Lydia Sargent
W momencie, gdy zmieniasz pieluszki swojemu dziecku, musisz być świadoma, że twoim następnym krokiem będzie popełnienie obywatelskiego nieposłuszeństwa

 

Na nasze dziesiąte urodziny, Z rozpoczyna serię artykułów zatytułowanych "Być lewicowcem". Różni aktywiście będą zwierzali się na temat, co sprawiło, że zaangażowali się w politykę, w jaki sposób działają i jak widzą przyszłość. Ponieważ zaplanowano, że ja to wszystko zacznę, pomyślałam natychmiast, że napiszę własną auto-satyrę związaną z tą kwestią. Później stwierdziłam, że jednak nie byłoby to całkowicie na miejscu. Jednak forma eseju nudzi mnie, więc jedyny sposób, w jaki mogłam wywiązać się ze swojego obowiązku, to wywiad z samą sobą. Niedawno rozmawiałam z sobą przez telefon.

 

W którym momencie można upatrywać początków twoich poglądów? Jak stałaś się lewicowcem, radykałem?

Nie mam pojęcia.

Hm, czy to wszystko, co masz na ten temat do powiedzenia? To będzie krótki wywiad.

Po prostu chciałam zilustrować kaprys swojej osobowości, który doprowadził mnie do stania się radykałem, czyli rodzaj wrodzonego wypaczenia osobistego, gdy ktoś chce, abym coś zrobiła.

Nawet jeśli osoba, która tego chce jest tobą samą? Dziwne. Ok., pozwól zatem, że zrobię to inaczej. Nie odważ się mówić nam, jak to się stało, że zostałaś lewicowcem.

Nieźle pomyślane. Ale ja naprawdę nie wiem, jak to się stało. Kiedy South End Press zaczęło działać, kiedykolwiek ktoś nowy pojawił się w pracy, chodziliśmy w biurze od osoby do osoby, aby się dowiedzieć, jak to się stało, że zainteresowały się polityką - co na nie wpłynęło, co sprawia, że ciągle się tym interesując, i tak dalej. Robimy to samo w Z Media Institute. Przypomina mi to, że bycie lewicowcem ma coś wspólnego z całością życia ludzkiego, a nie z abstrakcyjnymi makro dyskusjami politycznymi, w których biorą udział. Jedyne, co chyba wszyscy mamy wspólnego, to fakt, że w pewnym momencie wszyscy staliśmy się wystarczająco zatroskani konkretnymi przejawami niesprawiedliwości, aby rozpocząć działalność i w ten sposób odmienić swoje życie

A w twoim przypadku…?

Cóż, zostałam wychowana, aby stać się konserwatywną republikanką, prezbiteriańską żoną z klasy wyższej. Zostałam umieszczona w tej kulturze, i rzeczywiście była to kultura, możecie mi wierzyć. Ale kultura ta była tak sztuczna, że nie trzeba było wiele wysiłku, aby ją odrzucić i stać się lewicowcem. To rzeczywiście zdaje się wyglądać tak, jakbym w jednej minucie była w szkole średniej, czytając Green Mansion i Lorna Doome, a w następnej już pożerałam wszystkie pięć dzienników Anai Nin, plu Golden Notebook Doris Lessing, wściekając się na patriarchalizm.

W jednej w szkole średniej uczyłam się o demokracji amerykańskiej, studiując monarchie i imperia kolonialne, śniąc sen z lat 50-tych, że wyjdę za radcę prawnego jakiejś dużej firmy, pochodzącego z WASP, i że będę żyła szczęśliwie nawet potem, jako jego dobrze-wykształcona opoka, jego Mrs., matka jego dzieci. W moją naukę był nawet wpisany trzyletni kurs gry w golfa, abym była w stanie grać z mężem i z jego partnerami w interesach i wymieniała się przepisami kulinarnymi z innymi żonami, truchtając po wspaniale utrzymanym polu golfowym. W następnej minucie zaczęłam swoje krajowe przedsięwzięcie wydawnicze, publikując książki sprzeciwiające się imperializmowi amerykańskiemu i tak zwanej demokracji tu panującej.

W jednej minucie byłam "gosposią", zmieniającą pieluchy jako matka trójki dzieci poniżej trzech lat życia, w następnej minucie pomagałam planować demonstracji nieposłuszeństwa obywatelskiego, gdzie 5 tysięcy ludzi zablokowało wejście do Boston's Federal Building na znak sprzeciwu wobec wojny w Wietnamie.

