemu społecznego?

Im tarcia były mniej wyraźne, tym ostrzejsza wydawała się linia podziału. To właśnie dlatego możemy mówić o ruchach antysystemowych wewnątrz nowożytnego systemu-świata. Ruchy te jednak wiedziały doskonale, jakie mają cele oraz kto jest ich głównym rywalem. Podobnie siły, które bronią aktualnego systemu. Ostatnie 25 lat nauczyło nas wszystkich - myślę tu o lekcji rewolucji z 1968 roku - że nasza wizja konfliktu była całkowicie wypaczona, że oponenci nie byli tak naprawdę oponentami, a sojusznicy - sojusznikami, co dotyczyło wszystkich pozycji w "sporach". W tym sensie islamiści mają zdecydowanie rację twierdząc, że musimy skorygować swoje rozumienie spraw, co do których istniejący historyczny system jest podzielony oraz jakie są alternatywne historyczne możliwości w końcu przekształconego systemu-świata.

Ich krytyka jest godna uwagi, ale co z propozycjami, które są przez nich wysuwane? Jak już powiedziałem, nie sądzę, żeby były one pewne tego, co tak naprawdę zamierzają. Ci z nas, którzy nie podzielają niektórych lub większości ich założeń oraz spadkobiercy bardziej świeckiej tradycji nie potrafią zaakceptować większości tego, co ruchy te głoszą jako pierwszy krok ku lepszej przyszłości. Coraz bardziej wydaje mi się, że istnieje potrzeba autentycznego dialogu, lub "multilogu", na temat istotnych ograniczeń naszego obecnego systemu-świata, oraz wyznaczników naszych historycznych alternatyw w stosunku do niego. Osobiście sądzę, że główny konflikt rozgrywa się między tymi, którzy pragną ustanowić (lub przywrócić) hierarchiczny porządek na świecie, gdzie niektórzy znajdują się w bardziej uprzywilejowanej pozycji od innych, a tymi, którzy chcą stworzyć maksymalny, demokratyczny czy egalitarystyczny porządek. Myślę, że obydwie pozycje wymagają odmiennego systemu wartości, który mógłby doprowadzić do ich celu, a pod tym względem historyczne religie światowe mogą się okazać niezastąpionymi nauczycielkami.

Prawdziwy problem polega na tym, że wśród sekularystów, jak i fundamentalistów we wszystkich częściach świata znajdują się osoby po obydwu stronach tego, co, wydaje mi się, ujawni się jako potężny polityczno-społeczny konflikt w ciągu najbliższych 50 lat. Myślę, że postawienie tego problemu w ramach opozycji między sekularyzmem a fundamentalizmem oddala nas od jasności w naszej ocenie sytuacji. A to właśnie jasności, a nie demonów, potrzebujemy dzisiaj najbardziej.

Wykład z cyklu "Islam and World System" (Islam i system-świat), Michaelmas Term, w Oxford Centre for Islamic Studies, 21 października 1998

Immanuel Wallerstein 1997

For translation Mariusz Turowski 2000 <powrót>

1. See in particular Utopistics: Or, historical Choices for the Twenty-first Century, New York: New Press, 1998 <powrót>

 

 
 
Wrocław, 10.07.2000