A zatem twierdzisz, że do miejsca, w którym się znajdujesz przywiodły cię okoliczności? Ale jest to złe miejsce, we właściwym czasie, czy co?

Dobra. Ok. Nie wykonałam pewnych wyborów, a po drodze znajdowały się jakieś znaki. Ale jeśliby nie stało się to, co miało miejsce w latach 60-tych, byłabym z poważnych kłopotach.

Jakie znaki?

Zwyczajne: nienawiść do władzy, nienawiść do niesprawiedliwości, zdanie sobie sprawy, że mój ojciec nie był Bogiem i że Bóg, jako coś zaprojektowanego przez zinstytucjonalizowane religie był głupim pojęciem. Chyba w 1958 roku kilku z nas przyszło do Madison Square Garden na Billy Graham Crusade, która potem stała się bardzo głośna. Pod koniec przedstawienia Graham poprosił, abyśmy się zbliżyli i oddali się Chrystusowi. To było coś. Niektórzy z nas byli naprawdę poruszeni i podeszli. Mieliśmy około 16 lat. Wszyscy śpiewali i to jest piękne - to jedno z najważniejszych doświadczeń, bez dwóch zdań. Potem zabrali nas na dół, abyśmy wypełnili jakieś formularze. Kiedy tylko dostali nasze nazwiska, pierwszą rzeczą, którą zrobili było zapytanie: "ile możecie dać?". Chodziło oczywiście o pieniądze. Nie trzeba chyba wspominać, że wysłaliśmy do piekła religię i Crusade.

Ponadto, zdałam sobie sprawę z tego, że ludzie, o których moi rodzice twierdzili, że są najlepsi (czyli WASP-y z wyższych klas), okazali się hipokrytami i draniami i, większości przypadków, łgarzami. Widziałam też, chodząc do szkół dla dziewczyn, że było coś nie tak w fakcie, że kiedy nie było w pobliżu chłopaków, dziewczyny po prostu wychodziły z siebie, aby być prymuskami, a następnie stając się cukierkami na nieprzyzwoitości, kiedy jacyś faceci pojawili się w pobliżu.

Kiedy zatem zaczęły się twoje poglądy polityczne? Czy był taki decydujący moment, w którym zostałaś lewicowcem?

No cóż, a college'u na początku lat 60-tych wszystko było uznawane za lewicowe. Tak naprawdę uważano to za beatnik. Chodzenie na koncerty folkowe w salonie akademika czy noszenie długich niestarannie uczesanych włosów ówczesne władze określały jako akt rewolucyjny.

Tak wiele stało się między 1963 a 1969 rokiem i to wpłynęło na prawie wszystkich, chyba że się należało do KKK czy czegoś podobnego. Tak naprawdę w 1961 roku opowiadałam się za Richardem Nixonem (którego córka chodziła z moją siostrą do tej samej klasy), ponieważ moi rodzice powiedzieli, że on zrujnuje państwo sprawiając, że każdy stanie się katolikiem. Z powodu całej tej mojej indoktrynacji, mogłam jednak stwierdzić, że coś było nie tak, gdy zamordowano JFK. Później RFK i Marthin Luther King zostali zamordowani; trzech działaczy praw obywatelskich zabito, eskalacja wojny w Wietnamie i protesty, które to spowodowało, kontrkultura, rewolucja kulturowa pokoju/miłości, Kent State, Black power, wczesne ruchy kobiet. Wszystkie te rzeczy wdarły się do mojej dzielnicy pod Bostonem.

A więc byłaś otwarta, aby zmienić panujący porządek?

Patrząc na to wszystko dzisiaj, myślę, że były trzy momenty, które sprawiły, że przestałam być obserwatorem, a stałam się uczestnikiem. Po pierwsze, mój późniejszy ojczym, który regularnie czytał IF Stone's Weekly, wszedł ze mną w dyskusję na temat wojny w Wietnamie. Moje stanowisko wtedy (był to rok 1967 lub 1968) mówiło, że oczywiście była to okropna wojna, ale USA jedynie próbowały pomagać, a zatem powinniśmy na tym poprzestać i rzeczywiście przynosić pomoc. Około godzinę trwało zanim zrozumiałam, że to była żałosna i oparta na wątłych podstawach opinia. Podobnie 25 lat propagandy utrzymanej w głównym nurcie, uczona najlepszych w szkołach, które można było "kupić" za pieniądze i prestiż. Po tej rozmowie poczułam, że muszę zatrzymać tę wojnę.

Następna rzecz, która się wydarzyła to moja lektura pięciu dzienników Anais Nin. Był to rewolucyjny feministyczny akt w 1968 roku. Kilka matek z okolicy zwykło przebywać ze sobą razem, częściowo dlatego, że ich dzieci bawiły się razem. Dzięki temu zaczęłyśmy rozmawiać o feminizmie i właśnie tam usłyszałam o tych dziennikach i przechodziłam od jednej książki do kolejnej... Po tym wszystkim wiedziałam, że muszę zrobić coś ze swoją tożsamością. Czułam, że zostałam wpisana w role stworzone przez innych, i oni mnie mordowali psychologicznie.

W mojej liberalnej dzielnicy istniała grupa pokojowa, która zaczęła zbierać podpisy do poprawki w kongresie umożliwiające zakończenie wojny. Postanowiłam pracować z nimi. Zbierałam podpisy, a następnie poszłam na mój pierwszy marsz/demonstrację na Boston Common. Było tam ponad 200.000 ludzi. Później demonstrowałam w Waszyngtonie z 250 tysiącami. Następnie Brookline PAX zaczłą szukać kandydatów do stanowych urzędów prawnych, którzy byli przeciwni wojnie i jeśliby zostali wybrani, mieli aktywnie działać przeciw niej. Jedną z kandydatek była kobieta i postanowiłam dla niej pracować. Przegrała, ale później powiedziała mi, że ta grupa antywojenna zwana People's Coalition for Peace and Justice (PCPJ - Koalicja Ludowa w Imię Pokoju i Sprawiedliwości) szukała ochotników, i że ja mogłabym tam wstąpić. Po ośmiu latach izolacji w domu, na przedmieściu, z trzema dziećmi, wpadłam w szał.

No i (po poinformowaniu/skonsultowaniu się z moim mężem, uwierzycie w to?) stałam się członkiem PCPJ w Bostonie. Organizowali oni na 1 maja demonstracje w Waszyngtonie oraz wiece w Bostonie, po których następowały koncerty rockowe, nocowanie w kościołach lokalnych, oraz wcześnie następnego rana przed Federal Building - akcje nieposłuszeństwa obywatelskiego. Wszystko to odbywało się pod hasłem: "Jeśli rząd nie zakończy tej wojny, my zatrzymamy rząd".

Kiedy wchodziłaś do biura PCPJ, jakie miałaś w związku z tym nadzieje na swoje osobiste zaangażowanie i na temat tego, co PCPJ mógł osiągnąć?

Chciałam powstrzymać wojnę. Myślałam, że jest to możliwe do zrobienia. Poza tym - nie wiem. Później szukałam tożsamości. Moja tożsamość zasadniczo skończyła się razem ze średnią szkołą, gdzie byłam bardzo aktywna i nadgorliwa: pisząc sztuki klasowe, występując w nich, grając we wszystkich drużynach sportowych. Byłam szefem klubu taca nowoczesnego i teatru, ale dopóki nie masz konkretnego przedmiotu swoich studiów dotyczącego twojej przyszłej kariery, wypełniasz jakoś czas, aż znajdziesz męża. Zatem w zasadzie gdy ukończyłam średnią szkołę, to umarłam. Moja działalność polityczna stała się sposobem na "samo-odtworzenie".

Kiedy zaczęłam pracować w biurze PCPJ, zdałam sobie sprawę, że 25 lat propagandy jednak działało. Nie miałam pojęcia, dokąd zmierzam. Albo zaakceptujesz oficjalną linię dotyczącą tego, co się dzieje, albo stajesz się pasywnie cyniczny i obojętny. Ale raczej nigdy nie stajesz i robisz czegoś w związku z tym, tym bardziej nie rozwijasz krytyki tego ani nie walczysz, aby to zmienić.

Podczas kiedy byłam w martwym punkcie, wszyscy pozostali z grupy reprezentowali jakąś organizację i wydawali się być radykałami od urodzenia, na wyrywki znającymi swoje krytyki. Zatem spędziłam większość swoich wczesnych lat w ruchu, próbując znaleźć kogoś, kto wyjaśniłby mi, kto jest kim i co jest czym. Była zdecydowana różnica między pacyfistami i anarchistami i socjalistami, pomiędzy żądaniem "wystarczy", a żądaniem "zakończcie wojnę", i całą masą innych rzeczy, których nie mogłam zrozumieć. Jedyną osobą, która próbowała wytłumaczyć mi to wszystko był przedstawiciel młodzieży z Partii Komunistycznej Stanów Zjednoczonych, choć nie wiedziałam, że był on w tym czasie w PK.

Naprawdę? Co tam się stało?

Cóż, było to jak doświadczenie z Billym Grahamem. Byłam tam, aby powstrzymać wojnę szukając racji Stanu, a nie po to, aby zostać wciągnięta do tej czy innej partii, a jeśli oni właśnie dlatego byli tam - możesz o tym zapomnieć.

Zatem jak się rozwinęły twoje poglądy? I czy zmieniały się one w czasie?

Najpierw moje poglądy rozwijały się dzięki słuchaniu dyskusji podczas antywojennych spotkań i próbom wyszperania czegoś, co miałoby oznaki wrażliwości i co nie wydawało się jedynie hasłem związanym z egoistycznymi żądaniami lub interesem jakieś partii. Ale nie było innego wyjścia tylko obserwować politykę płci i rasy w biurze i na spotkaniach.

Myślę, że jeśli nie byłabym tak szczęśliwa, aby być poza domem, byłoby to zniechęcające. Pracowałam z liderami organizacji, Chicago Seven, Weatherpeople itp. Ale zdawało mi się, że byłam w niebie. Czułam, że cały czas się rozwijam, w porównaniu do oficjalnej propagandy i stylu życia. W czasie 25 lat nauczyłam się dużo, zdobyłam umiejętności, w tym jak myśleć krytycznie.

A więc co się stało? W końcu wojna się skończyła. Co zrobiłaś?

Zaangażowanie USA w Wietnamie tak naprawdę nigdy się nie skończyło. Polityka, która nas tam umieściła w dalszym ciągu obowiązuje. Ale około roku 1974 stało się już niemożliwe przeprowadzanie działań antywojennych. Pracowałam krótko w Indochina Peace Campaign Toma Haydena i Jane Fonda, która była pomyślana jako informowanie ludzi o tym, co się dzieje po podpisaniu umów pokojowych. Ale było to przygnębiające. Ludzie chcieli już zamknąć ten rozdział i dalej sobie żyć. Jednocześnie rozwiodłam się i musiałam zarabiać jakieś pieniądze.

A zatem czy potem miałaś jakieś plany? Co zamierzałaś robić do roku 2000?

Nie chciałam wracać do swojej egzystencji sprzed tej działalności. Tak naprawdę to nie miałam żadnych planów. Zaczęłam rozwijać bardziej konkretną politykę patrząc na wonę w Wietnamie nie jako na odosobniony przypadek, ale jako część polityki imperialnej. Zdecydowanie chciałam się dowiedzieć czegoś więcej, ale nie zamierzałam czytać 9 milionów tomów Marksa i spółki.

Pamiętam, że czytałam dużo, w większości książki z Monthly Review i Feminist Press. A także Ramparts Magazine. Kilku z nas powołało do życia grupę edukacji politycznej, aby studiować politykę i pracować nad stworzeniem spójnej lewicowej polityki, ale to nie przetrwało. Chyba zbyt mocno przypominało to szkołę.

Gdzieś w trakcie tego procesu jednak przeczytałam esej Abrahama Maslowa, "Religion, Values, and Peak Experiences". Poczułam po przeczytanie tej książki, że coś zaczęło mieć coraz większe znaczenie. Widzisz, jeden problem, z którym się rzadko zmierzamy jako radykałowie to całe zagadnienie ludzkiej natury. Nauczyłam się, przede wszystkim dzięki swoim rodzicom i kościołowi, że istnieje dualizm ludzkiej natury: ludzie są w części dobrzy i w części źli. Dla niektórych główna funkcja "cywilizowanego" społeczeństwa to kontrolowanie złej strony. Historia wtedy jest niekończącą się walką dobra ze złem. Co sprawiało, że bycie lewicowcem stawało się jeszcze trudniejsze niż już było. Jakakolwiek sprzeczka z kimś mogła się zakończyć stwierdzeniem z jego strony: "Cóż, ludzka natura jest skażona; zawsze tu będą wojny i zabijanie, a twoja wizja lepszego społeczeństwa jest niemożliwa i utopijna, ponieważ zawsze będą ludzie, którzy są chciwymi, morderczymi, bigoteryjnymi potworami". Esej Maslowa pokazywał mi, że to niekoniecznie była prawda, że ludzi mogą być z zasady dobrzy i dobrze nastawieni. Przestałam być cyniczna w związku z możliwościami posiadania nadziei co do ludzkiej natury.

W końcu wróciłam do szkoły, aby zdobyć wykształcenie, aby móc uczyć sportu w bostońskim systemie szkolnym i zacząć jakoś żyć. Poszłam też na przesłuchanie, aby dołączyć do lokalnej grupy teatralnej. Dostałam się, a po roku zostałam przewodniczącą tej grupy. Zaczęliśmy robić polityczny teatr "informacyjny" oparty na The Living Newspaper z lat 30-tych. Mniej więcej w tym czasie rozpoczęliśmy też pracę nad South End Press (1976-77), a później - Z Magazine (1988). Moje działania polityczne od tamtej pory miały miejsce za pośrednictwem mediów (większość czytelników Z jest zaznajomiona z tą historią - patrz Z Magazine - Październik 1997), przez pisanie i teatr.

Jak oceniłabyś swoje polityczne zaangażowanie przez te lata? Czy zrobiłabyś coś inaczej?

Nie sądzę. Czasami miałam pewne życzenia. Na przykład, żebym się zaangażowała wcześniej. Żebym była bardziej uświadomiona. Żebym nie została wychowana jako wspaniała ozdoba, dobrze wykształcona, zależny od kogoś cukiereczek. Tego typu rzeczy. Nie wydaje mi się, że kiedy już wojna w Wietnamie wygasała, powinniśmy pomyśleć nad jakimiś masowymi instytucjami nowej lewicy. Nawet jeśli byłaby to tylko szkoła, gdzie uczylibyśmy polityki radykalnej. Powinniśmy ciągle iść naprzód. Rzeczy, które krytykowaliśmy w naszym państwie, kulturze i instytucjach nie skończyły się po podpisaniu umów pokojowych.

Ale było mnóstwo ludzi, którzy pozostali aktywni.

To prawda. Ludzie, którzy byli bardzo zaangażowani, chyba tacy zostali. Ale nie było prób, aby utrzymać nas razem za wszelką cenę jako ruch z wytyczonym wspólnym celem.

Chciałabym też, abyśmy pozostawili więcej śladów na temat tego, co się działo i tego, co osiągnęliśmy: pojawiły się pisma, sztuka na plakatach, dyskusje i spory. Nie było archiwistów ruchu. Niektórzy pisali osobiste autobiografie. Powstała też jakaś mała ilość informacji na temat tego czy innego okresu, ale powinniśmy byli zachować więcej, i później to wydać.

Dotyczy to w tym samym stopniu South Press i Z. Nie ma szczegółowych materiałów źródłowych na temat tego, jak zaczęliśmy instytucję medialną wokół zasad demokracji w miejscu pracy. Posiadam jakieś wczesne materiały, coś można by napisać, ale wątpię, czy to się kiedykolwiek stanie. Kiedy mieliśmy powołać do życia South End Press, znaleźliśmy książkę o Left Book Club w Anglii. Była to inspirująca lektura, ponieważ zrobili oni mnóstwo rzeczy, które my planowaliśmy zrobić. Jednak nigdy nie uważaliśmy, żeby nasza opowieść była równie spisana i przekazana dalej.

Osobiście ciągle czuję, że nie zrobiliśmy wystarczająco dużo. Co jest dziwne, ponieważ przez lata, w South End Press i Z, pracowaliśmy od 8 rano aż do 8 wieczorem. Jednocześnie pisałam i grałam w sztukach w Bostonie.

Zawsze mi się wydaje, że mogłam zrobić więcej. Mieliśmy plany odnośnie wielu innych projektów: kulturalne przyczepy kempingowe, centra kolektywnej dystrybucji, czytelnie radykalne, pisma itd. W pewnym momencie, w późnych latach 80-tych to się jakoś wyczerpało. Praca polityczna zmieniła się w pracę biurową. Na początku w South End robiliśmy coś takiego jak "ulotkowe" teatry na temat naszych książek. Byliśmy na targach książek w Anglii, Niemczech i Nikaragui. Odwiedziliśmy Solidarność w Polsce. Byliśmy na Kubie, u różnych wydawców. Kontaktowaliśmy się z twórcami podobnych projektów wydawniczych w UK. Teraz...

Co teraz robisz? Co sprawia, że dalej działasz?

Praca - to odpowiedź na pierwsze pytanie. Naprawdę lubię tworzyć w mediach. Komentarze od czytelników - to dotyczy drugiego pytania. Ludzie przysyłają najwspanialsze komentarze na swoich formularzach subskrypcyjnych. Dlaczego jeszcze działam? Ponieważ czuję, że robię coś ważnego. Ponieważ dobrze jest być "lewicowcem". Ponieważ mam nadzieję na zmianę.

Jak myślisz, jakie są najważniejsze potrzeby aktywizmu dzisiaj? Żeby być jeszcze bardziej efektywnym, potężnym.

Myślę o swoim wczesnym zaangażowaniu i pojawia się kilka rzeczy. Po pierwsze, początkowe dyskusje o Wietnamie. Nikt nie powiedział mi, że jestem naiwna. Nikt na mnie nie krzyczał. Była to dyskusja o faktach. A fakty korespondowały z moim doświadczeniem tak, że musiałam zacząć uważać, że "tak, to jest rzeczywiście bardziej adekwatny opis tego, co się dzieje w moim kraju niż to, czego się nauczyłam w szkole". Nie byłam też żywotnie zainteresowana w utrzymaniu moich poglądów za każdą cenę. Musimy właśnie tak postępować. Nie chodzi mi o kłótnie z tymi, którzy są przy władzy. Mam na myśli organizowanie tych, którzy są tacy jak my, którzy przede wszystkim chcą robić coś dobrego.

Kiedy już moja świadomość się zmieniła, pojawiły się rzeczy, które mogłam zrobić. Pojawiły się kampanie, akcje, grupy badawcze. Były miejsca, gdzie mogłam pójść i pomóc w zdobywaniu umiejętności i dojrzałości politycznej. Potrzebujemy więcej tego typu miejsc oraz sposobów, aby ludzie je odnaleźli.

Wydarzeniami, które wywarły na mnie największy wpływ, podczas gdy żyłam w ramach panującej ideologii, były te, które były uderzająco związane z niesprawiedliwością, i które pokazały mi, pomimo wygładzenia ich przez oficjalne media, odwagę i zdecydowanie. Zatem byłam pod wielkim wpływem ruchu na rzecz praw obywatelskich, demonstracji z 1967 wokół Pentagonu. Wylewanie krwi na powołania do wojska. Rzucanie pieniędzy na giełdzie. To było przejrzyste, efektywne i dawało odwagę w starciach z władzą. Potrzebujemy tego typu protestów.

Również, kiedy po raz pierwszy przystąpiłam do ruchu, poczułam ogarniające mnie poczucie wspólnotowości. Nie ten rodzaj spotkań publicznych, w których wyrosłam, gdzie ludzie z tej samej klasy i kultury musieli organizować cocktail party i uśmiechać się i odnosić przyjaźnie do siebie, w środku świata totalnej konkurencji i rywalizacji. Wspólnota ruchu była zjednoczona wokół nadużyć władzy, walki o sprawiedliwość. To coś, do czego musimy wrócić.

Odnaleźć drogi do tego, aby czuć się ludźmi, a nie stać się jakimiś politycznymi automatami. Można nienawidzić naszych instytucji i kultury, jednak mimo to oglądać filmy, telewizję, sport, robić zakupy i wyjeżdżać na wakacje.

Jakie są główne lekcje, które chciałabyś, aby zostały przejęte na podstawie waszych wysiłków przez nowe pokolenia aktywistów?

Żeby zająć się czymś, robić to i zachowywać historię tego. Nie można na ten temat milczeć i się wycofywać. Nieważne co to jest. Jeśli ja mogłam się zmienić od momentu, gdy byłam debiutantką w Junior League Ball w 1959 roku, która opowiadała się za Nixonem w 1960, aby sprawić, żeby JFK nie udało się "zrobić ze wszystkich w tym kraju komunistów i katolików", do chwili, gdy zaczęłam organizować jedną z największych okupacji budynków w Federal Building i stałam się współodpowiedzialna za tworzenie Z Magazine, uprawiając satyrę prawicowej patriarchalnej przeszłości - oznacza to, że gruntowne zmiany są zawsze możliwe.

 
 
Wrocław, 10.07.2000